sobota, 24 stycznia 2015

Noga

Pani blokowa! – Durczakowa wpadła do naszego mieszkania jak huragan – Ta lafirynda zwozi graty! 
Mama dopiero wróciła ze sklepu, nie zdążyła się jeszcze rozebrać:
– Co tam, pani Tereniu? Jaka lafirynda?
– Ten flejtuch naprzeciwko Gienka!
– Rózia? Przecież to miła kobieta, jaka z niej lafirynda? Nic dziwnego, że zwozi rzeczy, w końcu będzie tu mieszkać
była u mnie przedwczoraj się przedstawić. Co pani taka zziajana?
– Jak pani blokowa zejdzie na dół i coś zobaczy, to też będzie zziajana. Już nic nie mówię. 

I wyszła. Mama spojrzała na mnie:
– Idziemy razem, jak cię zostawię w domu, to i tak polecisz za mną.
   Na podwórku zobaczyłyśmy żuka z podwiniętą plandeką. Był pusty
meble i pakunki piętrzyły się pod drzewem. Przy samochodzie stała Rózia i rozmawiała z kierowcą.W ręce ściskała smycz, a właściwie cały pęk. Sprawdziły się słowa taty: Rózia przywiozła ze sobą trzy wielkie wilczury, które darły się niemiłosiernie, bo obok, w sporej klatce, leżała szara kotka.
– Kocica już na ostatnich nogach – Durczakowa stanęła za plecami mamy – Dzień, dwa i będzie kociarnia. Do tego trzy dorosłe wilczury. Pani blokowa, ona wprowadza się do piętnastometrowej kawalerki! Jak pani to sobie wyobraża?
– Nie wyobrażam sobie – mama była zmartwiona – Myślałam, że to będą małe pieski. Nie pomieszczą się.
– To jej sprawa czy się pomieszczą, najgorsze, że będzie hałas i smród.

   Nie przepadałam za Durczakową, nikt jej chyba nie lubił, bo biegała do administracji na skargi z byle gównem, jak mówił tata. Dzisiaj jednak przyznałam jej rację i widziałam, że mama ma podobne obawy. Byłam trochę zła na Rózię, bo zaczynałam ją lubić, ale wpychanie się z taką menażerią do maciupkiego mieszkania, to już przesada. 
– O, pani blokowa! – Rózia w końcu nas zobaczyła – Już jestem!
Podeszła bliżej, ale mama odsunęła się, bo psy były bez kagańców.
– Widzę, widzę – burknęła – Na litość boską, pani Róziu, przecież pani się nie pomieści z tym zwierzyńcem!

– Całkiem dam radę – Rózia nie widziała problemu –Tam, gdzie przedtem mieszkałam, było mniej miejsca, a jakoś się żyło.
– To czemu się pani stamtąd wyniosła? – wtrąciłam.
Rózia zawahała się przez chwilę:
– Jak by to wam powiedzieć
w tamtym miejscu ludzie były wredne i złośliwe. Nie lubię fałszywców; takie to by człowieka w łyżce wody utopiły. U was co innego, kultura, miłe obejście i życzliwe sąsiady – Rózia spojrzała zalotnie na Gienka, który właśnie pojawił się na podwórku: 
 – Róziu, królowo moja! – wyszczerzył zęby w uśmiechu – Walizkę zaniosłem na górę. Co teraz?
– Kotkę i żyrandol – Rózia puściła oko – Jak ja się sąsiadowi odwdzięczę?
– Pomyślimy, pomyślimy – zamruczał Gienek i złapał za klatkę.
Rózia zachichotała i wróciła do kierowcy. Trajkotała, kręciła biodrami, a facet wpatrywał się w nią, jak w święty obraz.
– Co ten flejtuch w sobie ma, ze chłopy tak lgną? – dziwiła się Durczakowa.
– Coś musi mieć – westchnęła mama – Ale to najmniejszy problem. Czuję, że niedługo zaczną się skargi.

