poniedziałek, 19 września 2016

Apetyt

Żyję ze strachem w wolnym związku,
żadnych zobowiązań - poza wiernością.

A ty gnojku, zapalasz wszystkie światła,
żeby nie widzieć, jaka jestem dzielna
po ciemku . Nie mam nawet klucza do
domu. Żadnego klucza na własność.
Trochę krzesła, trochę łóżka. Trochę.

Już nie pamiętam, kiedy przestałam
zwracać się do siebie, jak do siostry.
Bez nazwy własnej, bez pamięci
- zaczynam coś od nowa.

Cokolwiek, gdzie bądź.

środa, 14 września 2016

Po kim, po czym

Wciąż żywi ludzie i zwierzęta w ruchu,
zapach pochodzi głównie z rzeczy
martwych; głosy na nikim nie robią
wrażenia – słyszą je wyłącznie ci
co są daleko.

Mało tu żywego, stąd wokół ten bezruch
- wzrok wbity w ziemię i oszczędne gesty.
Można by to nazwać dostojnym skupieniem
które się pojawia za bramą cmentarza.

Coś tu nie żyje, ktoś jeszcze oddycha.
Sprawa jest dziwna, sprawa dziwnie
śmierdzi. Ci, co zostali, nie są jeszcze
 pewni, po kim mają płakać: po tych
których nie ma czy raczej po sobie.

środa, 7 września 2016

Nini



– Lolka? Tu ciocia Wanda! Co robisz w piątek? Zresztą nieważne, jeśli masz jakieś plany, to je zmień. Musisz do mnie przyjechać, to  pilne. Czekamy wszyscy o siódmej, tylko się nie spóźnij.
  Kurwa mać, ledwo zdążyłam wyjść z wanny. Ręcznik, którym byłam owinięta, zsunął się na podłogę i stałam goła ze słuchawką przy uchu. Pan Kot ocierał się o moją mokrą łydkę, a woda z niewytartych włosów zalewała twarz.

– Ciociu, na litość boską! Wyskoczyłam z wanny, jestem mokra, daj mi chwilkę, zadzwonię za kilka minut.
– Nie musisz – wydawało mi się, że warknęła – Co miałam powiedzieć, powiedziałam. Piątek, dziewiętnasta.
    Ponad rok temu podjęłam decyzję, by zniknąć mojej rodzinie z oczu na jakiś czas. Rodzinie wścibskiej,  wrednej i usiłującej po swojemu urządzić mi życie. Mój okraszony skandalem rozwód z Edwardem zmobilizował ciotki do intryg. Zosia, najstarsza siostra mamy, zwoływała co jakiś czas rodzinne narady, na które zwabiano mnie podstępem. Wanda, nie uznawała sprzeciwu – jeśli było trzeba, przyjeżdżała po mnie, wyzywając od podstarzałych kretynek i sierot życiowych. Marzył mi się Kraków. Oddalony od Bydgoszczy kilkaset kilometrów, był idealnym miejscem na kryjówkę. Sprawa wydawała się prosta, załatwiłam zastępstwo w domu opieki w Krakowie, w pracy dostałam zgodę na  półroczny urlop bezpłatny. Nic, tylko zapakować walizki i zniknąć. I wtedy zdarzyło się nieszczęście z babcią Anielką. Nie pamiętam, żeby chorowała kiedykolwiek. Mimo dziewięćdziesięciu lat była w świetnej formie, choć pojawiły się pewne problemy z pamięcią.  Szczupła, niewysoka, przeżyła większość swoich koleżanek, pochowała dwie córki – moją mamę i ciocię Dziunię.  Nic nie wskazywało, by wybierała się do nieba. Tymczasem kiedyś  w środku nocy obudził mnie dzwonek do drzwi. Wyjrzałam przez judasza i zobaczyłam opuchniętą, zapłakaną twarz ciotki Wandy. Pomyślałam, że na pewno ktoś umarł – obstawiałam raczej dziadka Olka; miał dziewięćdziesiąt pięć lat, jedną nerkę i dwa zawały na koncie. Otworzyłam drzwi. Wanda odsunęła mnie na bok i pobiegła do kuchni, wróciła za moment ze szklanką wody. Upiła łyk i powiedziała:
- Wczoraj ojciec chciał zabić mamę. Przyjechała policja, przesłuchiwali go. Ubieraj się, jedziemy tam.
- Na litość boską, dlaczego nikt nie zadzwonił ?! Co z babcią?
-Nie dzwoniłam, bo mama przeżyła. Przyjechała karetka, założyli jej opatrunek na głowę i odjechali. Dzisiaj byliśmy na prześwietleniu, na szczęście wszystko w porządku. Dobrze, że Rolska mieszka obok. Usłyszała wrzaski i wezwała policję, bo myślała, że ktoś się włamał i morduje staruszków. Ubieraj się, taksówka czeka.
  W czasie jazdy nie rozmawiałyśmy. Myślałam o tym, co zrobił dziadek. Wiem, że bywał porywczy, ale i babcia miewała ataki furii. Na szczęście szybko się godzili i wszystko wracało do normy. Byłam u nich przed tygodniem – zagraliśmy w oczko, po raz nie wiem który obejrzeliśmy kilka albumów ze zdjęciami, a dziadek przed wyjściem wsunął mi za dekolt zwinięte w rulon banknoty, mówiąc, że mam się za to „rozerwać”. Babcia też mi dała pieniądze, kiedy robiłam w kuchni herbatę. Oczywiście w tajemnicy przed dziadkiem. Gdy spotykałam się tylko z nimi i nie oblegały nas ciotki, zawsze było sympatycznie.  Dziadek Olek nie ukrywał, że ze wszystkich dzieci najmocniej kochał moją mamę. Bardzo przeżył jej nagłą śmierć dziesięć lat temu. Przez kilka miesięcy codziennie jeździł na cmentarz, a po powrocie brał z półki albumy ze zdjęciami i zamykał się na kilka godzin w swoim gabinecie.

 – Wysiadamy – Wanda szturchnęła mnie w ramię.
Dom dziadków był oświetlony. Nie wiedziałam, co tam zastanę. Dziadek Olek w roli niedoszłego mordercy wydawał mi się kimś nierealnym. Miałam nadzieję, że ciotka podrasowała ten incydent i sytuacja nie jest aż tak poważna. W domu panował gwar – na korytarz wybiegła ciotka Zosia, na nasz widok złapała się za głowę i uciekła do pokoju. Poszłyśmy za nią. Ciotka siedziała już przy babci i trzymała ją za rękę. Babcia była wyraźnie niezadowolona i burczała pod nosem. Nie sprawiała wrażenia ofiary napaści, mimo, że czoło zakrywał gruby opatrunek. W fotelu, przed telewizorem, w kraciastym szlafroku siedział dziadek Olek. Kiedy mnie zobaczył, uderzył pięścią w stół:

– I ciebie też wezwały!?  Musiałyście Lolę denerwować, głupie krowy? No panie, z byle gówna larum robić? Że też Bóg mnie pokarał takimi córkami! Najlepsze dzieci poszły do piachu, a ja muszę użerać się z kretynkami.
– Mówiłam im, żeby Lolki nie wołać! – pisnęła babcia – My z dziadkiem już się ułożyliśmy i nie chcemy więcej rozmawiać o tym, co się stało.
– Ale my chcemy! – Wanda podniosła głos – Dobrze, że sąsiadka usłyszała wrzaski, bo inaczej byśmy dzisiaj telegramy na pogrzeb wysyłali. Ciebie trzeba do psychiatry zaprowadzić, tato! Sześćdziesiąt siedem lat po ślubie i pod koniec życia własną żonę chciałeś zabić? 
– Najlepiej oddać ojca do zakładu zamkniętego – westchnęła ciotka Zosia – Co prawda będziemy mieli mamę na głowie, bo sama sobie nie da rady. No, ale można ustalić dyżury, żeby codziennie ktoś tu był. Nie ma innego wyjścia – spojrzała na mnie – Lolka jest samotna, może wpadać częściej.
– Po moim trupie! – dziadek podniósł się z fotela – Przestańcie się rządzić i złazić do mnie bez pozwolenia. To mój dom i nigdzie się  nie wybieram. 
– Jeszcze zobaczymy! – wujek Adam stanął przed dziadkiem – Ojciec jest niebezpieczny dla otoczenia, podnosi rękę na bezbronną starą kobietę, już dawno trzeba było pomyśleć o domu starców, chałupę sprzedać, póki jeszcze w dobrym stanie. Ile lat już o tym bębnię? A wy gęby na kłódkę! No i mamy teraz problem, bo oni sami nie mogą mieszkać, a wszystkie opiekunki ojciec pogonił!
   Adam był jedynym synem dziadków, najstarszym z rodzeństwa. Wieczny kapitan z niespełnionymi ambicjami, uprzykrzał wszystkim życie wojskowymi dziwactwami i nawykami. Miałam wrażenie, że chce udowodnić wszystkim, że zasłużył na generalski stopień. Ciocia Ela, jego żona zachowywała się, odkąd pamiętam, jak służąca – zawsze  wystraszona, wypełniała rozkazy Adama, starając się nie popaść w niełaskę.  Ich syn, Jakub, mój rówieśnik, znalazł na ojca sposób – zakrzyczał go któregoś dnia, w czasie rodzinnego obiadu i wyprowadził po tygodniu z domu. Zaimponował mi, bo starsze siostry bliźniaczki nigdy nie ośmieliły się podnieść głosu w obecności ojca. A powinny. Obie panny, zgorzkniałe i bezbarwne , w młodości piękne i adorowane, zawdzięczały Adamowi  puste łóżka i serca. W ciągu kilkunastu lat przegonił skutecznie wszystkich kawalerów. Obie były tak bezwolne  i ślepo oddane ojcu, że nawet nie próbowały wyprowadzić się z domu. Razem z matką stanowiły trzyosobowy oddział pod dowództwem Adama. Widywaliśmy się rzadko. Ciocia Ela i jej córki, były nudne, zahukane i milczące, Adam nie lubił mnie i nie ukrywał tego. Chciałam zareagować na jego niestosowne słowa o sprzedaży rodzinnego domu, ale dziadek mnie ubiegł:

 - Widzicie gównojada, jak organizuje sobie spadek po rodzicach? – Dziadek zamachnął się na Adama – Mało masz, komuchu zasrany? Partia urządziła cię na całe życie i jeszcze chcesz się na nas wzbogacić? Gówno dostaniesz! Myślisz baranie, że jak ojciec ma dziewięćdziesiąt pięć lat, to powinien się tylko ślinić i srać pod siebie? Wynocha z mojego domu, darmozjady! 
– Nie zostawimy mamy z szaleńcem! – Wanda podeszła do ojca – Ja zostanę z Zosią.
Wszyscy wstali. Dziadek zdjął okulary i spojrzał ponuro na Wandę:

– Wynocha! - wskazał ręką drzwi - To moje ostatnie słowo. Zostanie Lola.
 – Powinno zostać któreś z twoich dzieci! – zagrzmiał Adam – Lolka jest nieodpowiedzialna i ma odchyły, ja bym nie ryzykował.
 – A ja zaryzykuję – dziadek klepnął mnie po plecach – Lola jest córką Krysi, mojej małej, rudej córeczki. 
– Naszej Oluś, naszej – babcia w końcu się uśmiechnęła.
Wujek usiłować jeszcze pertraktować z dziadkiem, ale w końcu dał za wygraną i wkrótce dom opustoszał. wreszcie mogłam się przywitać z babcią  i przytulić do dziadka.

– Dziu, co się tutaj stało? – lubił, gdy tak go nazywałam – Przecież ja kiedyś przez was oszaleję! Albo Nini jeździ rowerem pod prąd i odbieram ją z komisariatu albo ty bawisz się w gangstera. Najwyższy czas, żebyście spoważnieli, do cholery! Wanda mnie wyciąga nad ranem z łóżka i wiezie przez pół miasta jak do pożaru. Proszę mi się natychmiast wytłumaczyć!
– To nie mnie chciał zabić, tylko nasz ślubny portret! – zaszlochała babcia – Rzucił w niego cukiernicą, kiedy akurat wstawałam z fotela, prawda Oluś?
– Nini, ty się lepiej nie odzywaj, bo już dość  mi wczoraj krwi napsułaś! – dziadek pogroził jej pięścią - Cholerna Frau Putzen!
– Nie mów do mnie po niemiecku, ty hitlerowcu! – babcia aż się zatrzęsła – Wiesz, że mam uczulenie na wszystko, co niemieckie!
– Ja ci dam hitlerowca, podła Żydówo! A kto ciebie i twoją rodzinę ukrywał przez całą wojnę w piwnicy? Dziewięć osób grzało sobie dupy, kiedy moi rodzice i bracia ocierali się codziennie o śmierć, bo  jak przyszli Niemcy, to wszyscy donosili na wszystkich ze strachu! Hitlerowiec wam pomagał? Za hitlerowca wyszłaś i masz z nim dzieci?
– Przestań! – babcia zaczęła płakać – Ja tylko chciałam ci pomóc, niewdzięczniku. Lola, uspokój go, bo ja nie wytrzymam dłużej.
– Jak nie przestaniecie się kłócić, zadzwonię po taksówkę i zostawię was samych, możecie się wtedy pozabijać, nic mnie to nie obejdzie.
– Ona  mnie wykończy – jęknął dziadek – we własnym domu nic nie można zostawić na widoku, bo ta cholera zaraz posprząta tak, że niczego nie można znaleźć. 
– Bo masz burdel w swoim gabinecie Oluś – babci łzy obeschły i widać było, że odzyskuje wigor – chciałam ci zrobić niespodziankę. Okien nie otwierasz, śmierdzi jak w chlewie, wszędzie pajęczyny, szuflady zawalone papierzyskami. Ty się tam kiedyś udusisz!
- To jest mój burdel, kobieto! Pilnuj swojego pokoju i tych worów z gałgankami, a nie przeszukuj mi szuflad, bo o nie właśnie idzie! Wyrzuciłaś mi ważny dokument, najważniejszy ze wszystkiego, co jest w tym domu. Miałem cię za to pogłaskać? Tyle lat papierzyska leżały na swoim miejscu, a ty musiałaś wejść i wygrzebać je z szuflady. Żebyś chociaż pamiętała, co z nimi zrobiłaś!

– Niczego nie wyrzucałam,  oprócz starych gazet i rachunków, resztę zapakowałam w koperty. Powiedz mi w końcu, co to za papiery, to może  sobie przypomnę.
– Nini – westchnął dziadek – chodzi o to, że na razie nie mogę ci powiedzieć.
Zrobiło się cicho. Siedziałam na kanapie z podwiniętymi nogami i przysłuchiwałam się rozmowie dziadków, po raz kolejny zdumiona ich żywotnością. Trudno było uwierzyć, patrząc na nich, że mają tyle lat. Siedzieli teraz naprzeciw siebie nastroszeni i bojowi. Babcia wyglądała na przygnębioną:

– Nie możesz mi powiedzieć? Własnej żonie?
– Jeszcze nie, Nini, nie teraz – dziadek złagodniał - Jeszcze musimy poczekać rok z kawałkiem.
– Dobrze Oluś – babcia podeszła do dziadka i pogłaskała po głowie – Lola jutro pomoże ci szukać tych papierów.
Rok z kawałkiem? Dziadek mówił tak pewnym głosem, jakby miał dopiero pięćdziesiąt lat. 

– Dziu, a mnie nie powiesz?
– Tobie powiem, ale jak znajdziemy ten papier.  Babci nie mogę, bo wygada Wandzie. Ta cholera ma takie sposoby, że już niejedną tajemnicę wyciągnęła z Nini. Oczywiście Zośka i Adam też się o pewnych sprawach dowiedzieli. Dziecko, oni nas nachodzą kilka razy w tygodniu. Niby wpadają przypadkiem, niby z obiadem albo z zakupami, a węszą, wypytują, nawet cały dom pomierzyli ostatnio. Dobrze, że z nas miary do trumny nie wzięli! Lola, musisz się do nas sprowadzić na jakiś czas, bo nie dadzą nam spokoju. Nini coraz częściej zapomina, na jakim świecie żyje, chowa swoje rzeczy, potem cały dzień szuka, czasem opowiada o tym samym pół dnia, a teraz przestała nawet gotować, bo wszystko przypala. Tylko przeszłość ma zapisaną w głowie, ze wszystkimi szczegółami i to jest najgorsze, bo w przeszłości zaczyna się nasza tajemnica.  Wanda chciała, żebyśmy przyjęli do opieki jej sąsiadkę, ale obcego tu nie chcę, a zaczynam się bać. Im o tym nie powiem, bo ten komuch raz dwa by załatwił dla nas dom starców.
    Wiedziałam, że muszę się do nich przeprowadzić na miesiąc, może dwa. Codzienne dojazdy nie wchodziły w grę – teraz, kiedy zostałam sama, oni byli dla mnie najważniejsi. Zakochałam się w moich dziadkach od samego początku i zawsze czułam, że byłam dla nich wyjątkowym dzieckiem, jak moja mama. Kiedy z walizką przyjechałam po tygodniu do domu dziadków, nie wiedziałam, że zostanę tak długo. Miesiąc zamienił się w rok. Miałam czasem wychodne na kilka dni, żeby zająć się swoim mieszkaniem, żeby w nim pomieszkać kilka godzin i nacieszyć. Apartament na Wyżynach, kupiony po rozwodzie, był piękny. Nareszcie  miałam coś swojego. Edward zachował się wspaniale, niemal w całości sfinansował kupno mieszkania, chociaż nie musiał. Niepotrzebnie miał wyrzuty sumienia po naszym rozstaniu. Ze mną nie mógł być szczęśliwy, rozumiałam to i nie miałam do niego pretensji. Wypady na Wyżyny stawały się jednak coraz rzadsze, bo z babcią zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Kiedy po kilkumiesięcznych poszukiwaniach, nie znaleźliśmy w domu zagubionego dokumentu i dziadek, zrezygnowany i zły – urządzał awantury – babcia oznajmiła, że nie będzie z nim spać w jednym łóżku. Najpierw przeniosła się do salonu na kanapę, a pewnego dnia –na duży, głęboki fotel i odtąd spała na siedząco. Nie mogliśmy jej tego wybić z głowy, zagroziła, że przestanie jeść.

– Zostawcie mnie w spokoju, bo inaczej przestanę robić wszystko.
– Przecież ty nic już nie robisz – zirytował się dziadek – siedzisz w salonie przez cały dzień, kilka razy pójdziesz do łazienki. To cała twoja robota.
– Do łazienki też przestanę chodzić, jestem stara, nic już nie muszę.   
– Oszalała – dziadek popatrzył w moją stronę – Lola, może ty z nią porozmawiaj, ja nie mogę się denerwować.
Próbowałam z babcią rozmawiać, ale szybko zamykała oczy, udając, że śpi. Zaczął się trudny okres, babcia nie rzucała słów na wiatr: najpierw przestała się myć, niedługo potem – nie chodziła do łazienki w ogóle. Wtedy coś się we mnie załamało. Praca, dom dziadków, stary i wymagający ciągłego sprzątania, zakupy, kucharzenie – to wszystko wypełniało mi szczelnie cały dzień. A teraz pampersy, góra prania i nieruchoma jak posąg Nini, przy której trzeba było robić niemal wszystko. Byłam przerażona. Dziadek to widział i czuł, że jest mi bardzo ciężko. 

– Loluś, zwolnij się z pracy, bo nie dajesz rady. O pieniądze nie musisz się martwić, bo twój dziadek jest bogaty. Do grobu nie zabiorę, a ile my jeszcze pożyjemy? W każdej chwili możemy umrzeć.
– Dziu, nie chcę się zwalniać, bo lubię tę pracę. Może u Nini to przejściowe kłopoty, poczekajmy jeszcze trochę. I nie mów o śmierci, bo mnie tylko zdenerwujesz.
Któregoś dnia zauważyłam, że babcia od rana nie powiedziała ani słowa. Przez następne dni obserwowałam ją. I wciąż milczała.

 – Mówiła coś? – pytałam każdego dnia po powrocie z pracy.
 – Nic – dziadek był coraz bardziej przygnębiony.
Wypatrywał mnie codziennie przez okno. Zawsze towarzyski, rozgadany, pełen humoru – nie mógł się przyzwyczaić do tego, że babcia przestała mówić. Kiedy wracałam z pracy, mógł wreszcie się wygadać. Dreptał za mną po kuchni i streszczał wszystkie seriale, które w ciągu dnia oglądał. Coraz częściej brał lekarstwa, stracił apetyt w przeciwieństwie do babci, która jadła, jak nigdy dotąd. Musiałam wydzielać jej jedzenie, inaczej pochłonęłaby każdą ilość. W jej wieku obżarstwo groziło rozstrojem żołądka. I właśnie któregoś popołudnia, kiedy babcia miała biegunkę i po raz trzeci przebierałam ją, wpadła z wizytą ciotka Wanda z Adamem. Mieszkanie śmierdziało, na podłodze leżały zafajdane ubrania. Dziadek właśnie otwierał okna. Na widok gości rzucił pod nosem brzydkim słowem. Wanda szybko podeszła do okna:

– To takie rzeczy się dzieją z mamą? – w jej oczach zobaczyłam podziw zmieszany ze współczuciem – Dlaczego nie dałaś nam znać? Ktoś przyjechałby, żeby ci pomóc. Jak ty sobie dajesz radę, dziewczyno?
– Jakoś daję. Dziadek bardzo mi pomaga. Mamy nadzieję, że to przejściowe i babci się poprawi.
Nie brzmiało to przekonująco. Adam stanął przy oknie obok ciotki Wandy:

– Zeschłaś na wiór, cienie pod oczami, strach patrzeć. Dom starców – nie ma innego wyjścia. Nawet jak się sprzeciwisz, nie ustąpię. Jesteśmy dziećmi, mamy większe prawo.
Na te słowa dziadek zareagował po swojemu:– Jeszcze ja mam coś do powiedzenia, partyjniaku zasrany! Chciałbyś się nas pozbyć  i położyć łapę na domu! Póki żyję, to ja będę decydował o sobie! – I ja!
Myślałam, że się przesłyszałam. Od ponad dwóch miesięcy babcia nie powiedziała ani słowa. Jej stanowczy krzyk najbardziej poruszył dziadka:– Moja mała Żydóweczka znowu mówi – miał łzy w oczach – Nini, słoneczko, czemu przez tyle czasu nie chciałaś z nami rozmawiać?– Bo mi się nie chciało.– Ale teraz to już będzie dobrze?– Będzie, Oluś. tylko nie krzycz na mnie.– A zaczniesz znowu chodzić do łazienki?– Zacznę, Oluś.– Co tu się do cholery działo? – Wanda aż poczerwieniała.
Chciałam jej opowiedzieć z grubsza, pomijając najbardziej niemiłe rzeczy związane z babcią, ale dziadek mnie uprzedził i opowiedział o trwającej kilka miesięcy przemianie babci, o jej milczeniu, braku apetytu, o nagłym obżarstwie. Nie pominął drażliwej kwestii pampersów. Potem podszedł do mnie, przytulił i powiedział:– Wiecie, jak kocham Lolę. Chciałbym, żeby została tu jak najdłużej, ale ona musi odpocząć. – A co z wami? – Adam w końcu się odezwał – przecież ojciec mówił, że nie chce opiekunki.– Obcego nie chcę, ale kogoś z rodziny – tak. Na jakiś czas, póki Lola nie odpocznie.– Ja nie mogę! – pisnęła Wanda -  Zosia jest po operacji, a przecież Adam się tu nie wprowadzi!– Adaśko nie, ale Ula i Marysia tak – babcia znowu przemówiła – I tak siedzą w domu.– No nie wiem, nie wiem – burknął Adam – muszę zapytać.– Ty nie musisz pytać – zaśmiał się dziadek – Ty musisz im wydać rozkaz.
Chyba po raz pierwszy wszyscy mówili jednym głosem. Miałam wrażenie, że i w ciotce Wandzie i w wuju – coś się obudziło, coś dobrego, wyczułam dzisiaj niespotykaną dotąd troskę o rodziców.
   Po tygodniu bliźniaczki zjechały z dużą walizką, a ja mogłam pojechać do siebie. Przez pierwszy tydzień nie robiłam nic – po powrocie z pracy spałam kilka godzin i poza przygotowaniem kolacji – nic mnie nie obchodziło. Święta Wielkanocne spędziłam u ciotki Wandy, gdzie zjechała cała rodzina. Babcia rozpłakała się na mój widok i cicho spytała, kiedy wrócę, a dziadek chrząkał wzruszony i wcisnął mi do kieszeni pieniądze. Po raz pierwszy nie było kłótni, złośliwych uwag. Przed wyjazdem umówiliśmy się, że przyjedziemy za miesiąc, pierwszego maja do babci i dziadka na imieniny. Obchodzili je wspólnie, bo imieniny dziadka były dwa dni później, Szczęśliwa wróciłam do domu. Pomyślałam, że za miesiąc zwolnię kuzynki i wrócę z powrotem. I znowu coś poszło nie tak. Zaledwie dwa tygodnie po Wielkanocy zadzwoniła ciotka Wanda  i kategorycznym głosem wezwała mnie do siebie. W piątek o dziewiętnastej. Nie interesowało ją czy jestem zajęta czy mam jakieś plany. Znowu była taka jak zawsze, apodyktyczna i szorstka.
  Stałam w korku zła, że nie dowiedziałam się od ciotki, w jakim celu mnie wzywa. Jedno było pewne – chodziło o dziadków.
Drzwi otworzył mi wujek Adam. Był w złym nastroju, nawet nie odpowiedział na moje przywitanie. W dużym pokoju, na szerokiej kanapie siedziały obie ciotki – Wanda i Zosia, ciotka Ela z bliźniaczkami stały przy kominku. Wanda podniosła się z kanapy i podeszła do mnie.– Dlaczego nam nie powiedziałaś, że mama jest aż tak złośliwa i ma głęboką demencję. Dziewczęta nabawiły się nerwicy!– Matka znowu zaczęła srać pod siebie! – Adam splunął z obrzydzeniem na podłogę – wypluwa jedzenie i bije moje córki po twarzy. Śpi w dzień, a w nocy wariuje, krzyczy, buszuje w lodówce, potem obsrywa się po uszy! Do Wielkanocy było jako tako, ale kiedy  zobaczyli ciebie u Wandy, wszystko się popsuło. Ojcu też zaczęło odbijać – cały dniami tylko o seksie rozprawia, dziewczęta są u kresu wytrzymałości. Dlatego stawiamy sprawę jasno – albo wracasz albo dziadki idą do domu starców. Dowiadywałem się, jest szansa – w „Promieniu Życia” na Łomżyńskiej za miesiąc będzie gotowy dwuosobowy pokój.

– Nigdy na to nie pozwolę! – łzy ściekały mi po twarzy – Jutro wracam do dziadków. Do widzenia.
Płakałam całą drogę, ale kiedy przyjechałam do domu, poczułam ulgę i zaczęłam cieszyć się jak dziecko, że jutro ich zobaczę.
Zajechałam o dziesiątej, po drodze zrobiłam porządne zakupy i obładowana torbami, łokciem otworzyłam furtkę. W oknie zobaczyłam babcię i dziadka. Czekali na mnie.
- Lolunia, dobrze, że jesteś – babcia była szczęśliwa – dobrze, że te dwie sowy już sobie poszły.
- Krowięta, a nie sowy – dziadek się skrzywił – dwie mumie bez żadnego talentu. Ani pożartować ani ugotować. Lola, witaj w domu księżniczko.
- Nini – pogroziłam babci palcem – podobno znowu zaczęłaś być niegrzeczna.
- Oluś mnie namówił, żebym się zrobiła taka obrzydliwa, jak kiedyś.
- To był dobry pomysł – dziadek z duma wypiął pierś.
- Lolunia – babcia uniosła dwa palce do góry, jak uczennica – ty się nie martw, dziecko. Ja tylko udawałam. Teraz będzie jak trzeba, tylko nie uciekaj nam.
Nastały ciepłe dni, zaczęliśmy wychodzić na ogród i cieszyć się sobą. W sadzie rozkwitały drzewa, było zielono i pięknie. Pod koniec kwietnia zadzwoniła Wanda, że przyjadą we wtorek po południu na imieniny dziadków. Obiecała upiec jabłecznik i ciasto z makiem. Postanowiłam w tym roku urządzić piękne przyjęcie, Były dwa powody: nigdy nie przygotowywałam dziadkom imienin, zawsze przyjeżdżałam na gotowe. Drugi powód był też ważny – skończyłam w tym roku pięćdziesiąt lat. Urodzona w sześćdziesiątym ósmym, w roku nasilonej nagonki na Żydów, przy każdych urodzinach – byłam uświadamiana przez dziadka Olka, że nie mam się wstydzić swojej żydowskiej krwi.
- Jesteś Lolu Żydówką w połowie, po mojej Nini. Ja ci tego dziecko zazdroszczę.
Poniedziałek pachniał sałatkami i mięsem, dziadek ustawiał na stole nalewki, Nini przecierała talerze. Rozsunęliśmy w salonie wielki, dębowy stół. O osiemnastej wszystko było gotowe. Goście zjechali się przed siódmą. Stawili się wszyscy w komplecie. Naburmuszone bliźniaczki wybąkały życzenia, babcia pokazała im język, ale do żadnych incydentów nie doszło. Dziadkowie obejrzeli prezenty, w większości bardzo pożyteczne i nijakie i w końcu wszyscy zasiedli do stołu. Nalewka znikała w dużym tempie, Adam, jak zwykle upił się pierwszy. O północy większość gości była na rauszu, łącznie z Nini, która upijała się zwykle dwoma kieliszkami wódki. Nikt nie musiał być tej nocy trzeźwy – wszyscy zostawali na noc u dziadków. Około drugiej, po finałowym walcu, odtańczonym przez dziadków – zarządziłam spanie. Ciotka Ela z bliźniaczkami zaciągnęły Adama do gościnnego pokoju, a ja pościeliłam na dole łóżka  - sobie,  Nini i dziadkowi. Przed snem musiałam jeszcze pomóc Nini, było jej niedobrze i zaczęła zwracać. Położyliśmy się dopiero przed trzecią.
Wydawało mi się, że dopiero zasnęłam, kiedy poczułam, że ktoś szarpie mnie gwałtowni za ramię. Zapaliłam lampkę, spojrzałam na zegarek – była za dziesięć czwarta:
- Dziu! Dopiero się położyłam, co ty wyprawiasz?
- Nini! Nini! - dziadek był przerażony.
Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do sypialni. Babcia klęczała przed regałem z książkami i trzymała w ręce książeczkę do nabożeństwa. Była przeraźliwie blada.
- Nini! Co się stało? Słabo ci?
Na mój widok osunęła się na dywan i przycisnęła książeczkę do piersi. Uklęknęłam przy niej, odgarnęłam włosy z rozpalonego i mokrego czoła:
-Powiedz, co się dzieje, przynieść ci wody?
Pokazała ręką, że mam się zbliżyć, że chce mi coś powiedzieć. Kiedy się nachyliłam, wyszeptała:
- Powiedz Olusiowi, że sobie przypomniałam.
- O czym, Nini?
- O tym zgubionym papierze.
- Znalazłaś go?
-Tak,  wczoraj, w tej książeczce.
- To dobrze, skarbie, dziadek się ucieszy.
- Ale już go nie ma.
- A gdzie jest?
- Zapomniałam, musiałam go przełożyć, Oluś znowu będzie krzyczał.
- Nini, ptaszku, już mi niepotrzebny ten zasrany papier -  dziadek wystraszony uklęknął przy babci – ty mi jesteś potrzebna, moja mała Żydóweczko.
- Ja już się nikomu nie przydam – ledwo słyszałam głos babci – nic już nie jestem warta i nic mi się nie chce. Idę sobie.
Była czwarta, kiedy Nini przestała oddychać.  Dziadek nie płakał, trzymał głowę babci na swoich kolanach i coś do niej mówił. Ja siedziałam przy regale, trzymając w ręce złożoną pożółkłą kartkę. Musiała wypaść babci z tej książeczki.