niedziela, 3 czerwca 2018

Zmiana (wizyty domowe)


Powinnam być w innym miejscu, w innym
mieście – tam, gdzie moje życie nie będzie
się jąkać i paprać. Ma pan coś takiego
na oku? Nie, nic nie będziemy ustalać ani
przepisywać, mnie te złote środki nie kręcą
od dawna – przynajmniej na coś w końcu
zrobiłam się odporna. Pojechałabym
w wysokie, tybetańskie góry, gdzie ludzie
nie przestają się uśmiechać, choć nie mają
niczego. Coś musi być w ich powietrzu, może
w tamtym niebie, że się tak ładnie cieszą.

Idę. Znowu, jak widzę, wychodzę z niczym,
doktorze, a panu nawet nie jest głupio.

My (wizyty domowe)


 Dzisiaj przyszłyśmy obie, bez naszego męża i dzieci.
Mamy ze sobą problem i nie jest wesoło, doktorze,

bo od pewnego czasu nie mieścimy się w jednym
ciele. Ona mówi jestem coraz młodsza, tylko nasze
dzieci się starzeją, a ja patrzę w lustro i przecież
widzę, że poszłam mocno do przodu. Poszłyśmy.

Zaczynają się ciche dni i protesty, odmawia
mi prawa do siebie, wspólnej samotności
i wciąż ogląda tamte zdjęcia, na których nas
już nie ma. Czy to się da wyleczyć? Niech
pan coś na nią wymyśli, ja jestem zdrowa,
ale mogę się zarazić czymś odjechanym.

A po co?

czwartek, 10 maja 2018

Karol Maliszewski - Mirka Szychowiak - "Trzy wolności"

