poniedziałek, 5 listopada 2018

Istnienie i nerwy - Karol Maliszewski ("Trzeci migdał")


Karol Maliszewski: Istnienie i nerwy

Książeczka sprawia wrażenie pomazanej. Wiem, że to taka koncepcja graficzna. Pewnie trafna, bo umożliwia czytanie niezobowiązujące, na luzie. Obok koślawych kresek proste literki, wobec których nie muszę się nadymać. Tak pomyślałem, wyobrażając sobie ten tom inaczej opracowany graficznie, na przykład wypełniony nobliwymi, nadobnymi rycinami. Spokój kreski, ład, harmonia, o, wtedy czytałoby się te wiersze tak, jakby wydały je „Zeszyty Literackie”. Wszystko to zalatywałoby Miłoszem, czyli określonym ustawieniem głosu, a potem oczekiwań. A więc ważne jest to, jak widzimy wiersze, w jakim środowisku typograficznym, bo to już nas wstępnie ustawia do komunii i komunikacji.
I to jest chyba słuszny trop. Nie mamy się nadymać. Nie tylko rysunki, ale również  wiersze nie chcą tego robić, intensywnie pracując nad skróceniem dystansu, nie mówiąc z wysokości ani wyniosłości. Co do ustawienia odbioru, to duży wpływ ma tytuł. Z tego, co pamiętam, trzeci migdał jest przypadłością dziecięcą. Aha, będę jak dziecko patrzeć na was i wasze sprawy, jakbym nigdy wcześniej na temat tego zużytego świata niczego sobie nie zakładała, rzuca na wstępie autorka. To znaczy, czytelnik tak sobie wyobraża jej założenia. Najpierw zniesienie dystansu, a potem dziecięca świeżość, spontaniczność w ponownym definiowaniu związków człowieka ze światem. Może niepotrzebnie tyle na siebie (i potencjalnego czytelnika) nałożyłem. Tyle wstępnych obserwacji. Rysunki, opracowanie graficzne, wygląd książki i tytuł. Oczywiście, czytelnik może zignorować te sygnały i od razu przejść do wierszy.
I co usłyszy już w drzwiach? Że za mało, że to w ogóle bryndza, że to nic, że może, że chwilowo. Jakbyśmy byli w jakiejś tymczasowej i chorej rzeczywistości, a na lekarza nie ma co liczyć, aczkolwiek obiecał wpaść z wizytą domową. Jednak sama wizja, że On gdzieś jest, ten symbol zdrowia i normalności, napędza bohaterkę do mówienia. I mówi tak, jakby coś komuś wygarniała, z pasją i przekonaniem. Być może, potem, po wszystkim, doktorek razem z Panem Bogiem jakoś ocenią jej wysiłki. Najciekawsze są jednak same wysiłkistarania, żeby opowiedzieć o tym, co ją spotyka. Turlamy się od przygody do przygody, od przeżycia do przeżycia. Obserwujemy język, który z dziwną lekkością potrafi tym  traumatycznym doświadczeniom sprostać. Dla zimnego obserwatora to są tylko drobiazgi rozdmuchiwane przez egzaltację i dziecinną nadwrażliwość do Bóg wie jakich rozmiarów, dla mnie coś zdecydowanie więcej. Niczego pewnego nie wiemy o normalnych czy przepisowych  rozmiarach. Zatem ciekawe jest czytanie o przeżyciach kogoś, kto czuje tak  wielowymiarowo  (wielorozmiarowo). O tym, że  z wora każdemu leci jednak inaczej, dobrze opowiada wiersz Może
(…) Po drodze leci nam z tego wora jak leci, ktoś się potknie, ktoś inny przeskoczy. Będzie trochę śmiechu, zazgrzytają zęby. Czy zawsze musi być wszystkim po drodze?
Nie ma na najlepszych miejsc, jedynych wyjść, najpiękniejszych kobiet. To te nieszkodliwe kłamstwa, które lubimy, takie świecidełka.
Kto z was jest pewien, że chciał się urodzić, zanim się urodził – niech tutaj przyjdzie i skłamie.