Wróciłyśmy do domu. Przy obiedzie rodzice rozmawiali o Rózi i wilczurach.
– A nie mówiłem? – śmiał się tata – Mógłbym sobie kupić szklaną kulę i za wróżkę dorabiać po pracy. Czułem, że ta cholera z wilczurami do nas zjedzie. Szykuj się Ircia na grubsze kłopoty.
   Poleciałam na podwórko. Żuk odjechał, a Rózine rzeczy zniknęły. Durczakowa z Lodzią Mączkową, jak zwykle siedziały na ławce i knuły.Wgramoliłam się na trzepak.
– Bezczelnie zagadywała kierowcę i skakała, jakby miała sprężynę  w dupie – Lodzia nie przebierała w słowach
blokowa aż zbladła, jak zobaczyła te wilczury.Terenia, nie jest dobrze.
– Jest nawet bardzo źle, kochana. Ale jeden większy hałas i listę puszczę po bloku, a potem do administracji.Tu są małe dzieci, chorzy i starcy! – Durczakowa dramatycznie uniosła ręce w górę – A widziałaś Gienka? Latał z gratami ze trzy godziny. Jakoś nic go nie bolało, jak zwykle. Sabina chyba ślepa, że nie widzi tych umizgów.
– Normalnie frajer – stwierdziła Lodzia – Chyba, że ta latawica coś mu obiecała.Wszystkich chłopów nam otumani, zapamiętaj moje słowa. Blokowa mówiła, że ona ma w sobie coś takiego, co facetów przyciąga.
– Niech ma, co tam sobie chce, ale jak się do mojego Durczaka  zacznie przystawiać, to nogi z dupy powyrywam.
   Minęło kilka tygodni. Nie sprawdziły się obawy Durczakowej – w bloku było cicho, psy nie szczekały, czasem tylko, kiedy Rózia wyprowadzała je na spacer, podnosiły na krótko głos. A najważniejsze, że
kiedy wychodziła z domu na dłużej – psy były spokojne. Mama odetchnęła.
  Wkrótce pojawił się Wiesiu. Jaki to był piękny mężczyzna od pasa w górę! Niżej trochę niekompletny, bo nie miał prawdziwej nogi, tylko drewnianą. Wszystkie sąsiadki, ze Skibową na czele – bardzo go żałowały:
– Ciekawe, co mu się stało z tą nogą? – zastanawiała się – No, pech, pech, taki dekoracyjny mężczyzna!
– Normalnie, jak Belmondo – westchnęła Lodzia – Nawet bez nogi może w głowie zawrócić; co on w tym zakapiorze zobaczył, nie wiem. To niesprawiedliwie, żeby ten piszczący brudas miał takiego pięknego narzeczonego. A te jego oczyska! Jak spojrzy, to ciarki mam po całości.
– Stara, a durna – Skibowa zrobiła kółko na czole – Niech tylko Mączka zobaczy, że się ślinisz do obcego, to będziesz miała siniaki na dupie, a nie ciarki. Przystojny, fakt, ale ma u mnie minusa, że się z takim byle gównem zadaje.
Tyłek mnie już bolał od siedzenia na trzepaku, więc poleciałam do domu. Mama właśnie opowiadała tacie o Wiesiu. Spotkała go któregoś dnia na podwórku; przysiedli na ławce i trochę pogadali. Okazało się, że Wiesiu miał wypadek – źle wskoczył do tramwaju i ucięło mu nogę.
– Po co wskakiwał, głupek? – tata nie mógł zrozumieć – Dobrze, że w ogóle żyje. Wiesz, Ircia, mnie się zdaje, że on gdzieś podprowadza różne rzeczy.Wczoraj przyniósł dwa zegarki i chciał mi sprzedać, a kilka dni wcześniej radio tranzystorowe, nowiusieńkie. Gienek kupił od niego komplet narzędzi i szlifierkę.  Ciekawe, skąd to wszystko ma.
– Nie pytałeś?
– Przecież nie będę pytał, lepiej nie wiedzieć.
– Masz rację – przytaknęła mama – Nie daj Boże, jakieś kradzione, dopiero by się narobiło. Słuchaj, a Rózia to ma dziwną pracę: raz idzie, raz nie idzie. Zbieram się, żeby z nią porozmawiać, bo Wiesiu bez meldunku już drugi tydzień u niej siedzi. Jak któraś plotkara coś chlapnie tam, gdzie nie trzeba, zaraz z administracji zaczną pytać, czemu tego nie zgłosiłam.