    W tytułowym wierszu debiutanckiego tomiku Mirki  Szychowiak pojawia się wspomnienie wcześniejszych prób poetyckich. Zresztą, owe próby mogą mieć charakter bardziej uniwersalny, biorący się z często tu zakładanej tożsamości: próby życia – próby pisania o życiu. Kiedyś chciałam/ być bardziej sterylna – jako człowiek, kobieta, jako poetka; i zobacz, ile mnie ubyło – tak kończy się to wyznanie. Wcześniejsze starania o wewnętrzną czystość i ład przekazu nie przyniosły spodziewanych rezultatów, czyli poukładanego życia i lepszych wierszy. Doszło do czegoś paradoksalnego, jakiejś szkodliwej sterylności, poznawczej bezpłodności, rozpanoszył się bezsmak. To, co miano wykluczyć w imię spodziewanej harmonii, okazało się nieodzowne dla odczuwania pełni. A więc coś odjęto całkiem niepotrzebnie. Teraz się do tego wraca świadomie, bardziej dojrzale hoduje ten brud . I ma się nadzieję, że może powróci dawna intensywność doznań: smak, zapach, żywiołowy język.
    Odtworzenie stanu „sprzed” nie jest już możliwe. To, co wróci, będzie bogatsze o zaznany rozpad. Ciężkie, obolałe już uczy się dawnego latania. Na razie chodzenia: To, co zostało, uczy się człapać środkiem,/ człapać w swoim imieniu2. Wcześniejsze dzieje Mirki Szychowiak jako osoby piszącej osnuwa mgła tajemnicy (wiemy tylko, że zadebiutowała jako dziewczę płoche w czasie pamiętnego strajku w Stoczni Gdańskiej ). Podobno zawsze coś pisała, nie pchając się jednak na afisz. 
   Na ile modne szkoły poetyckie ostatnich dekad mogły dotyczyć tego ewoluującego pisania, trudno orzec. Wypłynęła jako poetka już ukształtowana, dojrzała. Wypłynęła najpierw w Internecie, a potem dopiero w papierowych mediach literackich.
 Co zatem chce nam powiedzieć tym wierszem? Może to, że wreszcie po latach poszukiwań i prób „doczłapała się” do czegoś, a my czytamy coś, co właśnie uczy się mówić od nowa, przejęte swoją osobnością, osobniczą sygnaturą. Zastanawiać może opis tej największej, choć formującej, porażki – opis spotkania z czymś, co „pozbawiło smaku”, spustoszyło. Na szczęście nie do cna, choć blizna wydaje się dotkliwa. Musiał to być bardzo silny wpływ. Coś, co wżarło się głęboko, a teraz trzeba to cierpliwie (wraz z kolejnym wolnym już wierszem) wydłubywać. To przede wszystkim uderzało w język, homogenizując go, podając w bezpiecznych dawkach „papki”. Każdy poeta „przerabiał” coś takiego. To opowieść o inicjacji i wstępnej fascynacji pozornymi językami towarzyszącymi debiutowaniu. 
   Nie wiem, ile razy debiutowała Mirka Szychowiak, i w jakich okolicznościach – dla mnie ważne jest wyrwanie się z ciasnych ram systemu i sztuka opowiedzenia o tym. Bohaterka tych wierszy często ograniczana przez okoliczności życia i pisania, jeszcze częściej wyrywa się na wolność. 
   Już pierwszy tomik jest opowiedzeniem się za całkowitą wolnością, za pisaniem z dala od debiutanckich schematów i reguł podawanych do wierzenia w rozmaitych internetowych kółkach wzajemnej adoracji. Nazwałbym to „pierwszą wolnością” bohaterki. Wolnością wywalczoną i opanowaną do tego stopnia, że już gotową na dzielenie się, podawanie dalej. Myślę, że tak można zrozumieć przesłanie wiersza Teren należy do ciebie, będącego w całości odpowiedzią na list początkującego twórcy. I tenże debiutant dowiaduje się, że regułą powinien być brak reguł, bowiem ścisłe trzymanie się jakichkolwiek zasad gasi iskrę, powodując wypalanie słów , nie będących już w stanie poruszyć ludzi. W tym instruktażowym utworze pojawia się kolejne wspomnienie pozwalające na szczątkowe odtworzenie historii twórczego rozwoju poetki. To jasne, że najpierw musiała dojrzeć do przekonania o konieczności ucieczki od „przepisów”, by zacząć pisać wiersze tak jak piecze ciasto – na oko. Ale kto wie, czy nie ważniejsze w tym (udzielającym się teraz innym) samorozwoju było przekonanie o konieczności pozostania w domu. Brzmi to dość enigmatycznie, lecz wykłada się prosto. Bohaterka poszukiwała egzotycznych doznań poza znaną jej rzeczywistością, sądząc, że ambitna poezja odrywa się/ jak ogon od komety i buszuje tam, gdzie nikt/ nigdy nie był . Mamy tutaj kolejną aluzję rzucającą światło na charakter przemian osobowościowych i twórczych nie tylko samej poetki, lecz może nawet większej grupy środowiskowej czy pokoleniowej. Bardzo mi to bliskie, dlatego wspominam, że dotyczyć może wielu. Jakiejś naszej wspólnej drogi. Od przekonań eskapistycznych, od przeestetyzowania i nadrealistycznych ciągot, od „poezji czystej” do ponownego zetknięcia się, często dość bolesnego, z rzeczywistością, do świadomego służenia pełnej niespodzianek i cudów codzienności. O taki „powrót do domu” tutaj chodzi. O „dom” jako miejsce pewne, sprawdzone, twórcze, dające szansę na głębokie odkrycia w obrębie tego, co zlekceważone, o „dom” jako język czekający cierpliwie na zastosowanie. Zwracam uwagę na specyficzną podwójność rozwijanego tu archetypu. Podwójność doskonale sprawdzającą się w dosłownym obrazie bycia u siebie, bycia na miejscu, jak również w metaforycznej wizji rdzennego czy źródłowego języka, naturalnej prostoty wypowiedzi czekającej na ponowne podjęcie. Wtedy odzyskuje się siebie – dojrzałość, tożsamość itd. – gdy można już powiedzieć, że po wielu przygodach, przejściach jest się w domu i nie trzeba więcej wydziwiać, udawać kogoś, kim się nie jest. 