I tutaj zwróciłbym uwagę na dwie trapiące autorkę rzeczy. Życie jako proces notorycznie odbiegający od oczekiwań i zawyżonych ideałów (gładkich zdań o życiu), więc rodzi się coraz bardziej kłopotliwe pytanie o tego, który skonstruował tak zawyżoną narrację. Czy tylko tradycja, kultura, religia nam to zafundowały, czy też może w samym człowieku istnieje taki bez przerwy wywyższający, idealizujący napęd – i co z nim zrobić? Oczywiście, pisanie wierszy staje się w tym świetle nieodzowne, bo trzeba sobie jakoś radzić. Werbalnie i pozawerbalnie – to drugie dotyczy osób, które wierszy nie piszą, a przecież też ich dotyka działanie mechanizmu uwznioślania i rozczarowywania.
Mirka Szychowiak, obłaskawiając ten temat, często wikła go w związek z drugą obserwacją. Jeżeli pierwsza ma charakter psychologiczno-egzystencjalny, to druga mierzy wyżej i jest – powiedzmy – z gruntu metafizyczno-teologiczna, pracując intensywnie nad ujawnianiem kłamstwa wyższego rzędu. Drobne kłamstwa pozwalające jakoś żyć (świecidełka) są niczym wobec kłamstwa generalnego, łagodzącego napięcia tworzące się wokół kwestii  wrzucenia w istnienia. Bo niby nikt się na świat nie prosił, a tu taki despekt – każą żyć i to wedle z góry ustalonej poprawności bycia. W tym kontekście rzeczywiście nikt nie ma pewności, że chciał się urodzić. A w innym miejscu czytamy, że  ciemność i śmierć to nie na moje nerwy.
Poezjowanie Mirki Szychowiak wyrasta z tych dwóch intencji (o, zapewne są jeszcze inne). Po pierwsze z konieczności świadczenia o tym, jakie to życie krępujące (w wersji bardziej bezpośredniej – pojebane), a po drugie z czegoś, co wcale wraz z modernizmem nie odeszło do lamusa, a zwie się tak zwanym bólem istnienia. Dwa motory napędzające niejednego liryka, niejedną liryczkę. Mówimy więc o ukrytej eschatologicznej energii, o ruchu języka zmierzającego w stronę pozostających w podobnej egzystencjalnej opresji czytelników. Jednak motor motorowi nierówny. Ten tutaj gra potężnie, a znaczy to, że znajduje właściwy, ludzki i codzienny, ton, by te ciężary nie tylko podrzucać, ale również razem z nami je dźwigać.

Karol Maliszewski

piątek, 26 października 2018

Lepiej


Chcę być kimś innym oprócz siebie. Czegoś
mi brakuje w tym związku sam na sam. Może
kota, który zna lepsze miejsca, gdzie można
się wdrapać i schować. Dobrze bym się czuła
w wodzie, z jakąś nawet mięsożerną rybą, słabo
widoczną na dnie, wtopioną w muł. To dziwny
stan, kiedy się nie chcesz starać na swój temat
i musisz szukać innych wcieleń. Myślisz wtedy:
mogłabyś być drzewem, czymś, co niekoniecznie
się rusza, ale jest żywe, widzi, myśli i ma swój
język, dom i ziemię, jakiś kawałek ziemi, gdzie
nikt nie wejdzie bez pytania. Dzisiejsza noc,
jakiś półprzytomny sen, podrzucił mi kilka
pomysłów. Kartkuję je niecierpliwie, ale
tam jest za dużo mnie, za dużo moich słów.

wtorek, 16 października 2018

RAFAŁ RÓŻEWICZ – Co pozostaje? Czytając „To bruk” Piotra Gajdy i „trzeci migdał” Mirki Szychowiak


a

Najnowsze tomy poetyckie Mirki Szychowiak i Piotra Gajdy są interesującymi przykładami na to, jak od lat można z powodzeniem funkcjonować w literaturze – że się posłużę tytułem jednej z naszych książek wydanych przez „Inter-” – „nie w pierwszym szeregu” (lecz czy szereg nie kojarzy się z równaniem do pewnego wzorca?); pomimo nominacji i nagród (Szychowiak była nominowana do NIKE, Gajda zaś Laureatem Nagrody Otoczaka – przyznawanej przez zmarłego niedawno Jerzego Suchanka); innymi słowy: funkcjonować w oparciu przede wszystkim o literaturę, a nie środowiskowe przepychanki, od dawna przesłaniające – nomen omen – to, co najważniejsze, czyli książki. A tych już Szychowiak i Gajda mają na swoim koncie sporo.

To bruk Piotra Gajdy, choć wszystko wskazywało na to, że Śruba Archimedesa będzie zwieńczeniem trylogii filozofii i języka spod znaku Instytutu Mikołowskiego, jest ni to suplementem (niebezpośrednim, ale o tym później), ni kolejnym krokiem na drodze autora ku poetyckiej publicystyce, którą od kilku lat skutecznie przemyca w swoich wierszach-komentarzach, analizując stan cywilizacji w skali mikro i makro (pamiętamy nagły przeskok u Gajdy – po dobrze przyjętym Hostelu i Zwłoce i melancholijnych, wycofanych, prywatnych wierszach, które swego czasu różni krytycy chcieli podpiąć pod tak zwaną, acz wyimaginowaną, „dykcję łódzką” oraz dobrze wypadających w internetowych bojach w czasach, gdy portale poetyckie trzymały jeszcze jakikolwiek poziom – poeta z Tomaszowa Mazowieckiego w kolejnym tomiku pt. Demoludy, wydanym, a jakże, w Instytucie Mikołowskim, postanowił zaciemnić przekaz, skorzystać z dobrodziejstw zdań wielokrotnie złożonych i zmaksymalizować występowanie metafor w myśl zasady: co zdanie to nowy obraz), wydłużając swoje wiersze (przypominające już mini-traktaty) do niespotykanych wcześniej u niego rozmiarów. Opinie o tej wewnętrznej rewolcie były różne, ale Gajda nie mógł już się cofnąć. Rozwinięta świadomość językowa i chęć powiedzenia czegoś więcej niż dotychczas domagała się bowiem kolejnych ujść. Tak zostały opublikowane kolejne książki: Golem i wspomniana Śruba Archimedesa, w których to autor doskonalił swój warsztat zapoczątkowany w Demoludach oraz umiejętność wyrażania własnego Ja na wielu płaszczyznach. Dobrze skomentował to Tomasz Cieślak w jednej z recenzji: „[…] trudno nie odnieść wrażenia, że głównym celem jego pisania jest po prostu wyrażenie siebie, próba zanotowania własnego, realnego przeżywania świata, nieco tylko przesłonięta rozmaitymi zabiegami artystycznymi, w takim stopniu, żeby nie musieć się zbytnio tłumaczyć z »autobiograficzności« czy wstydzić się wyjawienia zbyt wiele, bo teraz niemodne czy trywialne i stereotypowo »lirycznie«”. Wspomniane artystyczne zabiegi to nic innego jak przefiltrowane przez język, ironię, politykę, kulturę i filozofię obrazki z melancholijnego i nierzadko monotonnego życia podmiotu, zanurzonego w literaturze, balansującego jednakże już na granicy tego, co publiczne i prywatne (a nie jak wcześniej – przede wszystkim prywatne): „Dlaczego, kiedy idę do pracy, za którą, żeby ją mieć, / setka innych oddałaby wiele, łzawią mi oczy?”. Dodajmy: podmiotu, któremu ta cała zewnętrzna otoczka każe pisać w taki a nie inny sposób (a on może co najwyżej się szarpać, ironizować, komentować, ale porządek narracyjny i formalny – wiersze Gajdy są zawsze uporządkowane i stroficznie przejrzyste – musi pozostać zachowany). Bowiem rola skryby, w którą wszedł podmiot/autor, jest niczym innym jak formą narzuconą przez inną formę (narzuconą sobie?) – formę-świat, poza którą ciężko jest wyjść. Tak jak skryba nie może opuścić murów klasztoru, bo język, którym się posługuje, a który teoretycznie mógłby go zaprowadzić dalej niż do klasztornej bramy, okazuje się kościelną łaciną – tak podmiot To bruku może funkcjonować w języku tylko na zasadach narzuconych mu przez zewnętrzną całość (kulturowo-polityczno-filozoficzną – normę?). Tym samym granice wiersza (niezależnie czy mamy do czynienia z dystychami czy innymi porządkami) nie zostają przekroczone, choć w ich obrębie może dziać się dosłownie wszystko (a tym samym nic, bo co to za poezja, która niczego nie przekracza, nie ocala?). Taka, która może sobie po prostu trwać, wydawałoby się – w nieskończoność. Gdyż jest tragicznie niezmienna.
I o tym właśnie jest kolejna książka Piotra Gajdy.
O poezji, która po prostu się pisze (jest pisana?), a jej końca nie widać, bo nie przekłada się na coś więcej ponad to, czym jest (bo przecież zawsze można prywatnie skrytykować publiczną rzeczywistość, odwołując się do nierozwiązywalnych od wieków problemów). I na tym polega ten wspomniany tragizm. Na niemożności zaniechania bezsensownych czynności. Bo kto zabroni pisać poecie, skoro nikt go nie czyta i nie dostrzega?
Autor konsekwentnie mocuje się z narzuconym (cywilizacyjnym) porządkiem, lecz wydaje mi się, że akurat w To bruku (tytuł można odczytywać jako próbę wskazania źródła ostatecznego ludzkiego dna: „przyszłe rozwiązania / połączono supłami, tworząc ludzkie DNA, / żebyśmy mogli sięgnąć dna” lub też miejsce zaciętych walk podczas II wojny światowej, które to walki płynnie przeistoczyły się w wojnę już nie między Polakami a nazistami i faszystami, lecz w wojnę polsko-polską; czyli Polakiem a źle rozumianą „polskością”) polityki jest więcej niż do tej pory. Podobno, jak zapowiadał wydawca (Dom Literatury w Łodzi), to najbardziej polityczna książka Gajdy ze wszystkich opublikowanych. Czy dlatego, że ta polityczność wynurzyła się z odmętów półsłówek i niedomówień i zaczęła peryskopować w stronę większej – w tej materii – dosłowności? Jeśli tak, to jedna z granic została przez autora jednak przekroczona. I to w pozytywnym znaczeniu: „Państwo trwa, dopóki ma na to papiery. / Państwo trwa, dopóki ma na ciebie teczkę”.
Jak więc To bruk ma się do trzech ostatnich książek Piotra Gajdy? Czy to, jak wspominałem na początku, nowe otwarcie, czy przeciwnie – zamierzona w ostatecznym rozrachunku kontynuacja? Rewolucji na miarę Demoludów nie widzę, ale czy potrzebna jest rewolucja, kiedy książka jest najzwyczajniej w świecie – dobra? I jak się w końcu okazuje: zaskakująco bliższa pierwszym publikacjom (pod względem klimatu, niemożności) w dorobku poety? Innymi słowy – atmosfera – to Hostel, Zwłoka, forma – Demoludy, Golem, Śruba Archimedesa.
Z pewnością z tej mieszanki coś się jeszcze wykluje.


Tymczasem trzeci migdał Mirki Szychowiak przynosi pewną zmianę w dotychczasowej twórczości poetki. Nowy wydawca (niedawno powstałe wydawnictwo j z inicjatywy Jacka Bieruta), a więc i wiersze jakieś konkretniejsze, celniejsze, lepiej skrojone. Tak, pisząc o skrojeniu, mam na myśli konsekwentnie prowadzoną narrację – od niewinnego detalu do mocnej, wbijającej się w pamięć – ogólniejszej puenty. Klasyczne podejście do wiersza, ale trzeba uczciwie przyznać – wciąż działające.
Sama książka kompozycyjnie przypomina rozmowę podmiotki z terapuetą, tytułowym „doktorem”: „nie po to dzwonię, żeby słuchać, / ale żeby mi przeszło”. Dużo więc tu mówienia, mówienia dosłownie o wszystkim (celowego przeskakiwania z tematu na temat, jakby dyktowanego chęcią wygadania się), przypominającego monolog (postać doktora pojawia się tylko epizodycznie – i to w wypowiedziach konstruowanych przez podmiotkę, co każe przypuszczać, że żadnego doktora nie ma lub – doktorem jest każdy sięgający po książkę – czytelnik). I znów jak w przypadku Gajdy – prywatność (ja) swobodnie przechodzi tu w sferę publiczną (my) – jakby za  wspomniany stan podmiotki odpowiadały nie poszczególne jednostki, ale w szerszym rozumieniu – ogół, ludzkość: „Kiedy z nieba odlecą samoloty / i w portach przestaną czekać / na statki – zejdziemy z drzew, / żeby zebrać to, co z nas wypadło”. Nasuwa się zatem pytanie: co takiego może wypaść, co zechcemy pospiesznie zebrać, ukryć przed czyimś wzrokiem? Czy to coś wstydliwego, skazującego nas na przynależność do określonego gatunku, który już nie raz się – jak wiemy z historii –  skompromitował? Podmiotka jakby wstydziła się za to, że jest częścią ludzkości, że jest człowiekiem. To ciężar, z którym nie jest w stanie się do końca uporać, toteż szuka (jak już wiemy) bliżej nieokreślonej pomocy. Zrozumienia: w doktorze, czytelniku, w każdym z nas. Piękny jest więc w tym tomie wiersz o psie – wiersz, który posyła w świat jasny komunikat – wszystko jest lepsze od nas – ludzi: „Obesra, szczeka w nocy, w całym domu / sierść i kości schowane w takich skrytkach, że dopiero smród podpowiada, gdzie są. / Ale pies to pies, a nie człowiek, i jemu / wybaczam prawie wszystkie katastrofy”. Życie z etykietką człowieka bowiem krępuje (nawiązując do poprzedniego tomu poetki – Jakie to życie jest krępujące) i jest powodem do zażenowania.
Tytułowy trzeci migdał, który można odczytywać jako społeczeństwo, świat ludzi dorosłych, jest więc czymś niepożądanym. Dorosłość bowiem to stan, który nie powinien mieć miejsca. Wszak wtedy pojawiają się związane z nią komplikacje: prawda, fałsz: „Już się przejadłam tą prawdą. / Zalega teraz we mnie, wędruje w górę, / dochodzi do ust i cofa się tchórzliwie”, a w dalszym kontekście: polityka, konflikty, nietolerancja. To, jak sugeruje podmiotka, należałoby chirurgicznie usunąć, by uczynić rzeczywistość może nie zdrowszą – ale znośniejszą. Jak się jednak okazuje: nie jest to wcale takie proste. Wyimaginowany (?) doktor może zalecić jedynie terapię. A więc przyzwyczajenie się, gdyż – pewne problemy (i znów podobnie jak u Piotra Gajdy) są nierozwiązywalne. Tym samym w obu przypadkach pozostaje jedynie wykonywanie czynności mających coraz mniej sensu i realnego przełożenia na życie. U Gajdy: jest to więc pisanie, u Szychowiak: pisanie poprzez mówienie. Innymi słowy: można już tylko mówić i pisać (do siebie?), bo jak się okazuje – nic innego nie pozostało. Pozostali ludzie przestali być ludzcy i trzeba się trzymać od nich z daleka.
Najnowsza książka Mirki Szychowiak to bardzo dobre studium ludzkiej bezsilności w dobie dyktatury siły (kulturowo-medialnej, politycznej, językowej, słowem: cywilizacyjnej). Z czysto poetyckiego punktu widzenia: wiersze zawarte w tomie są więc mocne, okraszone wieloma świetnymi puentami, idealnie dopełniającymi wiersze. Pełno tu interesujących gier językowych, kontekstów, lecz, co ważne – nie przytłaczających czytelnika. Nie ma tu ni stąd, ni zowąd strzelających (wybijających z lektury) fajerwerków, jest za to bardzo sprawna, świadoma konsekwencja. Szychowiak bowiem wie, co chce powiedzieć. I tego się trzyma, choć z tej warsztatowej pewności przebija się (a jednak) „ludzki” pesymizm, „ludzka” słabość. Naturalność. Tak światu i nam potrzebna.

Piotr Gajda, To bruk, Dom Literatury, Łódź 2018, Mirka Szychowiak, trzeci migdał, wydawnictwo j, Wrocław 2018.

środa, 22 sierpnia 2018

Krzysztof Kleszcz - "Całe szczęście" (Trzeci migdał)


Ostatnio trafiałem na poezję, której czytanie zdało mi się intelektualną mordęgą. Mam szacunek dla popisów erudycji, ale akurat potrzebowałem wierszy, w których czuć oddech, znać człowieka. Może tak to ujmę: od ekstatycznej wyprawy samochodem pod górę przez zakręty śmierci, wolę przebieżkę z włączonym Endomondo do kapliczki i z powrotem.

   Co to za świst z gardła? Trzeci migdał to trzecie oko? Oto strumień świadomości - przeciek z głowy. Zawroty, pomieszania, rozszczepy wewnętrznego "ja". Monologi z doktorem. Konfesyjna poezja, bez obawy o przesadny ekshibicjonizm i deprecjację ("Co mam zrobić z głową, obcą ziemią, na której nic nie chce wzejść?"). Trudno jej nie polubić np. za puentę w "Bez zapowiedzi (wizyty domowe)".

   Wiersze o nadczynności, gdy samoświadomość ogłasza swoje rozbuchane dzikie wiosny, gdy doprowadza do rozdwojenia jaźni. Wiersze - ślady rozterek, zapisy zabłąkań; prowincja w jakiej żyje podmiot liryczny okazuje się miejscem, w którym życie się jąka i paprze. Wiersze - bystrym okiem czynione obserwacje ("on tylko dotyka swojego wagonu").

   Wersy o ludziach, którzy nas rozczarowują ("wygolone małpy niskopienne", "małe, wredne muszki wpadają na człowieka, wchodzą do nosa"), i o ludziach, za którymi się tęskni. O pewnym wulgaryzmie, które wpycha się na usta, i o tym, że cisza lepsza od wrzasku. O tym, że znosi się niesprawiedliwość z godnością - "nie wchodzi w drogę, tym, którzy są jej coś winni", i o akceptacji - "lubieniu kawałków". O radości z życia, gdy przyśni się śmierć.

Trudno nie poczuć mięty do wiersza "Czekać", o rozdziawionej gębie kogoś, kto patrzy w górę, i czeka, aż coś spadnie z nieba.

O zmianach, wybuchach. O tym, że "nie ma, babo, widoków", że czyściec fajniejszy od piekła i nieba, że "psa kocha się w całości", albo że jak ślimak dźwiga się dom. Bo księżycowa prowincja - "wygrany trylion", okazuje się miejscem o innej grawitacji, z pękniętym sufitem, gdzie "każdemu może przydarzyć się wszystko", a całe szczęście prowincjuszki - ślimaka to "żeby nikt nas nie znalazł i nie wziął pod but, do ust".

niedziela, 3 czerwca 2018

Zmiana (wizyty domowe)


Powinnam być w innym miejscu, w innym
mieście – tam, gdzie moje życie nie będzie
się jąkać i paprać. Ma pan coś takiego
na oku? Nie, nic nie będziemy ustalać ani
przepisywać, mnie te złote środki nie kręcą
od dawna – przynajmniej na coś w końcu
zrobiłam się odporna. Pojechałabym
w wysokie, tybetańskie góry, gdzie ludzie
nie przestają się uśmiechać, choć nie mają
niczego. Coś musi być w ich powietrzu, może
w tamtym niebie, że się tak ładnie cieszą.

Idę. Znowu, jak widzę, wychodzę z niczym,
doktorze, a panu nawet nie jest głupio.

My (wizyty domowe)


 Dzisiaj przyszłyśmy obie, bez naszego męża i dzieci.
Mamy ze sobą problem i nie jest wesoło, doktorze,

bo od pewnego czasu nie mieścimy się w jednym
ciele. Ona mówi jestem coraz młodsza, tylko nasze
dzieci się starzeją, a ja patrzę w lustro i przecież
widzę, że poszłam mocno do przodu. Poszłyśmy.

Zaczynają się ciche dni i protesty, odmawia
mi prawa do siebie, wspólnej samotności
i wciąż ogląda tamte zdjęcia, na których nas
już nie ma. Czy to się da wyleczyć? Niech
pan coś na nią wymyśli, ja jestem zdrowa,
ale mogę się zarazić czymś odjechanym.

A po co?