 Wiesiu, po maminej wizycie u Rózi, dyplomatycznie zniknął na dwa tygodnie.
– Widzi pani blokowa, że on w odwiedziny tylko! – tłumaczyła mamie – Przecież Wiesiu, słowo honoru, ma gdzie mieszkać, ale tak mnie kocha, że kilka dni rozłąki i usycha z miłości. Po prostu badyl. Bym go miała na sumieniu, bo się przyzwyczaiłam do tego kuternogi, pani blokowa. Prawie jak do moich piesków, bynajmniej.

 – To pani go nie kocha? – zrobiło mi się Wiesia żal – Wszyscy mówią, że jest piękny, jak prawdziwy aktor filmowy.
– Jakie wszyscy? – Rózia zrobiła się czujna.
– Na przykład sąsiadki z naszego bloku.
– Te larwy? – Rózia uśmiechnęła się z wyższością – Mi nie podskoczą. Bez prezencji i w ogóle, jakieś krowiaste. Niech im się podoba mój Wiesiu, od tego dzieci nie ma. No, ale dziwne babska, że bez nogi i się podoba.
Mama, jak już zaczynałam się rozkręcać, zwłaszcza na dorosłe tematy, zaraz znajdowała mi zajęcie:
– Idź do chemicznego, kup dwie paczki klamerek.
   Kiedy wreszcie przyjechał długo oczekiwany
przeze mnie Marian Krzywy, nie mogłam się z nim nagadać. Najlepszy sąsiad, z którym trzymałam sztamę od momentu, kiedy się wprowadził. Tylko on rozumiał niepełnoletnią dziewczynkę i mieliśmy na celowniku te same wredne plotkary. Krzywy z miejsca zakolegował się z Wiesiem i często zajmowali ławkę, co nie podobało się niektórym sąsiadkom. Skibowa była przecież królową podwórka, z wiernymi drużkami – Dziunią, Lodzią i Durczakową. Ławka była jedna, a mężczyźni nie mieli zamiaru bawić się w dżentelmenów. Plotkary w końcu dały za wygraną, a Durczakowa napisała pismo do administracji, z prośbą o dodatkowe siedzenie.Tym sposobem na podwórku przybył nowy mebel – piękna, zielona ławka. Kierownik łaskawie zgodził się na drugi kosz na śmieci i – jak mówił Gienek – z podwórka robił się powoli wersal.
   Z początku tylko Krzywy z Wiesiem toczyli długie rozmowy, popijając ukradkiem piwo z butelek, ale potem dołączył do nich Gienek. Rozprawiali donośnym głosem i wtedy, siedząc na trzepaku, wszystko słyszałam, tak jak dzisiaj: 

– Ty się Wiesiek w ogóle mieścisz w tej norze? – spytał Marian – Jak wyciągniesz drewnianą nogę, to pół pokoju zajmujesz. A baba, a koty i psy?
– Jak nie wychodzę, to odkręcam nogę, walę się na kozetkę i już. W domu noga niepotrzebna. Ale wolę na powietrzu, z wami, bo już mieszkanie zaczyna się smrodem zaciągać.
– Fakt – Gienek mieszkał naprzeciwko Rózi – Od jakiegoś czasu jedzie kocimi szczochami. 

No tak, już Gienka dosięgnął „ten tyfus” – tata dawno to przewidział. Ja też poczułam nieprzyjemny zapach, kiedy szłam z mamą na strych powiesić pranie. 
– Kto tyle zwierzaków pakuje do małego pokoju? – Marian splunął na ziemię – Normalnie syf.
– Rózia ma takie hobby – mruknął Wiesiu – No i jej mieszkanie, jej prawo, nic do gadania nie mam, ja tu tylko wpadam. Mówiłem parę razy, że śmierdzi, ale ona gada, że nic nie czuje. I taki klops.
– Jak nie czuje, jak ja czuję? – zdziwił się Gienek – Przecież ma bliżej do tego smrodu.
– Ale to jest jej smród, Gieniu
przyzwyczaiła się i nie czuje. –  Krzywy zawsze wszystko wiedział najlepiej.
Zamilkli, otworzyli następne piwo. Siedzieli chyba do wieczora, bo już leżąc w łóżku, słyszałam głośne śpiewy, babskie krzyki i trzaskanie drzwiami.
Któregoś dnia wpadła do nas pod wieczór Rózia. Nawet z zamkniętymi oczami wiedziałabym, że to ona. Przywlokła ze sobą  tak potworny fetor, że mama od razu otworzyła okno. Wyjątkowo nie była wystrojona i wypacykowana, ale miała za to podbite oko. I z wejścia zaczęła płakać:
– Pani blokowa, niech pani wyrzuci tego skurwysyna z mojego mieszkania! Pobił mnie!
– Kto?
– Wiechu!
– To niech pani idzie na komisariat.
– Mam donosić na narzeczonego?! – oburzyła się – Na obcego poleciałabym z miejsca, ale na swojego? Pani blokowa, niech się pani puknie w głowę. Nie jestem kapusiem, jak Durczakowa.

– To niech pani sama wyrzuci kochasia z domu! – zdenerwowała się mama – Przychodzi, dupę zawraca, a ja nie mam czasu na pierdoły.
– A za co Wiesiu sąsiadkę pobił? – tata wyszedł z pokoju.
– Za zwierzęta i smród! – załkała
Nigdy nie lubił moich piesków i kotów. Jaki smród? Przecież nic nie czuć.
– Jak to, nie czuć?! – krzyknęła mama, wyprowadzona z równowagi – jak cholera czuć! Powiem więcej
ten smród ciągnie się za panią gdybym nie otworzyła okna, to byśmy się chyba tu udusili. Trzeba coś z tym zrobić, bo sąsiedzi z drugiego już zaczynają się skarżyć. Kotki miały być wydane do ludzi po urodzeniu! I co? Kotka i cztery małe! Plus trzy psy! Nie tak się umawiałyśmy! Niech się pani dobrze zastanowi.
– Jeden pies w małym mieszkaniu! – tato podniósł palec do góry – I wystarczy. Mam znajomych na wioskach, mogę załatwić, że dwa pójdą do gospodarzy i będą miały gdzie się wybiegać. To samo z kotami. Ostatecznie jeden może zostać. Sam podpisze listę, jak Durczakowa przyjdzie, bo słyszałem, że już lata za podpisami.
– Gówno! – żadnego nie oddam. Z Wieśkiem żeście się skumały i robicie na mnie spisek! Ale ja nie pozwolę, drzwi  szafą zastawię!
Rózia wybiegła z mieszkania, nawet nie zamknęła za sobą drzwi.
  Nie minęły dwa tygodnie, jak z administracji przyszedł kierownik z komisją mieszkaniową. Najpierw zaszli do nas, ale mama wygoniła mnie mnie na podwórko.Wlazłam na trzepak, w nadziei, że się czegoś tutaj dowiem, bo Mączkowa i Dziunia siedziały na ławce i dziergały na drutach. Niestety, rozmawiały o przetworach na zimę. Już miałam zamiar pójść do domu i podsłuchiwać pod drzwiami, kiedy z bloku wybiegł podekscytowany Gienek:
– Kobiety!
podniósł dwa palce w górę – Wiktoria! Kierownik, zanim wszedł do Rózi, to się zrzygał na wycieraczkę, taki delikates z niego.Wyobrażacie sobie, że cała komisja tam wlazła?!
– I co,eksmisja?
ucieszyła się Dziunia.
– Eee, żeby aż tak, to nie, ale kierownik zapowiedział: ma tydzień na pozbycie się dwóch psów i kociąt.
– Powinna wszystkie psy wyprowadzić z domu – Mączkowa była stanowcza – Przecież one się w tej ciasnocie męczą.
– Kierownik powiedział to samo, ale zagroziła, że wyskoczy z okna. Chciałybyście mieć takie coś na sumieniu? – Gieniu popatrzył wymownie na sąsiadki.
Obie pokręciły przecząco głowami.
– No widzicie, kierownik też nie chce.Pozwolił jednego psa i kotkę.
  Z budynku wyszedł, utykając, Wiesiu. Uśmiechnięty szeroko, machał jakimś banknotem:
– Gieniu! Sąsiadki kochane! Trzeba się napić! Wyszło na nasze!
W domu wszystko już wiedzieli, tata był u Rózi i rozmawiał z kierownikiem. Obiecał pomóc w umieszczeniu psów i kotów na wsi. Rózia zgodziła się; musiała, nie miała innego wyjścia.
– W końcu będzie święty spokój. – mama odetchnęła – Przecież psy pójdą na lepsze warunki, powinna się cieszyć, a nie ryczeć i grozić samobójstwem. 

  Po południu zeszłam na dół. Na podwórku rozkręcała się poważna impreza. Z Gieniowego radia tranzystorowego leciała muzyka, ktoś przyniósł z domu mały stolik. Zeszło się ze dwudziestu sąsiadów. Znowu zaległam na trzepaku. Obok ławki leżało już kilka pustych butelek po wódce, a pan Tomaszek otwierał następną – zaczęło się polewanie. Na kolanach u Wiesia siedziała rozczochrana Sabinka, żona Gienia i piszczała, Skibowa tańczyła a z Dziunią, Gienek z Krzywym.Wiesiu wzniósł toast:
– Za koniec smrodu, towarzysze i towarzyszki!!!
– Hurra!!! – wszyscy odkrzyknęli zgodnie i wypili. Toastów było kilka, Gienek co chwilę znikał i wracał z kolejną butelką. Skibowa już bez bluzki, tylko w spódnicy i biustonoszu, zepchnęła z kolan Wiesia Sabinkę i zajęła jej miejsce. Zaczęły się śpiewy, a Tomaszek przyniósł z mieszkania akordeon.Wiesiu bez skrępowania obściskiwał Skibową. Skiba, który z Krzywym i Gieniem popijał ukradkiem poza kolejką, tylko spojrzał z obrzydzeniem na swoją porozbieraną żonę, siedzącą na kolanach Wiesia i wybełkotał Krzywemu do ucha:
– Ja mu się kurwa dziwię, Marian.
I wtedy na schodach pojawiła się Rózia. Popatrzyła na wszystkich, na swojego Wiesia, na jego rękę, wędrującą pod spódnicę Skibowej, obróciła się i weszła z powrotem do budynku.
Na drugi dzień pół bloku miało kaca. Kiedy mama zobaczyła na podwórku porozrzucane butelki, niedopałki i śmieci, poszła do Gienka:
– Za godzinę ma być błysk! Zrozumiano?!

Z przekrwionymi oczami, jeszcze słabiutki, wymamrotał:
– Będzie błysk, pani blokowa.
Po dwóch tygodniach od wizyty kierownika administracji, tata wywiózł psy i koty na wieś, pod Wrocław. Załatwił transport i zabrał Rózię ze sobą. Chciała zobaczyć, do kogo jadą psy. Kiedy wrócili pod wieczór, nie poszła od razu do swojego mieszkania, tylko wstąpiła do nas.
 
