niedziela, 11 stycznia 2015

Ściema





Nareszcie odpocznę. Kocham soboty, kiedy nikt mnie nigdzie nie wzywa i nic nie muszę. Przewalam się z boku na bok do dziesiątej, potem omijam kuchnię. Pranie samo się kończy prać, jeszcze tylko nakarmię psy i koty i do ogrodu. Bez telefonu, na bosaka, nareszcie w krzakach pomieszkam.
    Wiedziałam, no mówię wam – czułam, że się nie uda. Ledwo nakarmiłam stado swoich i cudzych zwierzaków – skrzyp, skrzyp furtka. Chyba ktoś nie zauważył napisu „Uwaga Bardzo Zły Pies!!!”, więc zaraz będzie granda. Tylko jeden człowiek wchodzi do mnie bez strachu: Broniu, dość uciążliwy sąsiad z naprzeciwka. Boże, cisza pod bramką, zero szczekania. Wykrakałam. Broniu wtoczył się do kuchni z miną pod tytułem „wiedziałem, że się ucieszysz na mój widok”:
- Pochwalony niech będzie dla somsiadki. Patrze ja, wozu nie wyprowadziła, znaczy sie w domu bidusia samotna, to ja pomyślał – trza wpaść i rozerwać kapeńke. Moja napiekła wczoraj chrustów i pączków, to ja do kawki przyniósł.
– Żeby cię obsrało, Bronek – pomyślałam, zwłaszcza, że stałam przed nim jedynie w rozciągniętym podkoszulku, bosa i rozczochrana. Ale mina przy tym filmowa, bo jak będę niemiła, to w ogrodzie nie pomoże i nie załatwi drewna do kominka.
- Panie Brońciu, pan wody popilnuje, a ja się bardziej ubiorę, dobrze?
- A na co się ubierać, jak ubrana? – sapnął sąsiad – nie ubliżając paninym strojom, to dzisiaj somsiadka w przystępnych rzeczach, panie tego. Wreście ja widzę co i jak. Ech, te ciałko eksportowe sie ma. Skubnął ja by letko, ale po pysku zbiorę, co?
- No! – pogroziłam palcem – muszę uważać na sąsiada, bo żona mówiła, że w młodości to chłopy na wioskach swoje baby na klucz zamykały, jak się Bronek Walasiuk pojawiał w okolicy. Kłusowało się, co?
- Zaraz tam kłusowało – Broniu wciągnął brzuch i wypiął pierś – dziurawce same lazły w łapy, to co ja na to mógł? Krew nie woda! Podobno ja miał takie coś w oku, że jak spojrzał na babe, to dostawała wielkiej miękkości koło brzucha i nie patrzywszy się na okoliczności, musiała ulgi cielesnej zaznać. Somsiadka myśli, że ja kłopotu przez to nie miał? Stodołe mi podpalili sukinkoty, a ile nadziurawili opon - nie zliczę. Ja ich rozumiał, bo przecież ja cudzo własność naruszał, ale niech mi somsiadka powie – jak nie brać, jak ktoś dawa?
   Broniu westchnął i siorbał kawę z nerwem – widocznie mu się tamte czasy przypomniały. Jego podboje miłosne były głównym tematem rozmów pod sklepem, gdzie wieczorami, po powrocie z pola – schodzili się rolnicy. Z każdym piwem ilość uwiedzionych kobiet rosła, przybywało dwuznacznych określeń, czasem dochodziło do bójek, kiedy Broniu, nieostrożnie wspominał wycieczki w kukurydzę z żoną któregoś z obecnych. Popatrzyłam na niego z boku: oczy przymknięte, lekki uśmiech. Trzeba interweniować, bo mi się tu rozklei i pół dnia będzie gadał:
- Panie Brońciu, pan niech kawkę kończy, a ja do ogrodu pranie polecę wieszać.
- Ta ja moge somsiadce klamerki podawać albo ciuchi – Broniu poderwał swoje sto kilo z krzesła.
- Świetnie, będzie szybciej – powiedziałam i zaraz ugryzłam się w język. A niech to cholera! Prałam dzisiaj głównie bieliznę; zaraz się zacznie – pomyślałam, niosąc miskę wypełnioną górą majtek i koszulek. W ogrodzie przy sznurach czekał już sąsiad z koszykiem klamerek:
- Pan mi poda klamerki, sama powieszę.
Nie odpowiedział. Stanął nad miską i gapił się rozdziawiony na małe czerwone majtki:
- A niech mnie! To takie fikumiku somsiadka na spód zakłada?! Ludzie, trzymajcie mnie, bo nie strzymam! Ja czuł, że z somsiadki artystka kabaretowa, panie tego. No, jakie to maciupkie, na ile ciała taki strzępek wlezie, co?
- Niech sąsiad da spokój, gatki to gatki.
- Wcale bo nie! Ja takich to nie widział. Moja Weronia z nogawkami ma i same grubaśne i wielkie, bo też jej dupa się jak szafa rozrosła. Jeja, jakie śliczności.