   W gruncie rzeczy wciąż powracam do „pierwszej wolności”. Co do drugiej, waham się, odkładając sprawę na później. Spróbujmy jednak. Byłaby to wolność od pewności i jednoznaczności, od stanowczego „męskiego” orzekania o świecie, od stałego dekretowania ważności i hierarchii rzeczy, spraw, idei, przeżyć? Bardzo często w tych wierszach rozmawia się z „tym drugim”, partnerem, mężem (nazwijmy go ogólnie „pierwiastkiem męskim”). Przypisywana jest mu jasność, ostre światło, kanciaste ruchy, agresywny ton, różnie rozumiana chęć dominacji, a wreszcie bezradność i otępienie, szukanie ukojenia w ramionach kobiety, która wybiera ciemność, cień, niepewność kruchych bytów lęgnących się w jej wrażliwości i wyobraźni. Ufa czemuś, co nazwałbym intuicją emocjonalną. W efekcie niektóre wiersze da się czytać jako pasjonujące, migawkowe relacje z pola walki o przetrwanie „czucia” w przestrzeni określanej przez rozum. W tym sensie poezja Mirki Szychowiak jest oryginalnym romantycznym pogłosem w świecie zdominowanym przez postmodernistyczne, oparte na kombinatorycznych grach słownych, orzekanie o świecie.
     Umieszczam ją pośród tych moich ulubionych poetów, których nazywam w ludzkim i najprostszym sensie „komunikatywnymi”, albo inaczej mówiąc: empatycznymi, uczuciowymi, „sentymentalnymi”. Używam tych podobno deprecjonujących epitetów z całą świadomością dokonanego wyboru. Nie znaczy to, że mamy do czynienia z tandetną egzaltacją, bezpośredniością wyrazu itd. Taka strategia współcześnie nie wydaje się możliwa. Uczuciowość tych tekstów opatrzona jest kąśliwymi, kpiarskimi przypisami, ukrywa się za różnymi zastrzeżeniami, jest do wzięcia po przełamaniu szyfru. Musi się maskować, zręcznie wrzucając raz po raz kolejne iskry w ten po męsku urządzony świat polityki, obyczaju, segregacji i przemocy. A także: świat sterowanej określonymi modami poezji współczesnej i narzucanej przez nią dominacji symbolicznej. 
   Najciekawsze wiersze Mirki Szychowiak to te, które polemizują z zastanymi warunkami mówienia, z wykutym (w skale? raczej w płynnej, tu i ówdzie krzepnącej, magmie) dekalogiem konstruowania wypowiedzi lirycznej, z liryzmem jako takim, z jego liczmanami, kliszami, symbolami, ustabilizowanymi sensami. Przełamać to, wyjść na swoje, wyszarpać z cienia własne imię – i jeszcze przy tym wzruszać, poruszać czytelnika, który widzi w obrazie szamotaniny „tej innej” projekcje zupełnie własnych perypetii duchowych, dobrze odnajdując się w meandrach kapryśnych uczuć wyrazistej bohaterki – być może w tym miejscu docieramy do źródła mojej fascynacji tą liryką. Po rozprawie z obrazem „kobiety piszącej”, a następnie w ogóle kobiety i jej języka w świecie mężczyzn, przyszła pora – i wiele wierszy podejmuje ten wątek – na polemikę ze stereotypem starej czy też starzejącej się kobiety.
    „Trzecia wolność” byłaby zerwaniem z narzucającym się wartościowaniem tego bytu i jego miejscem w strukturze społecznej. W świetle niektórych utworów gruboskórność jakichkolwiek ogólnych twierdzeń na temat jednostkowo postrzeganego człowieka, wydaje się wręcz jaskrawa. Bohaterka rozpływa się w danym jej świecie i utożsamiając się ze wszystkimi istnieniami roślinnymi, zwierzęcymi i ludzkimi (osobliwie i ufnie zawierzając tym chromym, odrzuconym, „odmieńczym”, wykluczonym, nieudanym czy zmarginalizowanym10), wyobraża sobie, że może być czymkolwiek, czuć się wszystkim. Taki stan uważa za naturalny, dobry, harmonijny. Jednak te chwile pełni i zjednoczenia ze światem (chwile rozumiejącej empatii) nie trwają długo. Pojawiają się etykietki, przemoc nazywania, porządkowania, oddzielania. Tak czy inaczej trzeba wrócić do rzeczywistości społecznej, gdzie czekają funkcjonalne określniki ról. W wierszu otwierającym zbiór Proszę nie płakać polemizuje się z tym ironicznie i wściekle: Gówno mnie obchodzi to, że jestem/ stara./ I opowiada się, że właściwie można pozostać wiecznym dzieckiem, a świat i tak tego nie zauważy. W te puste miejsca „światowej nieuwagi” wchodzą literatura i sztuka, umożliwiając ekspresje indywidualne, poczucia poszczególne, zazwyczaj polemizujące z zastaniem się form, konwencji i nawyków postrzegania oraz interpretowania. A więc „trzecia wolność” to inne imię buntu, tej tu wzruszająco przedstawionej rebelii kobiecej wrażliwości, tej jakby „dziecięcej” rewolucyjności.

   Co do czwartej (wolność od śmierci, wolność ku śmierci) – nie mam już siły... Bo to, co robię, zadaje gwałt nie tylko interpretowanemu, lecz i interpretującemu. Racjonalizuję na całego, czyli usiłuję jakoś urządzić się w ogródku tej poezji ze wszystkimi swoimi aparacikami, nie dostrzegając, ile żywego zadeptałem. Żywość każdego wiersza spełnia się w błysku, dotkliwym odczuciu, a to, co potem, namolne mamrotanie, należy do innego porządku rzeczy. Szychowiak proponuje przeżycie, jego ekstatyczną (szamańską) totalność, drwiąc już na wstępie ze „szkiełka i oka”. Pora zamilknąć. Ale reszta nie jest milczeniem. Zawiera się i żyje, rozlewając się poza brzeg, omijając mosty, w czterech do tej pory wydanych tomikach.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Bryndza


Tak się spieszyłam – mało snu, życia
więcej. Żeby zawsze były pod ręką, 
otwarte listy i książki chowałam w ziemi.
Zaszalałam kilka razy, trochę uciekłam
trochę wracałam, hodując czule depresję 
i inne łatwo zapadalne stany.

I nagle odwołali koniec świata. Nikt
nie przeprosił. Żadnych wyjaśnień.
Nie byłam na to gotowa, znowu
trzeba się rozgrzebać, otrząsnąć z tego
przestrachu i zwolnić. Tak się nie robi.

sobota, 10 lutego 2018

Bez zapowiedzi


Znowu jestem pierwsza – to takie dziwne, wiesz?
Chciałam tylko przyjść, zaczepić kogoś, posłuchać
o kim dzisiaj będą kłamać, o co się kłócić, przez kogo
płakać. A tutaj pusto. Zero człowieka,  żadnych śladów.
Jestem pierwsza i ostatnia, za drzwiami pan i ta kanapa,
której nienawidzę. W niczym mi nie pomogła, nie
ułożyła mnie od nowa, a pan obiecał, że z tego wyjdę.
Ktoś kogoś oprawił w ramki i powiesił na ścianie
jak martwy pejzaż.  Teraz patrz i zachoruj na mnie.
Tego ci serdecznie życzę, jebany doktorku.

wtorek, 28 listopada 2017

Przedsmutek - Piotr Wiktor Lorkowski ("Jakie to życie jest krępujące"

   Graniczące ze skargą westchnienie, słyszalne w tytule nowego, bardzo introwertycznego, tomu  autorki człap story, trudno byłoby uważać za niezwykłe novum. Tyle, że choroba na istnienie, która trochę wcześniej dotknęła podmiotkę jej wierszy, wydaje się teraz wchodzić w stadium szczególnie ostre. Być może dlatego, że tym razem dopadła ją na dalekim wyczerpującym, etapie przedsięwziętej ongiś drogi. Bo przecież najtrudniej wędrować poprzez siebie, zwłaszcza wtedy, gdy się dostrzegło, że jest się ziemią jałową, „polem niczyim” (Porosłam). Poetka spróbowała zobiektywizować swe rozpoznanie, gdyż forma gramatyczna czasownika w początkowym wierszu jednoznacznie wskazuje na męski rodzaj mówiącego w nim podmiotu, jak gdyby żeńskie „ja” wielu pozostałych tekstów potrzebowało się przejrzeć w czyichś, możliwie bezstronnych, oczach. Te są bezlitosnym zwierciadłem. Widzą ją czyniąca rachunek sumienia, wahającą się pomiędzy akceptacją dawnych win a chęcią ich odpokutowania. Taką  zastaje ją kres, czyli rozproszenie w surowym, odludnym pejzażu (W jasno).
  Kompozycyjny porządek całego zbioru pozwala odczytać ten zabieg jako antycypację, zapowiedź ostatecznego końca. Początek zdominowała alienacja tak wielka, że trudno ją pomieścić w jednej osobie. Stąd istotną rolę odgrywa tu motyw rozdwojenia lirycznego „ja”, lub jego podwojenia obecny w melancholijnym wierszu Odbicie. Chociaż trudno uwierzyć, by jakakolwiek multiplikacja skutkowała pomnożeniem sił egzystencjalnych. Nie potrafiła podmiotka poprawnie ułożyć stosunków z alter ego; poczynań transcendencji nie rozumie (por. Wyjaśnienie). Złapała tylko chwilową równowagę w przejściowym punkcie, gdzie „Z tyłu ledwo/ żywe dni, z przodu natarczywa ciemność” (W zaparte). Lecz zaraz znalazła się w opresywnym zawieszeniu, zaś „To, co ją porwało, nie żąda okupu/ — cena strachu  jest nieobliczalna./Tam wysoko bardzo boli/ chce zadusić.// Ani spać, ani spaść, ani nic” (Ani, ani). Owa niewola skutkuje somatyzowaniem emocji, prowadzącym do wyobcowania z cierpiącego ciała, pomimo, że tekstowe „ja” wciąż potrafi okazać czułość, teraz – głównie rozdwojonej sobie, lecz jak można wnosić z wiersza Dżem session, czułość ta miała kiedyś także innych adresatów.
 Wykrzesawszy z siebie energię wściekłości i sprzeciwu podmiotka usiłuje wydobyć się z pułapki zamętu, niepokoju, bezładu. Próbuje zintegrować to, co się rozprzęgło  (zob. Przesiadka), przywołać wewnętrzny bałagan do tymczasowego chociażby porządku.     Poezja o imponującej mocy obrazowania. Bez trudu pokonuje opory imaginacji i bierze nas w posiadanie całym swoim przesmutkiem.




wtorek, 8 sierpnia 2017

Chwilowo

Muszę wyjść z domu, chociaż na zewnątrz
duszno, małe, wredne muszki wpadają
na człowieka, wchodzą  mu do nosa.
Duszno, jak już wspomniałam i  jaskrawo
od słońca; nie mam lasu i rzeki, nawet
strumienia nie mam, ale muszę stąd
wyjść, bo się wścieknę. Jak już wyjdę
wszystko się ułoży, spotkam jakąś drogę
może znak albo kamień, jakieś puste pole
sarny i różne robaki. Żadnego człowieka.
Nie znajduję w ludziach niczego ważnego
ale to mnie chwilowo nie martwi.
Chcę nikogo nie słyszeć, żadnych słów
nie chcę. Tylko odgłosy - szelesty i piski
bo zrobiłam się ostatnio jakaś romantyczna
i zamierzam sama przez to przejść.