I jak pani Róziu, w dobre miejsce poszły pieski? – zapytała mama.
– Bym miała grzech, pani blokowa, jakbym powiedziała, że złe. – Rózia była mocno przygnębiona
Te gospodarze to miłe ludzie, zamożne, psów nie będą głodzić. Niby dobrze, ale ja jeszcze nie doszłam do siebie, tak mi żal. I coś pani powiem – niedługo Wiechu na bruk pójdzie, będzie się czołgał bydlak za moją krzywdę. Ani razu nie stanął za mną, nie obronił, tylko się naśmiewał z sąsiadami i toasty wznosił, że psów się pozbywam. To jest śmieć, pani blokowa, a nie narzeczony. Niech wraca tam, gdzie jego miejsce – do pudła. Ze trzy razy siedział, teraz już mogę się przyznać, bo mi nie zależy. Żaden aniołek, pani blokowa. Kryminalista i już.
   Pożegnała się i poszła. Myślałam, że następnego dnia wygoni Wiesia, ale nie zrobiła tego, bo on dalej, jakby nic się nie stało, siadywał z Krzywym na ławce i popijał piwo. Zrozumiałam, że Rózia mu wybaczyła. Wszyscy też myśleli, ze miedzy nimi się ułoży, zwłaszcza że kilka razy wspólnie wychodzili z jedynym już psem – na spacer. Ale Rózia nie wybaczyła Wiesiowi, tylko
jak się okazało zwlekała z zemstą. 
   Jeśli działy się u nas w bloku jakieś kosmiczne awantury, to nie wiadomo dlaczego – najczęściej nocą. I znowu, po kilku dniach, koło trzeciej nad ranem, obudził nas potworny ryk. O mało nie spadłam z łóżka, mama aż się przeżegnała:
– Jezus Maria, chyba kogoś zabijają! Kaziu, leć zobacz, ja się ubiorę i cię dogonię.
Tata założył tylko spodnie i wybiegł z mieszkania, mama w szlafroku poleciała za nim. Miałam zostać w domu? Czułam, że ten ryk ma jakiś związek z Rózią. Przeskakiwałam po dwa schody, żeby nic mnie mnie ominęło. Korytarz był już pełen ludzi. Pod drzwiami Rózi,
na kamiennej posadzce, siedział pijany, ale na szczęście żywy Wiesiu i ryczał:
– Oddawaj mi kurwo nogę!
Dopiero teraz zauważyłam podwiniętą nogawkę. Rzeczywiście był bez drewnianej protezy. Rózia, stała w bezpiecznej odległości, koło mieszkania Gienka i śmiała się głośno.
– Ludzie!!! – darł się Wiesiu – Okradła mnie, suka! Niech ktoś idzie na milicję! Oddaj mi szmato nogę, bo cię zabiję!
– Pani Róziu – zapytał tata – zabrała pani Wiesiowi nogę? Nie wolno sobie kpić z kaleki, proszę natychmiast ją przynieść i nie urządzajcie tu hałasów, bo jest prawie trzecia!
Rózia podeszła odważnie bliżej Gienka:
– Zgadza się, skarbie, zabrałam ci nogę. Najpierw dostałeś dupy, potem cię upiłam i na koniec odkręciłam nogę. Szlus!

– I gdzie ona teraz jest? – zajęczał Wiesiu – Oddaj Rózia, ja ci wszystko wybaczę, nawet ten smród, tylko nogę mi przynieś.
– Nie mogę,Wiesiu. – uśmiechnęła się słodko – Twojej nogi już nie ma. 

– Jak to nie ma? 
Umarła.
Co to znaczy umarła? – Wiesiu zaczął się czołgać w stronę Rózi – Co to znaczy, że moja noga umarła?
– To znaczy, co znaczy, głąbie. – głos Rózi ociekał miodem – Twoja noga odeszła na zawsze.
   Drewniana noga nigdy się nie odnalazła i do dzisiaj stanowi zagadkę. Następnego dnia Rózia wyszła z domu z małą walizeczką i już nie wróciła. Krzywy załatwił wózek inwalidzki dla Wiesia, który przez kilka miesięcy mieszkał jeszcze w Rózinej kawalerce, a Gienek wyprowadzał mu psa na spacer. Któregoś dnia przyjechał szwagier pana Tomaszka i zabrał zwierzaka do siebie, aż pod Sieradz. Po jakimś czasie zniknął i Wiesiu. Skibowa dowiedziała się od kogoś, że znowu siedzi. I tyle go widzieliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz