wtorek, 16 października 2018

RAFAŁ RÓŻEWICZ – Co pozostaje? Czytając „To bruk” Piotra Gajdy i „trzeci migdał” Mirki Szychowiak


a

Najnowsze tomy poetyckie Mirki Szychowiak i Piotra Gajdy są interesującymi przykładami na to, jak od lat można z powodzeniem funkcjonować w literaturze – że się posłużę tytułem jednej z naszych książek wydanych przez „Inter-” – „nie w pierwszym szeregu” (lecz czy szereg nie kojarzy się z równaniem do pewnego wzorca?); pomimo nominacji i nagród (Szychowiak była nominowana do NIKE, Gajda zaś Laureatem Nagrody Otoczaka – przyznawanej przez zmarłego niedawno Jerzego Suchanka); innymi słowy: funkcjonować w oparciu przede wszystkim o literaturę, a nie środowiskowe przepychanki, od dawna przesłaniające – nomen omen – to, co najważniejsze, czyli książki. A tych już Szychowiak i Gajda mają na swoim koncie sporo.

To bruk Piotra Gajdy, choć wszystko wskazywało na to, że Śruba Archimedesa będzie zwieńczeniem trylogii filozofii i języka spod znaku Instytutu Mikołowskiego, jest ni to suplementem (niebezpośrednim, ale o tym później), ni kolejnym krokiem na drodze autora ku poetyckiej publicystyce, którą od kilku lat skutecznie przemyca w swoich wierszach-komentarzach, analizując stan cywilizacji w skali mikro i makro (pamiętamy nagły przeskok u Gajdy – po dobrze przyjętym Hostelu i Zwłoce i melancholijnych, wycofanych, prywatnych wierszach, które swego czasu różni krytycy chcieli podpiąć pod tak zwaną, acz wyimaginowaną, „dykcję łódzką” oraz dobrze wypadających w internetowych bojach w czasach, gdy portale poetyckie trzymały jeszcze jakikolwiek poziom – poeta z Tomaszowa Mazowieckiego w kolejnym tomiku pt. Demoludy, wydanym, a jakże, w Instytucie Mikołowskim, postanowił zaciemnić przekaz, skorzystać z dobrodziejstw zdań wielokrotnie złożonych i zmaksymalizować występowanie metafor w myśl zasady: co zdanie to nowy obraz), wydłużając swoje wiersze (przypominające już mini-traktaty) do niespotykanych wcześniej u niego rozmiarów. Opinie o tej wewnętrznej rewolcie były różne, ale Gajda nie mógł już się cofnąć. Rozwinięta świadomość językowa i chęć powiedzenia czegoś więcej niż dotychczas domagała się bowiem kolejnych ujść. Tak zostały opublikowane kolejne książki: Golem i wspomniana Śruba Archimedesa, w których to autor doskonalił swój warsztat zapoczątkowany w Demoludach oraz umiejętność wyrażania własnego Ja na wielu płaszczyznach. Dobrze skomentował to Tomasz Cieślak w jednej z recenzji: „[…] trudno nie odnieść wrażenia, że głównym celem jego pisania jest po prostu wyrażenie siebie, próba zanotowania własnego, realnego przeżywania świata, nieco tylko przesłonięta rozmaitymi zabiegami artystycznymi, w takim stopniu, żeby nie musieć się zbytnio tłumaczyć z »autobiograficzności« czy wstydzić się wyjawienia zbyt wiele, bo teraz niemodne czy trywialne i stereotypowo »lirycznie«”. Wspomniane artystyczne zabiegi to nic innego jak przefiltrowane przez język, ironię, politykę, kulturę i filozofię obrazki z melancholijnego i nierzadko monotonnego życia podmiotu, zanurzonego w literaturze, balansującego jednakże już na granicy tego, co publiczne i prywatne (a nie jak wcześniej – przede wszystkim prywatne): „Dlaczego, kiedy idę do pracy, za którą, żeby ją mieć, / setka innych oddałaby wiele, łzawią mi oczy?”. Dodajmy: podmiotu, któremu ta cała zewnętrzna otoczka każe pisać w taki a nie inny sposób (a on może co najwyżej się szarpać, ironizować, komentować, ale porządek narracyjny i formalny – wiersze Gajdy są zawsze uporządkowane i stroficznie przejrzyste – musi pozostać zachowany). Bowiem rola skryby, w którą wszedł podmiot/autor, jest niczym innym jak formą narzuconą przez inną formę (narzuconą sobie?) – formę-świat, poza którą ciężko jest wyjść. Tak jak skryba nie może opuścić murów klasztoru, bo język, którym się posługuje, a który teoretycznie mógłby go zaprowadzić dalej niż do klasztornej bramy, okazuje się kościelną łaciną – tak podmiot To bruku może funkcjonować w języku tylko na zasadach narzuconych mu przez zewnętrzną całość (kulturowo-polityczno-filozoficzną – normę?). Tym samym granice wiersza (niezależnie czy mamy do czynienia z dystychami czy innymi porządkami) nie zostają przekroczone, choć w ich obrębie może dziać się dosłownie wszystko (a tym samym nic, bo co to za poezja, która niczego nie przekracza, nie ocala?). Taka, która może sobie po prostu trwać, wydawałoby się – w nieskończoność. Gdyż jest tragicznie niezmienna.
I o tym właśnie jest kolejna książka Piotra Gajdy.
O poezji, która po prostu się pisze (jest pisana?), a jej końca nie widać, bo nie przekłada się na coś więcej ponad to, czym jest (bo przecież zawsze można prywatnie skrytykować publiczną rzeczywistość, odwołując się do nierozwiązywalnych od wieków problemów). I na tym polega ten wspomniany tragizm. Na niemożności zaniechania bezsensownych czynności. Bo kto zabroni pisać poecie, skoro nikt go nie czyta i nie dostrzega?
Autor konsekwentnie mocuje się z narzuconym (cywilizacyjnym) porządkiem, lecz wydaje mi się, że akurat w To bruku (tytuł można odczytywać jako próbę wskazania źródła ostatecznego ludzkiego dna: „przyszłe rozwiązania / połączono supłami, tworząc ludzkie DNA, / żebyśmy mogli sięgnąć dna” lub też miejsce zaciętych walk podczas II wojny światowej, które to walki płynnie przeistoczyły się w wojnę już nie między Polakami a nazistami i faszystami, lecz w wojnę polsko-polską; czyli Polakiem a źle rozumianą „polskością”) polityki jest więcej niż do tej pory. Podobno, jak zapowiadał wydawca (Dom Literatury w Łodzi), to najbardziej polityczna książka Gajdy ze wszystkich opublikowanych. Czy dlatego, że ta polityczność wynurzyła się z odmętów półsłówek i niedomówień i zaczęła peryskopować w stronę większej – w tej materii – dosłowności? Jeśli tak, to jedna z granic została przez autora jednak przekroczona. I to w pozytywnym znaczeniu: „Państwo trwa, dopóki ma na to papiery. / Państwo trwa, dopóki ma na ciebie teczkę”.
Jak więc To bruk ma się do trzech ostatnich książek Piotra Gajdy? Czy to, jak wspominałem na początku, nowe otwarcie, czy przeciwnie – zamierzona w ostatecznym rozrachunku kontynuacja? Rewolucji na miarę Demoludów nie widzę, ale czy potrzebna jest rewolucja, kiedy książka jest najzwyczajniej w świecie – dobra? I jak się w końcu okazuje: zaskakująco bliższa pierwszym publikacjom (pod względem klimatu, niemożności) w dorobku poety? Innymi słowy – atmosfera – to Hostel, Zwłoka, forma – Demoludy, Golem, Śruba Archimedesa.
Z pewnością z tej mieszanki coś się jeszcze wykluje.


Tymczasem trzeci migdał Mirki Szychowiak przynosi pewną zmianę w dotychczasowej twórczości poetki. Nowy wydawca (niedawno powstałe wydawnictwo j z inicjatywy Jacka Bieruta), a więc i wiersze jakieś konkretniejsze, celniejsze, lepiej skrojone. Tak, pisząc o skrojeniu, mam na myśli konsekwentnie prowadzoną narrację – od niewinnego detalu do mocnej, wbijającej się w pamięć – ogólniejszej puenty. Klasyczne podejście do wiersza, ale trzeba uczciwie przyznać – wciąż działające.
Sama książka kompozycyjnie przypomina rozmowę podmiotki z terapuetą, tytułowym „doktorem”: „nie po to dzwonię, żeby słuchać, / ale żeby mi przeszło”. Dużo więc tu mówienia, mówienia dosłownie o wszystkim (celowego przeskakiwania z tematu na temat, jakby dyktowanego chęcią wygadania się), przypominającego monolog (postać doktora pojawia się tylko epizodycznie – i to w wypowiedziach konstruowanych przez podmiotkę, co każe przypuszczać, że żadnego doktora nie ma lub – doktorem jest każdy sięgający po książkę – czytelnik). I znów jak w przypadku Gajdy – prywatność (ja) swobodnie przechodzi tu w sferę publiczną (my) – jakby za  wspomniany stan podmiotki odpowiadały nie poszczególne jednostki, ale w szerszym rozumieniu – ogół, ludzkość: „Kiedy z nieba odlecą samoloty / i w portach przestaną czekać / na statki – zejdziemy z drzew, / żeby zebrać to, co z nas wypadło”. Nasuwa się zatem pytanie: co takiego może wypaść, co zechcemy pospiesznie zebrać, ukryć przed czyimś wzrokiem? Czy to coś wstydliwego, skazującego nas na przynależność do określonego gatunku, który już nie raz się – jak wiemy z historii –  skompromitował? Podmiotka jakby wstydziła się za to, że jest częścią ludzkości, że jest człowiekiem. To ciężar, z którym nie jest w stanie się do końca uporać, toteż szuka (jak już wiemy) bliżej nieokreślonej pomocy. Zrozumienia: w doktorze, czytelniku, w każdym z nas. Piękny jest więc w tym tomie wiersz o psie – wiersz, który posyła w świat jasny komunikat – wszystko jest lepsze od nas – ludzi: „Obesra, szczeka w nocy, w całym domu / sierść i kości schowane w takich skrytkach, że dopiero smród podpowiada, gdzie są. / Ale pies to pies, a nie człowiek, i jemu / wybaczam prawie wszystkie katastrofy”. Życie z etykietką człowieka bowiem krępuje (nawiązując do poprzedniego tomu poetki – Jakie to życie jest krępujące) i jest powodem do zażenowania.
Tytułowy trzeci migdał, który można odczytywać jako społeczeństwo, świat ludzi dorosłych, jest więc czymś niepożądanym. Dorosłość bowiem to stan, który nie powinien mieć miejsca. Wszak wtedy pojawiają się związane z nią komplikacje: prawda, fałsz: „Już się przejadłam tą prawdą. / Zalega teraz we mnie, wędruje w górę, / dochodzi do ust i cofa się tchórzliwie”, a w dalszym kontekście: polityka, konflikty, nietolerancja. To, jak sugeruje podmiotka, należałoby chirurgicznie usunąć, by uczynić rzeczywistość może nie zdrowszą – ale znośniejszą. Jak się jednak okazuje: nie jest to wcale takie proste. Wyimaginowany (?) doktor może zalecić jedynie terapię. A więc przyzwyczajenie się, gdyż – pewne problemy (i znów podobnie jak u Piotra Gajdy) są nierozwiązywalne. Tym samym w obu przypadkach pozostaje jedynie wykonywanie czynności mających coraz mniej sensu i realnego przełożenia na życie. U Gajdy: jest to więc pisanie, u Szychowiak: pisanie poprzez mówienie. Innymi słowy: można już tylko mówić i pisać (do siebie?), bo jak się okazuje – nic innego nie pozostało. Pozostali ludzie przestali być ludzcy i trzeba się trzymać od nich z daleka.
Najnowsza książka Mirki Szychowiak to bardzo dobre studium ludzkiej bezsilności w dobie dyktatury siły (kulturowo-medialnej, politycznej, językowej, słowem: cywilizacyjnej). Z czysto poetyckiego punktu widzenia: wiersze zawarte w tomie są więc mocne, okraszone wieloma świetnymi puentami, idealnie dopełniającymi wiersze. Pełno tu interesujących gier językowych, kontekstów, lecz, co ważne – nie przytłaczających czytelnika. Nie ma tu ni stąd, ni zowąd strzelających (wybijających z lektury) fajerwerków, jest za to bardzo sprawna, świadoma konsekwencja. Szychowiak bowiem wie, co chce powiedzieć. I tego się trzyma, choć z tej warsztatowej pewności przebija się (a jednak) „ludzki” pesymizm, „ludzka” słabość. Naturalność. Tak światu i nam potrzebna.

Piotr Gajda, To bruk, Dom Literatury, Łódź 2018, Mirka Szychowiak, trzeci migdał, wydawnictwo j, Wrocław 2018.

środa, 22 sierpnia 2018

Krzysztof Kleszcz - "Całe szczęście" (Trzeci migdał)


Ostatnio trafiałem na poezję, której czytanie zdało mi się intelektualną mordęgą. Mam szacunek dla popisów erudycji, ale akurat potrzebowałem wierszy, w których czuć oddech, znać człowieka. Może tak to ujmę: od ekstatycznej wyprawy samochodem pod górę przez zakręty śmierci, wolę przebieżkę z włączonym Endomondo do kapliczki i z powrotem.

   Co to za świst z gardła? Trzeci migdał to trzecie oko? Oto strumień świadomości - przeciek z głowy. Zawroty, pomieszania, rozszczepy wewnętrznego "ja". Monologi z doktorem. Konfesyjna poezja, bez obawy o przesadny ekshibicjonizm i deprecjację ("Co mam zrobić z głową, obcą ziemią, na której nic nie chce wzejść?"). Trudno jej nie polubić np. za puentę w "Bez zapowiedzi (wizyty domowe)".

   Wiersze o nadczynności, gdy samoświadomość ogłasza swoje rozbuchane dzikie wiosny, gdy doprowadza do rozdwojenia jaźni. Wiersze - ślady rozterek, zapisy zabłąkań; prowincja w jakiej żyje podmiot liryczny okazuje się miejscem, w którym życie się jąka i paprze. Wiersze - bystrym okiem czynione obserwacje ("on tylko dotyka swojego wagonu").

   Wersy o ludziach, którzy nas rozczarowują ("wygolone małpy niskopienne", "małe, wredne muszki wpadają na człowieka, wchodzą do nosa"), i o ludziach, za którymi się tęskni. O pewnym wulgaryzmie, które wpycha się na usta, i o tym, że cisza lepsza od wrzasku. O tym, że znosi się niesprawiedliwość z godnością - "nie wchodzi w drogę, tym, którzy są jej coś winni", i o akceptacji - "lubieniu kawałków". O radości z życia, gdy przyśni się śmierć.

Trudno nie poczuć mięty do wiersza "Czekać", o rozdziawionej gębie kogoś, kto patrzy w górę, i czeka, aż coś spadnie z nieba.

O zmianach, wybuchach. O tym, że "nie ma, babo, widoków", że czyściec fajniejszy od piekła i nieba, że "psa kocha się w całości", albo że jak ślimak dźwiga się dom. Bo księżycowa prowincja - "wygrany trylion", okazuje się miejscem o innej grawitacji, z pękniętym sufitem, gdzie "każdemu może przydarzyć się wszystko", a całe szczęście prowincjuszki - ślimaka to "żeby nikt nas nie znalazł i nie wziął pod but, do ust".

niedziela, 3 czerwca 2018

Zmiana (wizyty domowe)


Powinnam być w innym miejscu, w innym
mieście – tam, gdzie moje życie nie będzie
się jąkać i paprać. Ma pan coś takiego
na oku? Nie, nic nie będziemy ustalać ani
przepisywać, mnie te złote środki nie kręcą
od dawna – przynajmniej na coś w końcu
zrobiłam się odporna. Pojechałabym
w wysokie, tybetańskie góry, gdzie ludzie
nie przestają się uśmiechać, choć nie mają
niczego. Coś musi być w ich powietrzu, może
w tamtym niebie, że się tak ładnie cieszą.

Idę. Znowu, jak widzę, wychodzę z niczym,
doktorze, a panu nawet nie jest głupio.

My (wizyty domowe)


 Dzisiaj przyszłyśmy obie, bez naszego męża i dzieci.
Mamy ze sobą problem i nie jest wesoło, doktorze,

bo od pewnego czasu nie mieścimy się w jednym
ciele. Ona mówi jestem coraz młodsza, tylko nasze
dzieci się starzeją, a ja patrzę w lustro i przecież
widzę, że poszłam mocno do przodu. Poszłyśmy.

Zaczynają się ciche dni i protesty, odmawia
mi prawa do siebie, wspólnej samotności
i wciąż ogląda tamte zdjęcia, na których nas
już nie ma. Czy to się da wyleczyć? Niech
pan coś na nią wymyśli, ja jestem zdrowa,
ale mogę się zarazić czymś odjechanym.

A po co?

czwartek, 10 maja 2018

Karol Maliszewski - Mirka Szychowiak - "Trzy wolności"

    W tytułowym wierszu debiutanckiego tomiku Mirki  Szychowiak pojawia się wspomnienie wcześniejszych prób poetyckich. Zresztą, owe próby mogą mieć charakter bardziej uniwersalny, biorący się z często tu zakładanej tożsamości: próby życia – próby pisania o życiu. Kiedyś chciałam/ być bardziej sterylna – jako człowiek, kobieta, jako poetka; i zobacz, ile mnie ubyło – tak kończy się to wyznanie. Wcześniejsze starania o wewnętrzną czystość i ład przekazu nie przyniosły spodziewanych rezultatów, czyli poukładanego życia i lepszych wierszy. Doszło do czegoś paradoksalnego, jakiejś szkodliwej sterylności, poznawczej bezpłodności, rozpanoszył się bezsmak. To, co miano wykluczyć w imię spodziewanej harmonii, okazało się nieodzowne dla odczuwania pełni. A więc coś odjęto całkiem niepotrzebnie. Teraz się do tego wraca świadomie, bardziej dojrzale hoduje ten brud . I ma się nadzieję, że może powróci dawna intensywność doznań: smak, zapach, żywiołowy język.
    Odtworzenie stanu „sprzed” nie jest już możliwe. To, co wróci, będzie bogatsze o zaznany rozpad. Ciężkie, obolałe już uczy się dawnego latania. Na razie chodzenia: To, co zostało, uczy się człapać środkiem,/ człapać w swoim imieniu2. Wcześniejsze dzieje Mirki Szychowiak jako osoby piszącej osnuwa mgła tajemnicy (wiemy tylko, że zadebiutowała jako dziewczę płoche w czasie pamiętnego strajku w Stoczni Gdańskiej ). Podobno zawsze coś pisała, nie pchając się jednak na afisz. 
   Na ile modne szkoły poetyckie ostatnich dekad mogły dotyczyć tego ewoluującego pisania, trudno orzec. Wypłynęła jako poetka już ukształtowana, dojrzała. Wypłynęła najpierw w Internecie, a potem dopiero w papierowych mediach literackich.
 Co zatem chce nam powiedzieć tym wierszem? Może to, że wreszcie po latach poszukiwań i prób „doczłapała się” do czegoś, a my czytamy coś, co właśnie uczy się mówić od nowa, przejęte swoją osobnością, osobniczą sygnaturą. Zastanawiać może opis tej największej, choć formującej, porażki – opis spotkania z czymś, co „pozbawiło smaku”, spustoszyło. Na szczęście nie do cna, choć blizna wydaje się dotkliwa. Musiał to być bardzo silny wpływ. Coś, co wżarło się głęboko, a teraz trzeba to cierpliwie (wraz z kolejnym wolnym już wierszem) wydłubywać. To przede wszystkim uderzało w język, homogenizując go, podając w bezpiecznych dawkach „papki”. Każdy poeta „przerabiał” coś takiego. To opowieść o inicjacji i wstępnej fascynacji pozornymi językami towarzyszącymi debiutowaniu. 
   Nie wiem, ile razy debiutowała Mirka Szychowiak, i w jakich okolicznościach – dla mnie ważne jest wyrwanie się z ciasnych ram systemu i sztuka opowiedzenia o tym. Bohaterka tych wierszy często ograniczana przez okoliczności życia i pisania, jeszcze częściej wyrywa się na wolność. 
   Już pierwszy tomik jest opowiedzeniem się za całkowitą wolnością, za pisaniem z dala od debiutanckich schematów i reguł podawanych do wierzenia w rozmaitych internetowych kółkach wzajemnej adoracji. Nazwałbym to „pierwszą wolnością” bohaterki. Wolnością wywalczoną i opanowaną do tego stopnia, że już gotową na dzielenie się, podawanie dalej. Myślę, że tak można zrozumieć przesłanie wiersza Teren należy do ciebie, będącego w całości odpowiedzią na list początkującego twórcy. I tenże debiutant dowiaduje się, że regułą powinien być brak reguł, bowiem ścisłe trzymanie się jakichkolwiek zasad gasi iskrę, powodując wypalanie słów , nie będących już w stanie poruszyć ludzi. W tym instruktażowym utworze pojawia się kolejne wspomnienie pozwalające na szczątkowe odtworzenie historii twórczego rozwoju poetki. To jasne, że najpierw musiała dojrzeć do przekonania o konieczności ucieczki od „przepisów”, by zacząć pisać wiersze tak jak piecze ciasto – na oko. Ale kto wie, czy nie ważniejsze w tym (udzielającym się teraz innym) samorozwoju było przekonanie o konieczności pozostania w domu. Brzmi to dość enigmatycznie, lecz wykłada się prosto. Bohaterka poszukiwała egzotycznych doznań poza znaną jej rzeczywistością, sądząc, że ambitna poezja odrywa się/ jak ogon od komety i buszuje tam, gdzie nikt/ nigdy nie był . Mamy tutaj kolejną aluzję rzucającą światło na charakter przemian osobowościowych i twórczych nie tylko samej poetki, lecz może nawet większej grupy środowiskowej czy pokoleniowej. Bardzo mi to bliskie, dlatego wspominam, że dotyczyć może wielu. Jakiejś naszej wspólnej drogi. Od przekonań eskapistycznych, od przeestetyzowania i nadrealistycznych ciągot, od „poezji czystej” do ponownego zetknięcia się, często dość bolesnego, z rzeczywistością, do świadomego służenia pełnej niespodzianek i cudów codzienności. O taki „powrót do domu” tutaj chodzi. O „dom” jako miejsce pewne, sprawdzone, twórcze, dające szansę na głębokie odkrycia w obrębie tego, co zlekceważone, o „dom” jako język czekający cierpliwie na zastosowanie. Zwracam uwagę na specyficzną podwójność rozwijanego tu archetypu. Podwójność doskonale sprawdzającą się w dosłownym obrazie bycia u siebie, bycia na miejscu, jak również w metaforycznej wizji rdzennego czy źródłowego języka, naturalnej prostoty wypowiedzi czekającej na ponowne podjęcie. Wtedy odzyskuje się siebie – dojrzałość, tożsamość itd. – gdy można już powiedzieć, że po wielu przygodach, przejściach jest się w domu i nie trzeba więcej wydziwiać, udawać kogoś, kim się nie jest. 
   W gruncie rzeczy wciąż powracam do „pierwszej wolności”. Co do drugiej, waham się, odkładając sprawę na później. Spróbujmy jednak. Byłaby to wolność od pewności i jednoznaczności, od stanowczego „męskiego” orzekania o świecie, od stałego dekretowania ważności i hierarchii rzeczy, spraw, idei, przeżyć? Bardzo często w tych wierszach rozmawia się z „tym drugim”, partnerem, mężem (nazwijmy go ogólnie „pierwiastkiem męskim”). Przypisywana jest mu jasność, ostre światło, kanciaste ruchy, agresywny ton, różnie rozumiana chęć dominacji, a wreszcie bezradność i otępienie, szukanie ukojenia w ramionach kobiety, która wybiera ciemność, cień, niepewność kruchych bytów lęgnących się w jej wrażliwości i wyobraźni. Ufa czemuś, co nazwałbym intuicją emocjonalną. W efekcie niektóre wiersze da się czytać jako pasjonujące, migawkowe relacje z pola walki o przetrwanie „czucia” w przestrzeni określanej przez rozum. W tym sensie poezja Mirki Szychowiak jest oryginalnym romantycznym pogłosem w świecie zdominowanym przez postmodernistyczne, oparte na kombinatorycznych grach słownych, orzekanie o świecie.
     Umieszczam ją pośród tych moich ulubionych poetów, których nazywam w ludzkim i najprostszym sensie „komunikatywnymi”, albo inaczej mówiąc: empatycznymi, uczuciowymi, „sentymentalnymi”. Używam tych podobno deprecjonujących epitetów z całą świadomością dokonanego wyboru. Nie znaczy to, że mamy do czynienia z tandetną egzaltacją, bezpośredniością wyrazu itd. Taka strategia współcześnie nie wydaje się możliwa. Uczuciowość tych tekstów opatrzona jest kąśliwymi, kpiarskimi przypisami, ukrywa się za różnymi zastrzeżeniami, jest do wzięcia po przełamaniu szyfru. Musi się maskować, zręcznie wrzucając raz po raz kolejne iskry w ten po męsku urządzony świat polityki, obyczaju, segregacji i przemocy. A także: świat sterowanej określonymi modami poezji współczesnej i narzucanej przez nią dominacji symbolicznej. 
   Najciekawsze wiersze Mirki Szychowiak to te, które polemizują z zastanymi warunkami mówienia, z wykutym (w skale? raczej w płynnej, tu i ówdzie krzepnącej, magmie) dekalogiem konstruowania wypowiedzi lirycznej, z liryzmem jako takim, z jego liczmanami, kliszami, symbolami, ustabilizowanymi sensami. Przełamać to, wyjść na swoje, wyszarpać z cienia własne imię – i jeszcze przy tym wzruszać, poruszać czytelnika, który widzi w obrazie szamotaniny „tej innej” projekcje zupełnie własnych perypetii duchowych, dobrze odnajdując się w meandrach kapryśnych uczuć wyrazistej bohaterki – być może w tym miejscu docieramy do źródła mojej fascynacji tą liryką. Po rozprawie z obrazem „kobiety piszącej”, a następnie w ogóle kobiety i jej języka w świecie mężczyzn, przyszła pora – i wiele wierszy podejmuje ten wątek – na polemikę ze stereotypem starej czy też starzejącej się kobiety.
    „Trzecia wolność” byłaby zerwaniem z narzucającym się wartościowaniem tego bytu i jego miejscem w strukturze społecznej. W świetle niektórych utworów gruboskórność jakichkolwiek ogólnych twierdzeń na temat jednostkowo postrzeganego człowieka, wydaje się wręcz jaskrawa. Bohaterka rozpływa się w danym jej świecie i utożsamiając się ze wszystkimi istnieniami roślinnymi, zwierzęcymi i ludzkimi (osobliwie i ufnie zawierzając tym chromym, odrzuconym, „odmieńczym”, wykluczonym, nieudanym czy zmarginalizowanym10), wyobraża sobie, że może być czymkolwiek, czuć się wszystkim. Taki stan uważa za naturalny, dobry, harmonijny. Jednak te chwile pełni i zjednoczenia ze światem (chwile rozumiejącej empatii) nie trwają długo. Pojawiają się etykietki, przemoc nazywania, porządkowania, oddzielania. Tak czy inaczej trzeba wrócić do rzeczywistości społecznej, gdzie czekają funkcjonalne określniki ról. W wierszu otwierającym zbiór Proszę nie płakać polemizuje się z tym ironicznie i wściekle: Gówno mnie obchodzi to, że jestem/ stara./ I opowiada się, że właściwie można pozostać wiecznym dzieckiem, a świat i tak tego nie zauważy. W te puste miejsca „światowej nieuwagi” wchodzą literatura i sztuka, umożliwiając ekspresje indywidualne, poczucia poszczególne, zazwyczaj polemizujące z zastaniem się form, konwencji i nawyków postrzegania oraz interpretowania. A więc „trzecia wolność” to inne imię buntu, tej tu wzruszająco przedstawionej rebelii kobiecej wrażliwości, tej jakby „dziecięcej” rewolucyjności.

   Co do czwartej (wolność od śmierci, wolność ku śmierci) – nie mam już siły... Bo to, co robię, zadaje gwałt nie tylko interpretowanemu, lecz i interpretującemu. Racjonalizuję na całego, czyli usiłuję jakoś urządzić się w ogródku tej poezji ze wszystkimi swoimi aparacikami, nie dostrzegając, ile żywego zadeptałem. Żywość każdego wiersza spełnia się w błysku, dotkliwym odczuciu, a to, co potem, namolne mamrotanie, należy do innego porządku rzeczy. Szychowiak proponuje przeżycie, jego ekstatyczną (szamańską) totalność, drwiąc już na wstępie ze „szkiełka i oka”. Pora zamilknąć. Ale reszta nie jest milczeniem. Zawiera się i żyje, rozlewając się poza brzeg, omijając mosty, w czterech do tej pory wydanych tomikach.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Bryndza


Tak się spieszyłam – mało snu, życia
więcej. Żeby zawsze były pod ręką, 
otwarte listy i książki chowałam w ziemi.
Zaszalałam kilka razy, trochę uciekłam
trochę wracałam, hodując czule depresję 
i inne łatwo zapadalne stany.

I nagle odwołali koniec świata. Nikt
nie przeprosił. Żadnych wyjaśnień.
Nie byłam na to gotowa, znowu
trzeba się rozgrzebać, otrząsnąć z tego
przestrachu i zwolnić. Tak się nie robi.

sobota, 10 lutego 2018

Bez zapowiedzi


Znowu jestem pierwsza – to takie dziwne, wiesz?
Chciałam tylko przyjść, zaczepić kogoś, posłuchać
o kim dzisiaj będą kłamać, o co się kłócić, przez kogo
płakać. A tutaj pusto. Zero człowieka,  żadnych śladów.
Jestem pierwsza i ostatnia, za drzwiami pan i ta kanapa,
której nienawidzę. W niczym mi nie pomogła, nie
ułożyła mnie od nowa, a pan obiecał, że z tego wyjdę.
Ktoś kogoś oprawił w ramki i powiesił na ścianie
jak martwy pejzaż.  Teraz patrz i zachoruj na mnie.
Tego ci serdecznie życzę, jebany doktorku.