Bronek kucnął przy misce i zamiast mi pomagać, przebierał i wyciągał koszulki, figi - patrzył na nie pod słońce i cmokał i pokrzykiwał cicho „o chryste na niebie!”
A ja, jak durna stałam obok i śmiałam się jak wariatka. Tak nas zastała, przyprowadzona przez warczącego psa, Weronia Walasiukowa:
- To ja cie po wsi jak głupia szukam, zlatałam sie, że ledwo dycham, a ty z somsiadkom konferencje nad gaciami urządzasz?!!!
   Weronia miała minę tak bojową, że aż się przestałam bać. Gruba, czerwona, z opuchniętymi krzywymi nogami, spocona i zła, zamiast straszyć, rozczulała:
– Pani Weroniu – starałam się ją udobruchać – mam dzisiaj wolne i pranie wieszam, a sąsiad klamerki podaje. Napije się pani kawki?
Przysiadła na małym murku i powoli uspokajała się:
- No, ja do somsiadki nic nie mam, tylko tego pędziwiatra ja sie naszukała po wsi, bo mi trza w domu pomóc, kaczki sie dzieś rozleźli, bo sztachetów nie ma kto ponaprawiać. A te dziadzisko się od rana szykuje cholera wie na co. Jakomś, wie sąsiadka - ruje dostał, bo gadanie tylko o tych sprawach erotomańskich ma, jak niektórych filmów sie po nocach napatrzy. Sześćdziesiąt trzy mu idzie, a taki narowisty w gembie, że głowy i rozumu brak.
- Ty mi tu Weronia antyreklamy nie rób, lat nie dodawaj i durnot nie gadaj – Broniu warknął i sięgnął po jedwabną koszulkę – ty lepiej popatrz, jak ty sie dla męża powinna wyszykować, żeby nie tylko w gembie był zbój. Widziała ty kiedy takie majtki? No chodźże bliżej kobieto i popatrzsie!
Walasiukowa zaciekawiona podniosła się i podeszła do Bronka. Oboje zaczęli grzebać w misce.
– Oj, somsiadko! – pisnęła zawstydzona – taż to dupy i przyrodzenia nie zakryje. Wszystko na wierzch wystawione, ja by się Boga bała takie coś włożyć. Co by Broniu powiedział? Że ja jaka latawica!
- A próbowała ty kiedy? – sąsiad machnął oskarżycielsko koronkowym biustonoszem w stronę żony – a pytała się kiedy mnie – czy ja by chciał zobaczyć co inne, niż te flanele? Ty Weronia, Boga nie mieszaj w małżeńskie sprawy! Powiedz lepiej somsiadce, przez ile lat ja nawet twojego pępku nie widział, chociaż my dzieci czworo sie doczekali. Jak chciał, koszuli ci zadarł tyle, żeby kuciapke odsłonić! Chyba, żeś po kielichu była, bardziej niemrawa i w nieświadomości. Światła ja wtedy nie zamykał, to i popatrzył trochu. Ta ty nie udawaj ciemnej, tylko patrz, czym chłopa trzeba obłaskawiać! Czy ja ci kiedy żałował na ciuchi, no gadajże!
   Siedziałam na murku i przyglądałam się Walasiukom. Weronia wieszała moją bieliznę, a Bronek podawał kolorowe klamerki. Robili to wolno i coś do siebie szeptali. Właściwie przeszła mi złość i z przyjemnością podglądałam, jak pokazują sobie te kolorowe szmatki i chichocą. W końcu Walasiukowa odwróciła się w moją stronę:
- No, pozawieszalim somsiadce, to możem iść.
- Nie możem, a musim – Broniu klepnął żonkę w tyłek, aż pisnęła – chyba trza po ludzku porozmawiać – puścił do mnie oko – z własno żono. A jak somsiadka będzie miała kiedy czas, to ja by prosił, żeby Weroni powiedzieć – gdzie, jak i za ile by se mogła garderoby podratować, znaczy się, urozmaicić. To jak?
- Bardzo chętnie, panie Broniu, może w przyszłym tygodniu pojedziemy razem do miasta, co?
– A nie będzie to dla somsiadki subiekcja? – zapytała Weronia. – bo aż takiego musu nie ma.
– Jest, jest! – zaprotestował Bronek – u mnie jest mus jak cholera, żeby cie w tych bikiniach zobaczyć. Jak somsiadka mówi: jedziemy, to ty nie kontruj, tylko już myśl co i jak. A teraz do domu idziem, pogadać trza.
No i poszli. Bronek popychał żonę przed sobą, jakby się paliło; zamknęłam za nimi furtkę. Dwunasta. Popatrzyłam na mój nieelegancki ogród, krzaki i poszłam do swojej kryjówki.

Nie udało się leniuchowanie, musiałam to przecież napisać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz