piątek, 30 stycznia 2015

To ten las, babciu



 

    Dorosły mężczyzna wymykający się o świcie do ogrodu, przez okno drewnianego domku, to dziwny widok. Ktoś mógłby pomyśleć, że właśnie złodziej ucieka z łupem. Ale obudzona  przypadkiem przez mężczyznę dziewczynka widząc, jak podnosi palec do ust, jak uśmiecha się porozumiewawczo, nigdy nie okazywała zdziwienia.Wiedziała, że jej  tata  m u s i  wymykać się z domu niepostrzeżenie. Inaczej, nie poszedłby do lasu – na grzyby albo chociaż połazić sobie bez celu.Właściwie mógłby wyjść w inny sposób, ale wtedy trzeba było przejść przez kuchnię, w której na wielkim łożu ze słomianym siennikiem – spała jego matka, moja babcia.
  Nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak bardzo nie lubi lasu. Kiedyś ją zapytałam:
Bo nic tam ni mo. Próżne łażenie i zbijanie bąków. Jo mom tu robotę, gadzinę trza nakarmić, krowę wydoić, a do lasu próźniaki chodzą. Co tam jest? Ino drzewa, drzewa i drzewa.Wiency nic.
A grzyby, babciu, a jagody, jeżyny i borówki? To nic? – pytałam rozżalona.
To roz się idzie, nazbiera i starczy tego. A wy codziennie byśta latali. Roboty kole chałupy tyle, że się nie przerobi.
A jeszcze szyszki babciu, przecież zwozimy ci szyszki na podpałkę i chrust, na całą zimę! – przypomniałam sobie.
Szyszek to jeszcze, bo potrzebne, ale te inne, nie trza.
Najbliższa rodzina, która zjeżdżała latem do babci, w sprawie korzyści płynących z przebywania w lesie, miała zupełnie inny pogląd, dlatego każda wyprawa, niekoniecznie na grzyby – poprzedzona była babcinym gderaniem. Nie mogła zrozumieć, że wszyscy przyjechali z miasta i chcą tej leśnej zieloności.
Babka, dejże spokój – ciocia Irenka, imienniczka mamy i babcina córka, nie przejmowała się tym gderaniem – cały rok w tym Krakowie siedzimy, wiecznie smród i   hałas, a ty nam zabraniasz do lasu chodzić? Obiad ugotuję, wszystko w domu zrobię, gary pomyję, dzieci już posprzątały podwórko. Czego ty jeszcze chcesz?
A drewna kto narąbie? – babcia nie dawała za wygraną
Babka! – babciny zięć, wujek Heniu, tracił cierpliwość – Narąbane masz na cały tydzień! Będzie trzeba, jutro się narąbie na zapas. A do lasu pójdziemy, choćby dupy przewietrzyć, bo nam się chce lasu i przestań wreszcie zrzędzić. Idź do sąsiadek, posłuchaj plotek albo się zdrzemnij.
   Babcia obrażona znikała w chacie i po kwadransie, przebrana, pachnąca wodą kwiatową, wykrochmalona szła na wieś. Co kilka dni robiła sobie wychodne i odwiedzała koleżanki. Przeważnie znacznie młodsze, ale za to bardziej schorowane, czekały na babcię, żeby się dowiedzieć, co tam w ogóle słychać. Zwykle wracała po dwóch godzinach i przynosiła do domu garść informacji o chorobach, bólach, o złej synowej albo zięciu. Za każdym razem chwaliła się:
Schorowane takie, a przecie nie narobione przez całe życie, jak jo. Do dochtora nie idę, bo na co? Andzia to się tak spasła, że w nogi jej poszło. A trzeba było tyle źreć? U nich bez cały tydzień ino tłuste, nie dziwota, że wszystkie takie spasione. Jo jem różnie, to nie choruję.
   Rzeczywiście, nie pamiętam, kiedy babcia była u lekarza z jakąś chorobą „w środku”. I właśnie, podczas tych wakacji, w spisie babcinych doświadczeń, pojawił się epizod z doktorem: któregoś razu skaleczyła się przypadkiem widłami. Rana na nodze była brzydka, jątrzyła się i tata od razu chciał babcię zawieźć do przychodzi. Niestety, nie była to prosta sprawa. Najpierw leczyła się sama – przykładała liście babki, parzyła zioła, a potem, jak rana się nie goiła leczyły ją sąsiadki. Kiedy obrzęk stał się większy i pojawiła się gorączka – babcia musiała skapitulować, zresztą tata zagroził, że jeśli nie chce po dobroci, to ją zwiążę i siłą zawiezie. W przychodni czekała nas niespodzianka. Młody doktor najpierw obejrzał nogę, skrzywił się i podniesionym głosem zaczął mówić do taty o braku odpowiedzialności i złej opiece nad matką. Tata tłumaczył, że babcia jest uparta jak osioł, gdy nagle weszła pielęgniarka:
Panie doktorze, ta pacjentka nie ma u nas karty zdrowia.
Co pani opowiada? Wszyscy mieszkańcy mają kartę zdrowia. Poszukajcie dobrze.
Szukałyśmy wszędzie, nie mogła się zapodziać! Kiedy pani ostatnio u nas była? – pielęgniarka zwróciła się do babci.
 Babcia spojrzała zdziwiona:
Jo? Jezdem tu pierwszy roz, dziołcha.
Doktor nie dawał za wygraną:
Zapomniało się babci, prawda? Każdy musiał tu kiedyś być, nie ma cudów!
Każdy, ale nie jo!
Zaraz, zaraz! A jak była czarna ospa w sześćdziesiątym trzecim? –wydawało mu się, że wyciągnął asa z rękawa – Szczepili przymusowo, ciągnikami dowozili ludzi z wiosek. To jak? Babcię ominęli?
Co jak? Wtenczas z krową w oborze żem była. Ale, kiej to się działo, sto lat tymu?
No dawno, ale powinna babcia pamiętać czy ktoś był wtedy u was ciągnikiem?
Jak się krowa zaczyno cielić, to ja nie byde latać Bóg wie gdzie. Jo słyszała, jak się darli, ale krowa pierwszo, a nie jakieś ospy.
Mogła babcia umrzeć! – pielęgniarka złapała się za głowę.
 A umarłam? Nie zawracajta mi głowy, niech dochtór coś da na nogę i wieźta mnie do domu, bo ziemnioki trza świniom nastawić.
Dobrze – doktor w końcu się uśmiechnął – ale najpierw założymy babci kartę! No coś takiego, jedyna pacjentka w gminie bez karty i z zaległym szczepieniem!
   Pogroził jej żartobliwie palcem, potem przepisał lekarstwa, a na koniec nachylił się do babcinego ucha i szepnął:
- Za karę będzie babcia dostawać przez tydzień zastrzyki! 
- A na co to?
- Żeby zakażenie się nie wdało.
   Tata poszedł do apteki, wykupił lekarstwa i wróciliśmy do domu. Zaczęły się ciężkie dni. Babcia dostała zakaz chodzenia, ale uparła się i trzeba jej było wystrugać gruby kij. Kuśtykała po podwórku i wydawała rozkazy. Cokolwiek by się nie zrobiło, wszystko  nie tak, nie po jej myśli. O wspólnych wyprawach do lasu można było na razie zapomnieć – co jakiś czas ktoś się tylko urywał na krótko.
Jedynie ja, najmniej przydatna przy cięższych pracach, jak już weszłam w las, zapominałam o wszystkim. Nie zapuszczałam się wtedy daleko,byłam za mała, ale na szczęście, już z brzegu, zaczynały się cuda, które można było podziwiać na leżąco. Wysokie, cienkie świerki, kiwające się i skrzypiące, na tle oblepionego chmurami nieba – wyzwalały u mnie, ulubiony do dzisiaj rodzaj strachu. To był taki lęk, przed którym nie chciało się uciekać. Jeśli nawet wydawało mi się, że chmury zaraz odkleją się od nieba i na mnie spadną, to taki jedyny w swoim rodzaju spektakl – przykuwał tę małą podglądaczkę do mchu. Ten las na leżąco, żyje we mnie do dzisiaj i pewnie razem umrzemy, bo rozdzielić już nas nie można.



4 komentarze:

  1. Zabierz mnie do tych szumiących kniei...

    OdpowiedzUsuń
  2. przypomniałaś mi moją Babcię, Miruś. Podobna była.

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę literówek się wkrało. Całość w porzo. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. bo to na dobrą sprawę brudnopis:) Ja swoich błędów czasem nie widzę i liczę na Was:)

    OdpowiedzUsuń