wtorek, 23 września 2025

Poza zasięgiem (tomik)

 


POZA ZASIĘGIEM

 

                                                                                                                                          

 

 

Niewidoczne

 

Żałoba nie jest widoczna, nie zachodzę czernią,

nie chowam się po kątach. Zdarza się, że płaczę,

ale przestali mnie nachodzić i pytać dlaczego.

 

Milczę uparcie od dawna, może się zmęczyli.

 

Wiem, temat jest rozgryzany. Chcą zrozumieć,

czemu nadal ukrywam w sobie tyle demonów.

Podejrzewają, że to stan przejściowy i chętnie

mi pomogą, ale trzeba się przed nimi otworzyć.

 

Rozlana we mnie smoła ich nie dotyczy, to moja

nieuleczalna strata; nieodrobione lekcje bez szans,

że się kiedyś oczyszczę, bo nic jeszcze nie umarło

we mnie na tyle, żeby odetchnąć z ulgą, zapomnieć.

 

I nie umrze.

 

 

 

 

 

Zemsta

 

Pielęgnuję w sobie zemsty, których nigdy

nie dokonam. Tych okrutnych najbardziej

się boję – jest w nich tyle cierpienia i bólu,

cieknie krew, ale nocą zaczynam się mścić

bez skrupułów. Gdy jednak TO ma się stać,

zapalam światło. Żadne rany czy krzywdy,

o których nie zapomnę – nie zmienią mnie                     

w podłego człowieka, gorszego niż jestem.

 

Czy to słabość? Może tak, może nie. Myślę

o historiach, które wytłumił czas, chociaż

dalej odczuwam ból, bo coś mi się nie zrosło

i trzeba z tym żyć. Pamięć to podobno skarb,

ale bywa też okrutna, nachalna, odbierająca

oddech. Nie wszystko chce się zapamiętać.

 

Przecież nie wycieknie mi całkiem z głowy

prawie gwałciciel z wrocławskich Krzyków,

prawie gwałciciel w sutannie, łysy pedofil

czy obnażający się nieletniej dziewczynce

dyszący mężczyzna w ciemnym ortalionie.

 

Żałuję, że to we mnie jest i tamte obrazy

jeszcze żyją, bo wyobraźnia maluje je od

nowa. Zaczyna powoli brakować miejsca

 

na piękno i siły na zemstę.

 

 

 

Czegoś

 

Tego się przecież nie widzi od razu, nie patrzy

sobie pod nogi; o nic się nie potykasz, ale wciąż

szukasz i powtarzasz: muszę do czegoś powrócić.

 

Powrotów przybywa z wiekiem. Gdzieś kiedyś

podobno – było tyle rzeczy do kochania. Może

tylko tak się wydaje – łaskawa niepamięć umie

wyprzeć z życia czarne chmury – stąd tęsknota

za szczęściem, które dzisiaj rozlazło się biedne

niczym stara koszula. Zacznij to wreszcie łatać

 

 i niczego nie szukaj, bo nawet nie wiesz, czego.

 

 

 

 

 

 

Głowa

 

W przednim płacie mózgu mieszka nasze

j a – dość niebezpieczna lokalizacja; po tych              

wszystkich wstrząsach o n o  musiało doznać

obrażeń; ich skutki odczuwam każdego dnia.

 

To nie była jakaś wielka katastrofa, myślę

nawet z czułością o pierwszym kontakcie

głowy z ziemią; ból i strach, ale też duma,

że się podniosłam i sama poszłam dalej.

 

Odtąd zaczęłam traktować swoją głowę

z podziwem – jak sławnego dyrygenta.

Obiecujący początek przyjaźni między

nami. Reszta ciała musiała być w końcu

posłuszna, bo podległa. N a r e s z c i e.

 

Nie zawsze jest idealnie, są kryzysy

i spięcia; czasem lubię zrobić głowie

na złość i staram się nie myśleć, ale                                             

to się nie uda, ona wyczuwa podstęp

 

i nie pozwala się uśpić, zaczyna krzyczeć.

 

 

 

 

 

 

Nie mogę

 

Nie mogę stąd odejść. Jeśli pójdę w drugą stronę,

pan tu zostanie. Nic nie możemy dla siebie zrobić,                                    

więc siądźmy tylko pod tym drzewem, pogadajmy,  

to nas nie zwiąże. Wymarzona sytuacja dla kobiety,

 która składa się z kleksów, skreśleń, pustych stron

i śladów po wyrwanych kartkach.  I d e a l n i e.

 

Z drugiej strony jednak

 

co to za pokręcony życiorys? Jak do tego doszło,

że teraz muszę spowiadać się przed jakimś obcym

dziadem?

 

 

Schody

 

Brudna, cuchnąca klatka schodowa. Tutaj

urodziłam się kiedyś. Nic się nie zmieniło,

ale dziś nawet nie potrafię być wzruszona,

że tu przyszłam po wielu latach. Wszędzie

narzygane, śmierdzi szczochami i wódką,

reklamówki pełne śmieci, rozbite butelki.

 

Kiedy cię tak złamało, Lesiu kochany?

 

Siedzą skuleni na betonowych schodach.

Ona przytula się do niego i zapina cienką,

brudną kurtkę. Oboje trzęsą się nie tylko

z zimna. Spieczone usta, niedomyte twarze,

w oczach nałóg. Biedny, obdarty prymus

i mistrzyni szkoły w biegu na dwieście.                                 

 

Dzięki tobie podciągnęłam się z chemii.

 

Ludzie z bloku podrzucają im jedzenie.

Mówią mi, że szanują Lesia, bo to dobry

człowiek jest, tylko życie odstawiło go

na boczny tor i wtedy zaczął się sypać.

Przestał nawet mówić, ale czasem cicho

zawodzi i kiwa się jak dziecko z bidula.

 

Taki żal, że chyba nie da się nic z tym zrobić.

 

 

Lila

 

Dewizowe kurwiszcze.

Maniek trząsł się oburzony, ale

w tym gniewie pobrzmiewał żal

za czymś nieosiągalnym.

 

Reszta kumpli poczuła to samo.

Chcieli ją mieć, chociaż dotknąć

albo tylko powąchać. Lila stała się

najgorętszym tematem, odkąd nasz

jedyny inżynier w bloku zobaczył

ją w Monopolu. Czerwone, lśniące 

usta, prowokacyjnie odsłonięte uda.

 

Jakiś pierdolony bambus podjechał 

mercem  i  n a s z a  Li l k a wsiadła.

 

Maturę zdała z samymi piątkami 

nie kumam tego bąknął Czesiu.

 

Chciałam ich zjechać, ale za młoda

byłam, żeby podejść i splunąć pod

nogi tym zaślinionym ochlapusom,

przypomnieć o tym, o czym kurwa

powinni wiedzieć, bo mieszkaliśmy

razem w tym podłym bloku od lat.

 

Piękna Lila i jej cztery młodsze siostry,

noszące po sobie buty i zimowe kurtki.

Zwykle nieobecna, dwuetatowa matka,

nietrzeźwy, wredny i krzykliwy ojciec,

który przepijał wszystkie pieniądze.

 

Lila przerwała studia i wzięła sprawy

w swoje ręce – przestały przychodzić

wezwania i upomnienia, w łazience

pojawiła się pierwsza pralka, matka

dostała wełniany płaszcz. Sąsiedzi

gadali po kątach, ale poza facetami

 – nikt nie był specjalnie zgorszony.

 

Kiedy to wspominam, mam do siebie

żal, że nigdy nie powiedziałam Lilce,

jak ją podziwiam.

 

 

Psie Pole

 

                               kamieniowi przy Krzywoustego 334

 

Urodziłam się na polu bitwy, gdzie

dziewięć wieków z hakiem do tyłu,

dzielny Bolesław rozwalił Henryka

i jego żołnierzy. Na dowód, że tak

było, postawiono tam wielki głaz.

 

Patrzyłam na niego codziennie

z okna mojego pokoju. Dumna.

 

Psiak był dzielnicą mało szanowaną,

znajomi mieszkali we Wrocławiu,

my na Psim Polu. Normalnie wsiury.

Ten kamień ratował honor, był nasz

i nikt takiego nie miał. Pozwalaliśmy

łaskawie ludziom robić pamiątkowe

zdjęcia, a nawet posiedzieć na ławce.

 

Nauczyłam się tej bitwy na pamięć

jak pacierza. Psiak nabrał blasku

stał się ważniejszy, niż jakiś tam

Wrocław, ale któregoś dnia chudy

naukowiec z tytułami postanowił,

że j e d n a k naszej bitwy nie było.

 

Przekreślił ją bez skrupułów, ale

ta bitwa ukryta w naszej pamięci,

do dzisiaj ma się całkiem dobrze.

 

Dopóki ktoś nie udowodni, że nic

się nie zdarzyło pod moim oknem,

żaden wsiur z Psiaka nie uzna tej

samowolki.

 

 

 

 

Olo

 

Nasze podwórko było kozackie – śmietniki,

trzepaki, trawa, a w czasie deszczu głębokie

kałuże, kilka koślawych drzew i odrapane

ławki. Dla plotkar wysiadujących w oknach

to był syf – dla nas raj, pole bitwy i radość.

 

Spędzaliśmy tam wszystkie wolne chwile.

Posiniaczeni i brudni, w większości biedni,

nie chcieliśmy od życia niczego więcej.

 

Olo czasem nieśmiało dołączał do nas,

ale był ciałem obcym. Schludny i czysty,

przeważnie w jasnych ciuchach, sterczał

wystraszony i spoglądał na matkę filującą

z okna. Zabraniała mu zabaw z brudasami.

 

Szykowała ukochane dziecko na inżyniera,

więc uczyła biednego Ola dobrych manier.

Wiedzieliśmy, że bardzo cierpi, że zazdrości

chłopakom trampek i drewnianych łuków.

Musieliśmy szybko biedakowi pomóc.

 

 

 

 

 

Cały blok słyszał histeryczne ryki tej

wariatki, kiedy zobaczyła ubłoconego

Ola z podbitym okiem. Uśmiechał się

wreszcie szczęśliwy i brudny, ale nasz.

 

Spotkałam go, kiedy był już dorosły.

Nie inżynier, nie żaden tam fafarafa,

tylko zakonnik. Niepodległy Olo.

 

Wzruszony wspomniał o podwórku

i dziękował wszystkim brudasom.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kolekcjoner

 

Pani go przekona, on panią szanuje

i na pewno posłucha. Ja wysiadam.

 

Okrąglutki, trochę piskliwy kłębek

nerwów siorbie kawę i wierzy, że

dokonam czegoś, z czym ona przez

tyle lat walczy i nigdy nie zwycięża.

 

Nie jestem terapeutką jak Jola z dołu

i robię co mogę z różnym skutkiem,

ale nie mam ambicji być oddziałem

ratunkowym, a jednak – odkąd Bolo

poszedł w końcu na odwyk dzięki

paru seansom u mnie, drzwi się nie

zamykają. Z mężem Lusi jest kłopot

– to nałogowy zbieracz wszystkiego.

 

Nie, tego nie przeskoczę. Zagracony

dom, cały ogród, garaż i dwie szopy.

 

Lusia, za cienka jestem na taki

burdel. Twojemu potrzebny jest

mądry psychiatra i straż miejska.

 

Powzdychała jeszcze, popłakała

i poszła sobie. Następnego dnia

zobaczyłam ją z dwiema walizami,

wsiadającą do taksówki. Zostawiła

chłopa z wielką kupą szpargałów.

 

Cieszył się nimi może z tydzień,

a potem chyba przysnął z petem

przy stercie gazet – zjarał się dom

i większość gigantycznego syfu.

 

Przyjechała Lusia, zabrała karmnik

dla ptaszków i w nogi. Pogorzelca

widuje się czasem na wysypiskach.

Ludzie mówią, że wskrzesza swoje

 

imperium.

 

 

Ptaszek

 

Noszę to w sobie jak obiad, który od lat

zalega w żołądku, bo proces trawienia

ten ciężar lekceważy; od wspomnień boli

mnie wszystko, ale głównie cierpią oczy.

One mają dobrą pamięć. Absolutną.

 

Co mogło wtedy myśleć dziewięcioletnie

dziecko skacząc z okna na trzecim piętrze?

 

Pofrunę, a potem upadnę miękko na trawnik?

 

Nie wiadomo, kiedy to zrobiła. Leżała na

chodniku w białej, komunijnej sukience,

z rozrzuconymi rękami, twarzą do ziemi.

Nikt nie krzyczał, było cicho, po chwili

mały chłopiec pisnął, że to chyba Gosia.

 

Czwarte, późne dziecko. Rodzina już wyrosła

z pieluch, trzej bracia wstydzili się ciężarnej

matki, a potem siostry płaczącej w wózku.

 

Kiedy poczuła, że nie powinno mnie być?

 

Jakaś  i n n a  matka pchająca wózek spotyka

piegowatą, smutną dziewczynkę. Drażnią ją

wścibskie pytania i piskliwe zachwyty nad

śpiącym niemowlakiem. Dziewczynka jest

natrętna. I n n a matka zaczyna czuć niechęć.

 

Odtąd na widok małej  p r z e c h od z i  s i ę

na drugą stronę ulicy, o m i j a  j ą  wzrokiem,

n i e  s ł y s z y  s i ę  proszących nawoływań.

 

Długo to trwało, ale wreszcie dziewczynka

przestała wołać, odwracała głowę, uciekała.

Nienawidzę tej innej matki, nienawidzę jej.

 

Dzisiaj chce przytulić do siebie to smutne

dziecko – nie tylko jak dotąd –  w myślach.

 

D z i s i a j ?

 

 

 

Coś na już

 

śląskiej przyjaciółce

 

Jakie życie jest piękne, zauważyłaś?

Pewnie. I dlatego koniecznie chcesz się zabić?

 

Co za dziwna rozmowa, usiłuję się połapać, wyczuć

czy chcesz mnie wkurwić czy nastraszyć. Za daleko

jestem, nie sprawdzę. Telefon przerywa i docierają

niewyraźne strzępki. Zaczynam się o ciebie martwić.

 

Żyletką odpada, na widok krwi znów zemdleję i mogę 

zapomnieć o samobójstwie. Na pewno zacznę krzyczeć

i ktoś litościwy obdzwoni najbliższych, będzie wciskał,

że jestem psychiczna i wywiozą mnie gdzieś w pizdu.

 

Trzęsą mi się ręce, nie wiem co mogłabym powiedzieć.

Jakoś to będzie czy bądź dobrej myśli, to wycieruchy.

Nie zamierzam kłamać; jest za mądra i nie uwierzy.

Te pocieszanki nie dla niej. Zacznę chyba fantazjować.

 

Do torów za daleko, zanim dojdziesz, to się zmachasz.

Pociąg nie zaczeka, żeby cię przejechać. Odpuść sobie

taką śmierć, nie żal ci maszynisty? Będzie miał przez

ciebie przesrane, może nigdy nie wsiądzie do pociągu.

 

To nażrę się tabletek na spanie. Jak zasnę, przecież nie

poczuję, że się zaczyna odlot z planety Ziemia; będzie

bezboleśnie, kobieco i estetycznie. Dzisiaj się nie uda,

bo wyrzuciłam wszystkie tabletki, a apteka zamknięta,

 

wymyśl mi coś na już.

 

Z wieszaniem też kłopot. Masz w domu coś solidnego,

żeby się naprawdę powiesić? Na klamce nie bardzo, bo

wyrzuciłaś po nim krawaty i paski. Może być żyrandol,

ale masz rozwalony błędnik; zanim wejdziesz na krzesło,

ze dwa razy spadniesz i się połamiesz. Dopiero będzie syf

 

 i zamiast w trumnie skończysz na wózku, lala.

 

Chcę powiedzieć, że nie nadajesz się jeszcze na żaden

odlot. Lepiej zabijaj się w nowych wierszach, obłędny

pomysł na życie. Wiem, że to będzie genialna książka.

 

Tylko takie piszesz.

 

Drobny retusz

 

Nigdy nie cenzurowałam swoich wierszy,

a ten muszę. Przykro mi – czuję, że Benek

byłby zły, chociaż raczej poezji nie czytał.

 

Lubili go wszyscy. Odkąd pamiętam klął

tak siarczyście, że trudno było zrozumieć,

o czym rozprawia. Gdzie się tego nauczył,

nie wiadomo; może i w piekarni, w której

zawsze pracował. Na szczęście składał się

prawie z samych zalet i nikt się nie gorszył.

 

Od dawna był wdowcem i to mu pasowało

 Miał wreszcie psa i cztery krzykliwe

papugi, które bluzgały po mistrzowsku.

 

Mieszkanie Benka było przechowalnią dla

wagarowiczów, zawsze chętnie przygarniał

uczulonych na wiedzę; młodzi i krzykliwi,

wypełniali śmiechem pustkę w jego domu.

 

Dzieciaki, nie wierzcie tym skurwysynom,

ojczyznę mi zepsuli, a nie o taką walczyłem.

Nie dajcie się przefarbować, w szkole musicie

zatykać uszy, jak się nie da, wiecie gdzie uciec.

 

Z  rówieśnikami nie miał wspólnych tematów.

Reumatyzmy, jakieś sraczki, sklerozy, to nie na

moją głowę. Szybko ucinał rozmowy o sprawach

ostatecznych, unikał lekarzy i omijał pogrzeby.          

 

Te płaczące cmentarze mnie wkurwiają, mówił.

Ludzie na czarno, udawane szlochy, śmiertelne

pieśni – ja się tam jeszcze nie przeprowadzam.

 

Żartował, że nie ma dla kogo umrzeć.

 

 

 

 

Dlaczego?

 

Dlaczego wtedy nie przyszłaś?

 

Patrzy z wyrzutem na kobietę w zaawansowanej

ciąży. Jest zły, ma ochotę pokłócić się publicznie

i czeka na wyjaśnienia, podobnie jak ciekawscy

pasażerowie autobusu.

 

Kiedy nie przyszłam? Gdzie mnie kiedyś nie było?

 

Wystawiłaś mnie, jak dureń czekałem kilka godzin

w kawiarni, a teraz bezczelnie stoisz tu z brzuchem.

.

Od trzech lat mam męża, ale to nie jest pan.

 

Wszystko się zgadza, znowu krzyczy bo cztery

lata temu byliśmy umówieni! Zawiodłaś mnie.

 

Ktoś nagle zachichotał rozbawiony, narysował

 na czole kółko i za chwilę śmiali się wszyscy.

 

Tylko on sterczał zdziwiony, jakby wciąż w tej

kawiarni był cztery lata temu, kiedy spoglądał

na zegarek i niepotrzebnie  n a  m n i e  czekał.

 

 

 

Odbicie

 

Setki zdjęć na dywanie, wielobarwna

mozaika zbierana nie wiadomo po co

przez tyle lat. Marta patrzy bezradnie,

nie wie, które podrzeć, które gdzieś

w końcu wlepić i podpisać. Jest zła.

 

Najpierw szuka siebie, ale to smutne

zadanie – boi się fotografii sprzed lat,

bo nic się tam nie zgadza. Prawie nic.

To niesprawiedliwe wzdycha patrząc

na zdjęcia Jerzyka. T y l k o posiwiał.

 

Ma zły dzień, bo rano jej powiedział:

przestań tyle żreć i idź w końcu do

fryzjera, może coś z ciebie jeszcze

będzie. W takich słowach czuje się

złość, miłości tam na pewno nie ma.

 

Wpycha wszystkie zdjęcia do pudła

i otwiera kolejne. Wie, że to poprawi

jej nastrój. Tam są dzieci. Małe, coraz

większe, wszystkie piękne. I kochane.

 

 

 

 

Nie ona jedna

 

Tu jej będzie dobrze – przyniosą posiłki, zmienią

pościel. Powie im, że chciałaby zjeść jakieś dobre

lody, ktoś chętnie pójdzie bez dąsów i napiwków.

Jest tutaj chwilowo, bo musi odpocząć od pustego,

owdowiałego domu. Miała w nim sny, w których

 głośno krzyczała i bała się napotkanych tam ludzi.

Sny szybko odchodzą, ale strach pozostaje dłużej.

 

Czemu jestem taka stara? Za szybko to wszystko

poszło; oczy posypały się za wcześnie, ale głowa

trzyma się jeszcze całkiem dobrze. Za dobrze.

 

Czasem żali się kobiecie mieszkającej w pokoju

naprzeciwko: coraz bardziej marzę o demencji,

podobno pamięta się wtedy tylko przeszłość, a  

ja mam co pamiętać. Byłabym znów szczęśliwa.

 

Chciałaby biedna, urządzić sobie koniec życia

tak, żeby nie wiedzieć, że to już.

 

 

Wizyty

                                                                    Elusi

 

Od pewnego czasu to mieszkanie jest pełne

ludzi. Nie wiesz gdzie usiąść, żeby kogoś

nie szturchnąć; chodzisz ostrożnie po kątach

boisz się, że możesz wpaść na jej młodszą

siostrę. Jest jak na seansie w kinie – właśnie

zgasili światła, ty po omacku dopiero szukasz

swojego miejsca i tyle z tym kłopotu, trzeba

mówić przepraszam i trochę wstyd, że kogoś

dotykasz. Nagle film się urywa

 

i jesteśmy same

 

dwie kobiety, puste kanapy, fotele i pies,

na stole kubki z herbatą, niezmiennie dwa,

przecież nikt oprócz nas tutaj nie mieszka,

 

chociaż zmarli i tak

 

wciąż przychodzą; są dla niej tacy żywi, bo

słyszę jak z nimi rozmawia. Dzisiaj też byli

przez chwilę gdzie znowu poszli pyta zła,

dlaczego mnie zostawili, dobrze wiedzą, że  

tego nie lubię. Zadzwoń, niech zaraz wrócą.

 

Żywi już coraz mniej

 

ją obchodzą czułość ma tylko dla tamtych.

Słucham, jak zmienia się jej głos i błyszczą

 oczy. Już nie zaprzeczam, zaczynam grać w

tę grę i obie słyszymy niewidzialne i żywe.

 

Tak to wygląda, tak to boli.

 

 

 

Syf

 

Co za syf. Wokół, powiedzmy

względna sielanka, chociaż ten las

trzeszczy, ale nie jakoś nachalnie.

 

Coś zakłóciło nasze sam na sam.

 

Podglądam cię ukradkiem widzę

na twarzy niesmak i długo tłumioną

złość; wylewa się z ciebie tak obficie,

że chciałabym ją zetrzeć fantazyjnie

poskręcaną, obiadową serwetką.

 

Kolejne co za syf wciąga mnie w twoją

osobność, wymusza pytania, ale robię

to tylko w myślach nie chcę zburzyć

spokoju, na który tak długo czekałam.

 

Jedno z nas powinno odejść i już czuję

katastrofę nie chcemy żyć razem, nie

możemy osobno. Rzeczywiście syf.

 

 

 

 

Jeszcze czas

 

Usiądź, spróbujmy w końcu coś wyjaśnić,

rozliczyć i wrócić do spraw rozgrzebanych

to tak jak z naszym ogrodem jeśli w nim
nie zrobisz porządku jesienią, wiosną znów

masz przerąbane, bo czegoś nie oczyścisz,

czegoś jak zwykle nie zdążysz zasiać.

Nasze dzikie kiedyś tak zarosło przez lata, że

żadnych śladów nie znajdziesz, nie odtworzysz,

coś tam pękło, zwiędło, połamało się. Umiera.

Mamy czas, żeby znowu zdziczeć, sprawdzić

kto z nas bardziej tęsknił, kto się odzwyczaił.

Jeszcze mamy trochę czasu.

 

 

 

 

 

Dziennik

 

Nasza pani z trudem powstrzymuje

łzy. Przegląda zniszczony dziennik

i wywołuje nas po kolei. Wiemy, że

prawie nikogo nie poznaje, ale po

tylu  latach  nie ma się co dziwić.

 

Najgorsza jest

 

ta cisza, kiedy nikt się nie zgłasza.

Wiemy dlaczego, opłakaliśmy to

wiele razy na klasowych spędach.

 

Dzisiaj te puste ławki wyglądają jak

samotne groby, które odwiedziła

resztka naszej młodości i pani, taka

zawstydzona, że nie ją opłakujemy.

 

 

 

 

 

Jeszcze chwila

 

Nie zamierzam już nigdy pisać o śmierci,

zwłaszcza o twojej. Nie proś, nie napiszę .

Kolejną noc siedzi przy łóżku i głaszcze

wciąż jeszcze ciepłą i miękką rękę Ewy.

 

Umawialiśmy się inaczej, to ja miałem umrzeć

pierwszy. Jeszcze poczekaj, przecież tyle spraw

rozgrzebanych, ogród zarośnięty, opuszczony

czasu wystarcza tylko dla ciebie. Reszta leży.

 

Nie planowałam tego, jestem przecież młodsza,

bardziej zaradna pozbierałabym się szybciej,

gdybyś umarł. Zawsze byłam twarda. A ty?

Tak  się boję, że nie poradzisz sobie z życiem.

 

Czas umierać, ale jakoś mi się nie chce.

 

Ile spraw przełożonych, gdzie nie zdążę być,

z kim się nie spotkam? Coś zapisane, zaczęte,

umówione, jakieś plany. Nikt niczego za mnie

nie dokończy to już będą moje byłe sprawy.

 

Płaczą cicho ona z bólu, on z żalu, nikomu

niepotrzebni osobno, jeszcze chwilę razem.

 

 

 

 

 

Samoobsługa

 

Nocami spowiada się do lustra, bez

świadków. Da sobie rozgrzeszenie?

 

Taka spowiedź jest uczciwsza, nie

musi kłamać, ale pokuta to nieznany

dotąd ból. Trochę dziwny, słabnący

szybko, jak po tabletce z krzyżykiem.

Nieosiągalny dla niej do tej pory stan

oczyszczenia. Taki nagły, pulsujący.

 

Dzisiaj chce się ze sobą rozprawić

za tamte zaniechania i tchórzostwo,

którego nie umie sobie wybaczyć.

 

Inni zrobili to już dawno, ale było

im łatwiej. Nie musieli mierzyć się

z ciężarem, bo nie należał do nich.

 

To jej garb.

 

 

 

 

 

 

Dno

 

Jest brudno, mokro i smutno. Czuję się pokonana

przez wszystko, na co patrzę. Jakaś papierowa torba

zwiała ze śmietnika i fruwa w powietrzu. Moje koty

przestały być białe i wciąż się myją zawzięcie. Zima

w tym wydaniu może nie tylko człowieka rozdygotać

 na wylot. A psy nie cierpią? Wiadomo. Nieprzyjemnie

sikać, kiedy leje, wieje i dmucha. Chce się wybiegać,

poszczekać na psy sąsiada, posprawdzać swoje tajne

skrytki. Z ptakami jest inaczej, ale nie mam pewności

 - czy fruwają same czy może ten wiatr je rozrzuca po

ogrodzie. Burym, bezlistnym, pełnym zmarzniętych

jabłek, których nie zdążyłam w porę zebrać.

 

Nic, tylko posmarkać, pochrząkać, napisać donos na

pogodę, zamknąć oczy i przespać te smutne miesiące.

 

 

 

Pic

 

Chciałbym, żeby urodziła mi pani syna.

 

Wpadłam. Szybko okazało się, że raczej

przepadłam. Naiwna, biedna mucha, która

nie wiedziała, że pająki też czasem noszą

spodnie i potrafią przepięknie kłamać.

 

Nawet przez moment poczułam dumę

i byłam szczerze wzruszona, zauważył to.

Od razu zostaliśmy zostali parą, nie znając

swoich imion. Dziecko, które tak szybko

mu obiecałam, nigdy się nie urodziło.

 

Nie powracał już więcej do tematu, a   

ja przestałam dostrzegać w nim ojca.

 

Za późno uciekłam. Powiedział kiedyś,

że umrze beze mnie. Przecież byłam już

w miarę rozgarnięta, mogłam się lepiej                         

temu przyjrzeć, wcześniej rozgryźć grę,

którą ze mną prowadził, którą wygrywał.

 

Nie myślałam o nim tyle lat, aż tu nagle

od wczoraj wpycha mi się nachalnie do

wiersza i znów muszę przed nim uciekać.

 

Żałosne.

 

 

 

 

Poza zasięgiem

 

Wchodzenie w dorosłość przyprawiało mnie

o noce pełne strachu i złości, że nic nie wiem.

W moim domu panowało na ogół niezręczne

milczenie pytania były zbyt trudne, nikt nie

miał ochoty, żeby wyprowadzić mnie z tego

oszołomienia na temat pierwszej krwi i co

trzeba z tym zrobić. Myślałam, że umieram.

 

Wstydziłam się nie tylko ja. Wszyscy czuli się

skrępowani, zwłaszcza kobiety. Odważniejsze

szeptały po kątach, rzadko która zaśmiała się

 

głośniej. Obecność dzieci zamykała im usta.

Moje rówieśnice, także nieuświadomione,

nie były wiarygodnym źródłem informacji.

Trzeba go było poszukać. Miałam szczęście.

 

Obleśny kowal z sąsiedztwa, przez przypadek

wprowadził mnie bez proszenia we wstydliwe

tematy. Nieco zmieszana chłonęłam jego słowa

wdzięczna, że nareszcie dorosnę jak należy.

 

Po paru lekcjach o dojrzewaniu, mój nowy idol

rozpoczął cykl wykładów o damsko – męskich

problemach. Miał kolekcję pism dla dorosłych.

Przestudiowałam je z wypiekami na twarzy.

 

Potem przyszła pora na porody i macierzyństwo,

a ostatnie spotkanie dostarczyło mi kompleksowej

wiedzy na temat dziewictwa i jego bolesnej utraty.

 

Wiecznie usmolony, pozornie odrażający kowal

z sąsiedztwa, wprowadził mnie bezpłatnie w życie,

przepędził strachy i nauczył myśleć. Ale czad, co?

 

 

 

 

 

 



Nie do uniesienia

 

Powiem pani: prawie całe życie myślałem

tylko o sobie. Nie potrzebowałem nikogo.

Chciałem wolności, ale po latach już wiem,

 że to ciężar, który mnie przerósł, przygniótł.

 

Siedzi zgarbiony i widzę to smutne, samotne,
na własne życzenie zmarnowane, stare ciało.
Nie potrafię mu współczuć, nawet nie chcę.

 

To jego, lekką ręką wykreślone z życiorysu
ojcostwo. Smarka się przede mną od godziny

pewnie odwiedziła go siostra z trójką dzieci.

 

Wujkowały mu głośno, nie wiedząc, że każde

ich słowo przebija to bezdzietne serce na wylot.

 

 

 

 

Za szybko

Będziesz dobrym ojcem dla naszych dzieci?

Nie są nam potrzebne. Jej twarz poszarzała,

w oczach zgasło światło. Od razu zrozumiał,

że przestał dla niej istnieć. Całkowicie.

 

Nie zdążyłem. Umarła, zanim zmieniłem

zdanie. Już nie mogę jej tego powiedzieć.

Zaczyna płakać i nawet trochę mi go żal.

Pospieszył się z tą bezdzietnością. Może

chciał, żeby ich noce były jeszcze tylko

dla niego i nie wliczył jej w te marzenia.

 

Osobna samotność, tak to sobie urządził.   .

 

 

Strach

 

Chodzę opatulona w grube ciuchy i wiem,

że coś się zmienia. W tym wielkim domu

wszystko zaczyna mnie przerastać. Coś

nadchodzi – wyczuwam to podskórnie.

 

Nie traktowałam mojego ciała osobno,

miałam wrażenie pełnej harmonii. Dziś

listę obecności podpisuje skóra, mięśnie

i stopy, odzywa się lewe kolano i palce.

 

Serce jest niezdecydowane, często nie

nadąża za mną, posapuje i każe czekać.

Moje ciało, coraz cichsze, przygnębione,

opowiada o sobie jakieś bzdury i wciąż

ma pretensje. Zaczyna mnie straszyć.

 

Nikomu o nas nie opowiadam, po co

rozsiewać plotki, może to tylko głowa

jest złośliwa, może udaje, że mnie boli.

Strach myśleć, gdy coś w środku stuka

coraz głośniej i  c o ś się tam rozpada,

 

zamienia w miazgę.

 

 

 

Zawrócić

 

Na nic się sobie już nie przydasz.

Po co tracić czas na ratowanie 

związku bez przyszłości; wciąż

 tylko do siebie krzyczysz, do

siebie milczysz, śpisz ze sobą

osobno i to jest takie obce, bo

 

przestałaś się nawet ze sobą dotykać.

 

Czemu nie pamiętam kiedy to się

zaczęło i kto nas tak urządził? Ja

i ja, stłoczone w jednym ciele.

 

Może bez naszej wiedzy ktoś się 

w nas nagle wtrącił, ktoś oślepił 

i wpadamy na siebie po omacku.

 

Wracajmy, co?

 

Ten bilet jest tylko w jedną stronę.

Przed nami stacja końcowa i nic.

Nic czarne, ciche. Nic najdłuższe.

 

 

 

Wiem

 

Wiem coraz mniej.

 

Może właśnie tak ma być, że ulatnia się

to, co mnie zaczęło zżerać i truć krew?

 

Dzikie wysypisko budowane przez lata,

samo zaczęło robić ze sobą porządek.

Czegoś już nie kocham, już nie wyznaję,

przestałam nad kimś płakać, na co mi

cudze emocje? Starzeję się bez spazmów

i nie zamierzam niczego odczarowywać.

 

Pamięć absolutna nie jest cacy, już nie.

N a p r a w d ę wiem coraz mniej.

 

Czy to mnie przeraża? Jeszcze nie mam

pojęcia, o czym nie chciałabym zapomnieć

albo zapomniałam. Na razie jestem ze sobą

na obserwacji, założyłam nową kartę pamięci

i czekam. Przybywa notatek, które może coś

mi wyjaśnią, ale się nie spinam, bo po co.

 

J e s t dobrze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

                                      

czwartek, 24 kwietnia 2025

Poza zasięgiem - Nie wszystko chce się pamiętać - KAROL MALISZEWSKI

 

„Nie wszystko chce się pamiętać”

 

„To jest historia, która mnie ulepiła” – napisała mi Mirka Szychowiak w dedykacji na wydanej dziesięć lat temu książce z opowiadaniami, zatytułowanej Gniazdozbiór. Czytając jej nowe wiersze z tomu Poza zasięgiem, znalazłem się w kręgu podobnych wspomnień dotyczących osiedla i bloku, typowych dla PRL-u późnych lat sześćdziesiątych, czyli tytułowego „gniazda”. Wyobrażałem sobie, że znajdowało się ono w jakimś dolnośląskim miasteczku, w Oleśnicy, Oławie, Obornikach lub Strzelinie. Byłem w błędzie. Najnowsze wiersze Szychowiak nazywają wprost to miejsce. Chodzi o Psie Pole, odosobnioną, jakby już wiejską, dzielnicę Wrocławia. Poetka rozszerza wspomniany krąg o dodatkowe przeżycia, doświadczenia oraz postaci. Nie ma więc mowy o dublowaniu się wątków. To raczej wciąż trwające uzupełnianie zasobów pamięci. Bohaterka wraca do wydarzeń, „które ją ulepiły”, uznając to za swój pisarski obowiązek. W jego zakres wchodzi nieustanne przypominanie niepozornych, dawno zapomnianych, ludzi. Przy okazji wizerunek samej opowiadającej nabiera dodatkowych barw, jednak podkreślmy, że to nie jest celem samym w sobie. Ważniejsi są ci pominięci, zmieleni przez historię, ludzie. Z opowiadań pamiętam Krzywego, Lodzię, Skibową. Rózię psiarę, beznogiego Wiesia, Frankę Matros, Bola, Krzaków, Marysię Skowronek. Mógłbym tę listę jeszcze ciągnąć, zaznaczając, że każda postać, nawet w wydaniu pijackim i knajackim, wydaje się barwna, mocna i zapisująca się z dozą swoistej godności w czułej pamięci kronikarki

Z nowymi wierszami wracamy do świata niewielkiego bloku, w którym ważną rolę pełniła mama narratorki. Do niej jako tzw. „blokowej” zwracali się wszyscy ze swoimi kłopotami i żądaniami. Nastoletnia narratorka opowiadań z wysokości trzepaka przyglądała się życiu jak kukiełkowemu teatrzykowi, w którym buzowało od niespodziewanych zdarzeń, zachowań i wypowiedzi. W tekstach poetyckich punkt widzenia jest już inny. Widzimy dojrzałą kobietę, której spontaniczne wspominanie przychodzi z trudem czy obawą. Krytycznie przygląda się temu, co niespodziewanie wyskakuje z pamięci. Mówi wprost w motcie książki – „Nie wszystko chce się pamiętać”. Zresztą powtarza to zaraz w pierwszym wierszu zatytułowanym Zemsta. Już wiemy, że rozczulenia będzie zdecydowanie mniej, a więcej krytycyzmu i chęci zemsty. Oczywiście, „zemsta” jest umowna i literacka. Miałaby dotyczyć tych, którzy skrzywdzili lub chcieli skrzywdzić nadwrażliwą dziewczynkę, przyszłą poetkę. Bohaterka dochodzi do wniosku, że mszcząc się rzeczywiście, stałaby się taka sama jak ci, co ją skrzywdzili. Nie pozwoli więc na to, by po latach zmienili ją w „podłego człowieka”. Byłby to ostateczny triumf zła.

Jak mi się wydaje, najważniejszym wątkiem tej książki jest próba radzenia sobie z pamięcią, z racjonalnym zarządzaniem jej zasobami, bowiem bywa ona „okrutna, nachalna, odbierająca oddech” (Zemsta). Pierwsze utwory tomu w tym sensie wydają się „autotematyczne”, poświęcone literackiemu ujęciu problemu, rozpatrywaniu miejsca pamięci, mechanizmów jej działania, psychologii rozpamiętywania, „niewidocznej żałobie” (Niewidoczne) po tym wszystkim ulotnym, straconym, a z nagła się odzywającym. Szczególnie zwracają uwagę wzmianki o kłopotliwych czy niewygodnych treściach świadomości, o „uparcie chowanych w sobie demonach” oraz zalegającej pamięć i wyobraźnię „smole” (Niewidoczne). Jeden z tych wierszy nosi tytuł Głowa. To w nim z poziomu fizjologii („W przednim płacie mózgu utknęło nasze j a”) przechodzi się do psychologii, a nawet do uogólnień natury etycznej, do opisu relacji między głową a „resztą ciała”. To w nim mówi się o „wszystkich wstrząsach” i obrażeniach, jakich opisywane „ja” musiało doznać przez całe życie. Bohaterka mimo „kryzysów i spięć” może już panować nad tym prawie schizofrenicznym rozgardiaszem; jednakże nie do końca, bo kiedy „próbuje zrobić głowie/ na złość” i „stara się nie myśleć”, to głowa natychmiast reaguje buntem, „krzyczy”.

Dopiero po rozpisaniu zasad, po symbolicznym dogadaniu się z głową, uświadomieniu sobie rozmaitych przeszkód i obostrzeń, zaczyna płynąć czysty, liryczny monolog, ale taki który wybiera z bólu, „syfu” i niesmaku piękne postacie, zachowania i gesty. Lila, „dewizowe kurwiszcze” (Lila), odzyskuje honor i blask, wreszcie zrozumiana trafia na piedestał dzięki poświęconemu jej utworowi. Olo, paniczyk, zawsze przez matkę trzymany z dala od „brudasów z podwórka”, obecnie „nie jakiś tam fafarafa,/ tylko zakonnik”(Olo). Niegdyś prymus Lesio, duma szkoły i osiedla, teraz zapijaczony menel, skulony w kącie „brudnej, cuchnącej klatki schodowej” (Schody). I jemu należy się uwaga i zrozumienie, płynie więc wzruszający monolog wyjaśniający przypadki jego żywota. Dziewięcioletnia Gosia, która niechciana i niepotrzebna popełniła samobójstwo, wyskakując przez okno. Poświęcony jej wiersz Ptaszek był dla mnie wstrząsającym doświadczeniem.

I wszystko to jakby zatrzymane w czasie, osadzone w realiach „Psiaka”. Bo to też są wiersze o wspólnocie, o społeczności niby to rozdartej kłótniami i konfliktami, lecz w gruncie rzeczy skonsolidowanej i solidarnej. Autorka niekiedy nazywa ją wprost, używając sformułowania „wsiury z Psiaka”. W wierszu polemizującym z ustaleniem pewnego historyka, który zanegował fakt historyczny dotyczący bitwy na Psim Polu, czytamy: „Dopóki ktoś nie udowodni, że nic/ się wtedy nie zdarzyło pod moim/ oknem, ani jeden wsiur z Psiaka/ nie uzna tej samowolki” (Psiak). Kamień upamiętniający bitwę, duma mieszkańców, musi mieć sens. Tak jak wszystko – dzieciństwo, ci ludzi i ich życie, wreszcie sam proces rozpamiętywania, lirycznego „lepienia historii”.

Prócz przywracających dzieciństwo i czas trudnego dojrzewania wierszy wspomnieniowych mamy sporo utworów analizujących postępy starości, zarówno własnej, jak i tej dookolnej, rodzinnej i sąsiedzkiej. Tu konieczna poprawka – Szychowiak nie analizuje, raczej się wczuwa. Nie jest oschła, jednocześnie nie jest czułostkowa. Obserwacja i obrazowanie współtworzą coś w rodzaju racjonalno-emocjonalnego korelatu, doskonale wyważonego zbioru zdań, empatycznie skupionych na personie czy zjawisku. Bolo godzi się na odwyk „dzięki paru seansom u mnie” (Kolekcjoner). Jednak z mężem Lusi, „nałogowym zbieraczem wszystkiego” (Kolekcjoner), już tak łatwo nie było. Nie dał się przekonać, wreszcie zginął w pożarze, który sam wywołał wśród nagromadzonych stert śmieci. Owdowiały Benek żartuje, „że nie ma dla kogo umrzeć” (Drobny retusz). W mieszkaniu Elusi więcej umarłych niż żywych, ci drudzy „coraz mniej ją obchodzą” (Wizyty). Inna postać w drodze do domu spokojnej starości zwierza się bohaterce i pyta, dlaczego życie zleciało tak szybko. Puenta tego wiersza, zatytułowanego Nie ona jedna, brzmi: „Chciałaby sobie, biedna, urządzić koniec życia/ tak, żeby nie wiedzieć, że to już”. To są najciemniejsze miejsca książki. Siedzimy razem z bohaterką przy wielu szpitalnych łóżkach, trzymamy za ręce umierające i umierających. W związku z tym zastanawiam się, czy to nie jest najsmutniejsza książka poetycka Mirki Szychowiak. Myślę jednak, że odzywająca się tu rozpacz w paradoksalny sposób niesie nadzieję i siłę. Jak to się dzieje? Jak ona to robi? Przytacza historyjki, które tworzą ludzką wspólnotę powikłań i powiązań. Człowieczeństwo polega na wzajemności, a poezja pomaga ją ustanawiać.

Poetka mimo wszystko wierzy w człowieka, w jego możliwość przeciwstawienia się złu. Wiersze ciemne przeplatane są jasnymi, a ostateczny bilans tych porachunków jest, jak sądzę, pozytywny. Wyławia się z bolesnej pamięci te fragmenty, które umacniały w poczuciu sensu, uwrażliwiały i ustawiały głos, a w efekcie budowały człowieka, o jakim poetka opowiada, jakiego chce – jako moralny postulat – widzieć. Ostatecznie to te fragmenty przeważają, choć nie brak dla przeciwwagi obrazów ludzkiej słabości, małostkowości i okrucieństwa. Bohaterka obawia się, że tych obrazów przybywa, że bezceremonialnie zawłaszczają pamięć, i że w związku z tym „zaczyna powoli brakować miejsca na piękno i siły na zemstę” (Zemsta).

Powtarzam na koniec – to jest książka skupiona na pamięci i jej pracy, odpowiadająca na podstawowe pytanie: dlaczego obsesyjnie rozpamiętujemy właśnie to (i tu kolejna anegdota, mała opowiastka), a nie coś innego, i dlaczego to „inne” często znajduje się poza zasięgiem. Szychowiak jest mistrzynią poetyckiej narracji przytaczającej ważne, formujące, wydarzenie z życia. Nie tylko z własnego, lecz przede wszystkim z życia ludzi obok, najczęściej tych wykluczanych, pomijanych, przegranych. Nie chce się nad nimi współczująco użalać czy litować, chce oddać im głos, pokazać z lepszej strony, wspomnieć o tym, jacy byli, zanim upadli, stoczyli się, przestali liczyć się w rozgrywce.

Niejasne jest uwodzicielskie działanie jej wierszy. Prawdopodobnie prowadzą nas do źródła ludzkiej wspólnoty, do jakiejś gatunkowej empatii i nadwrażliwości. Stąd to niezwykłe wrażenie po lekturze – oczyszczającego działania, zatrzymania się, wygaszenia na chwilę w sobie skłonności do małostkowości, złośliwości i niechęci względem bliźniego.


Mirka Szychowiak: Poza zasięgiem. Wydawnictwo ANAGRAM, Warszawa 2024, s. 47

piątek, 5 kwietnia 2024

Sylwia Kanicka – Potrzeba szkła powiększającego, by zobaczyć to, co w zasięgu wzroku.


    Las. O tym, że wpływa pozytywnie, wręcz dobroczynnie, na organizm człowieka wiadome jest od wieków. Miejsce, które wycisza, koi i pozwala złapać oddech. Nie bez powodu ludzie oddają się sylwoterapii. Wykorzystywanie dobrotliwego wpływu drzew jest wskazane każdemu, szczególnie osobom przebywającym w zanieczyszczonym zgiełku miast.  

    Czy Mirka Szychowiak, poetka z ogromnym dorobkiem, nominowana do Nagrody Literackiej Nike w 2011 roku oraz Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej w 2021,  laureatka wielu konkursów literackich wysokiego szczebla, postanowiła przypomnieć czytelnikowi jego zależność od natury? Pytanie nasuwa się, biorąc do ręki ósmy zbiór wierszy poetki i choć byłoby to zbyt proste podejście do jej książki, to jednak jest ono częścią bardzo rozbudowanej całości. 

    Szychowiak nadała książce tytuł „Kup mi las” (wydawnictwo papierwdole - Katalog Press w 2021), dokładając do niego intrygujący obraz Bogusława Szychowiaka, który został wykorzystany w projekcie okładki, tworząc w ten sposób zakamuflowaną, mroczną wizję cieni odbijających się dzięki ostatnim przebłyskom światła. Może jednak, dzięki temu przebijającemu się światłu, cienie chcą wyjść, by nie pozostać tylko mrocznym wspomnieniem, i znów zacząć żyć? Wyostrzeniu zostają poddane zmysły, w tym również dotyk, by dostrzec niewidoczne. Pojawia się zaskoczenie w postaci papieru, z jakiego została wykonana okładka. Poczuć można jej delikatność i miękkość, co mocno pobudza wyobraźnie, niczym dotyk mchu. Tak dopieszczony czytelnik, otwierając książkę, poznaje dedykację, która wytycza zbiorowi misję przetarcia szlaku do tych, którzy zapomnieli, czym jest i jaką siłą dysponuje przyroda:

„   Wszystkiemu żywemu, co bez umiaru zniszczono i zabito w imię ratowania natury, pokrętnie tłumaczonej ochrony środowiska – oraz ludziom, którzy wskutek tej usankcjonowanej prawem czystki stracili chęć do życia i zapadli na niedające się zdiagnozować ani leczyć choroby – książkę tę dedykuję ze smutkiem. Ci, którzy do tego dopuścili, a mogli, bo mogą wszystko – niech się powoli smażą w piekle. Tam jest ich miejsce”.

   Słowa autorki stają się dopełnieniem pierwszego wrażenia, a połączenie czterech elementów (okładki i jej grafiki, tytułu i dedykacji), ma doprowadzić do tego, by odbiorca zauważył celowość wierszy oraz głębokości refleksji, która już na wstępie się rodzi. 

W czym właściwie tkwi problem? Pierwszy wizerunek książki, pierwsze rozważania nasuwające się po przeczytaniu wierszy Szychowiak, to spojrzenie na świat pogrążony w  dążeniu do szeroko rozumianej techniki. Przysłoniło to całkowicie konieczność istnienia wokół człowieka czegoś więcej, niż nowych drapaczy chmur, galerii handlowych czy systemów komputerowych. Przedstawiane obrazy uświadamiają znaczenie otoczenia, w jakim się żyje. Świat zafiksował się na nowoczesności, a wielki wyścig rozwoju szeroko rozumianego przemysłu, spowodował zapomnienie o tym, co najważniejsze, o wzajemnej bliskości. Bohaterka wierszy mówi wprost:

„(…) Byłam kiedyś taka sama i zobacz,
w jaką chujnię świat mnie wpuścił bez ostrzeżenia”.

    Gdyby iść tym prostym szlakiem, skupionym na tytułowej potrzebie znalezienie się w leśnym otoczeniu, możemy zobaczyć, jak bardzo wyryta jest ona we wnętrzu człowieka. To w niej podmiot widzi swoje potrzeby czy kierunki dążenia, by osiągnąć cel. Szychowiak dała odbiorcy możliwość lekkiego przejścia przez kolejne wiersze, jednak co chwile motywuje go do poznania ciemności, jaka znajduje się w głębi lasu. 

„To tylko drzewa, spróbuj rozejrzeć się
niżej, tyle się przecież dzieje, popatrz
i dobrze zapamiętaj, one mogą już nie
wrócić. A drzewa przecież nie uciekną”

    Sarkazm staje się przewodnikiem, bo „Las? Dla Ciebie to tylko zlecenie, dla mnie wszystko”, mobilizującym do większej uwagi i analizy, dzięki którym dostrzeżone zostaną problemy występujące we współczesnym świecie. Bohaterka, na każdym kroku, odnosi się do elementów przyrody, by pokazać również swoją bezsilność, gdy zostaje tylko „Stłumione, martwe życie”.

   Sam zbiór, ujmujący od pierwszego utworu, przybrał formę listownej korespondencji prowadzonej przez podmiot. Do kogo kieruje ona swoje słowa? Odbiorca nie zostaje bezpośrednio przedstawiony, jednak z formy, jaka została zastosowana, wynika, że jest jej osobą znaną, w którą nadal wierzy i ta wiara pozwala jej przetrwać trudne chwile. Wyczuć można jednak ogromny żal, jaki nosi w sobie względem tej postaci:

„jestem zmartwiona, bo wpadłeś do mojego domu
jak do siebie, spakowałeś w minutę, jakbyś chciał
pozbyć się mnie z mnie z miejsca, które do ciebie nie należy”. 

    Ukazany zostaje również niepokój, który narasta wraz z kolejnymi listami, stający się obrazem wewnętrznych potrzeb bohaterki. Początkowo można zauważyć ogromne zagubienie, nieumiejętność dostosowania się do panujących zasad, z jednoczesną złością temu towarzyszącą. Bohaterka ubiera w słowa wiele postaw, które z jednej strony opisuje na podstawie obserwacji, z drugiej nadaje im podniosły charakter, mający na celu zwrócenie uwagi na to, co jest w życiu bardzo ważne, spokój i ostoję:

„I tamtego roku zniknęły wszystkie drzewa. Ktoś
się na nie urzędowo zasadził i po lipach. Były tu
jeszcze za Niemca (…)”,

z jednoczesnym zaznaczeniem braku reakcji na trwający proceder, choć „Jest tyle miejsc do kochania, domów / które potrzebują obecności”. Człowiek został wtopiony w wytworzone obrazy, a możliwości technicznych nowinek zastępują to, co pierwotne i naturalne, dlatego ta listowna forma, jak i przywołanie niknących drzew, mają stać się aluzją do wszystkiego, co miało zdecydowanie większe znaczenie. Pisanie listów, to nie tylko trwająca korespondencja, to przede wszystkim przypomnienie, jak ważna w życiu jest rozmowa, wyczekiwana z niecierpliwością, niczym kolejny list dostarczany tradycyjną pocztą. Tego właśnie brakuje, bo realny dialog został zastąpiony migającymi, na pulpicie komputera lub telefonu, okienkami. Człowiek zapomniał o potrzebie realnej bliskości, zapomniał, że druga osoba, to nie przedmiot, a żyjąca istota:

„Przyjechałeś tutaj jak wizytator albo bliski
krewny, żeby sprawdzić jak czuje się twój
osobisty bagaż oddany na przechowanie”,

i uznał współczesną formę kontaktu za wystarczającą. Zaniknęła potrzeba naturalnej więzi. Należy zauważyć, że występujący, listowny, dialog w dużej mierze jest monologiem, w którym jedynie przytaczane są otrzymane odpowiedzi i z dużym naciskiem zwracającym uwagę na brak zaangażowania, czy wręcz nieuczciwość:

„Czasami mam takie wrażenie, że siedzisz w domu
i szukasz na niby, bo masz nadzieję, że nigdy nie
wyjdę stąd (…)”.

    To bardzo racjonalistyczne działanie, bo Szychowiak ubiera przemyślenia w poetycką grę słów, zwracając uwagę na fakt, iż współczesny człowiek jest „niskopienny, wygodny i średnio skomplikowany”. Autorka potrafi budować ogromne napięcie, a prowadzona listowna rozmowa staje się wewnętrzną rozmową czytelnika z samym sobą, gdyż zaczyna dostrzegać te wszystkie zależności u siebie, bo jest „wypalony i pusty w środku”.

   Właściwie Mirka Szychowiak mogłaby stanąć na środku i wykrzyczeć: ludzie pozwalacie, na własne życzenie, zamknąć się w domach z betonu, gdzie „nie ma wolnej miłości” (jak śpiewa Martyna Jakubowicz) i byłoby to silne zaakcentowanie spojrzenia na współczesny świat. Problem tkwi jednak w tym, że mogąc chodzić po ulicach, mając dostęp do wszelkich informacji, nikt by nie słuchał. Postanowiła więc pokazać, uważnemu czytelnikowi, odizolowanie i samotność, umieszczając swoją bohaterkę na oddziale psychiatrycznym:

„Nie podoba mi się ta cisza. Przecież świat jest dosyć
hałaśliwy, nie sądzisz? Jakiś obłęd. Nie rozmawiałam 
jeszcze z nikim, boję się. Czy w takim miejscu można
odnaleźć spokój po tylu stratach? Nawet te ogrody są
sztuczne, plastikowe, nic nie pachnie, nic nie szumi
nie śpiewa (…)”,

by zwrócić uwagę na totalne zatracenie i brak chęci do życia:

„Niedawno przyjechał tutaj Walerek ze Śląska
i dali go piętro wyżej. Pilnują, żeby nie umarł,
bo on nie chce żyć. Przez pięćdziesiąt lat miał
duży las za domem. Wycięli w pień skurwysyny
i Walerek się skończył (…)”.

   Szychowiak, z dużą premedytacją, przetacza przez wiersze obrazy prezentujące zachowania ludzi w zamknięciu oraz zwraca uwagę na to, iż tę decyzję podjął za nich ktoś inny, uważając ją za słuszną:

„Przypomnij mi – kiedy zapadła decyzja, że
właśnie tutaj powinnam przeczekać te, jak
je mądrze nazywasz, urojone frustracje?." 

   Podobnie jest z człowiekiem. Staje się on niczym pacjent oddziału, uzależniony od zdania innych, od ich decyzji, z jednej strony, a z drugiej budzą się w nim zwykłe, ludzkie potrzeby, niczym w bohaterce wierszy. Tylko, gdy te potrzeby zauważy, jest już zamknięty w tym, co oferuje współczesny świat. Podmiot, pisząc swoje listy, nie liczy tak naprawdę na ten las (choć daje on mu siłę do działania), ale liczy na otwarcie oczu, na spojrzenie wokół siebie w szerszej perspektywie, na nieocenianie innych przez pryzmat poglądów, zachowań, liczy na zrozumienie, na otwartość i szczerość:

„(…) Powinieneś przyjechać 
i spojrzeć mi w oczy – od razu będę wiedzieć, po czyjej
jesteś stronie. Dopiero wtedy powiem im, jakie mamy
szanse. Nie zmarnuj swojej, to być może będzie ostatnia”,

    bo to wszystko zostało zagubione, a „Czas nam się kurczy. Chcemy się jeszcze / pouśmiechać do siebie” i to „Co straciliśmy, co wyniszczyliśmy, zostanie w nas / i nie da o sobie zapomnieć. (…) / Pogorzelisko i ten popiół, który się z nas sypie / jak trociny z rozprutych przez dzieci miśków”.  Bohaterka wierszy Mirki Szychowiak, pomimo przebywania w miejscu zamkniętym, wciąż wierzy, że nastąpi przełom. Zdaje sobie sprawę, że aby dotrzeć do wielu, trzeba czasami złamać własne przekonania, bo tylko tak może znów być spokojnie, czysto i wspólnie:

„Załatw mi tyle Polski, żebyśmy się wszyscy
w niej zmieścili. Nienawidzę lewych targów,
układów, ale to sytuacja absolutnie wyjątkowa”.

    Tylko ten sposób może uzdrowić chory pęd, w jakim przyszło żyć człowiekowi. Podmiot wierszy rozumie poświęcenie, jakiemu trzeba się poddać, by kolejne pokolenia mogły spoglądać spokojnie w przyszłość, by nie zanikło własne myślenie na poczet zbiorowej oceny sytuacji, w której każde odstępstwo stanie się zachowaniem nie do przyjęcia przez zbiorowość. To nawiązanie do oddziału psychiatrycznego jest swego rodzaju wizytówką inności i omurowania pierwotnych potrzeb na rzecz nowoczesności.

    Mirka Szychowiak, kompletując utwory do tego zbioru, miała jasną wizję przekazu, którym chciała pobudzić czytelnika do własnego myślenia, bez ogólnych naleciałości, bo być „Może nie wykupimy wszystkich lasów i łąk, / nie przeniesiemy się do wyniszczonych miejsc, / które potrzebują opieki, ale upomnimy się głośno / o wszystko co żywe. (…) / Zaczniemy się budzić / i nie chcemy już nigdy czegokolwiek przespać”. Umiejętność swobody w pisaniu powoduje, że utwory układają się w obraz bez konieczności nadmiernego doszukiwania się, a jednocześnie są tak głębokie i bolesne w przekazie, że uderzają z ogromna siłą. Odchodząc jeszcze na chwilę od samego przekazu, Szychowiak, dobierając umiejętnie słowa, pokazuje swoją autentyczność poetycką, dzięki której cały zbiór, choć ukazujący smutny obraz świat, jest lekki, a czytelnik czuje, że ta toczona rozmowa jest prowadzona właśnie z nim i „ (…) może / kiedyś życie się w końcu do nas uśmiechnie”. Na koniec nie można zapomnieć o dedykacji z początku zbioru. Czy Mirka Szychowiak nie zrobiła wszystkich jej odbiorcą, a wiersze nie stały się obrazem całości społeczeństwa, które z jednej strony pokazuje troskę o innych, z drugiej niszczy poczucie bezpieczeństwa w imię idei dążenia do nowoczesnej doskonałości. Czy autorka nie pisze do wszystkich, którzy dostrzegają swoje własne potrzeby, ale zapominają o potrzebach innych. No i ostatnie, czy poetka nie przedstawia jednego człowieka jako ofiary i sprawcy? Spotkanie z poezją Szychowiak pozostawi w czytelniku wiele sprzecznych myśli. Nie, autorka nie zakpiła z odbiorcy, wywołuje jedynie potrzebę zastanowienia się, a to pierwszy krok do zmiany samego siebie.

 

 

Mirka Szychowiak, Kup mi las, Wydawnictwo papierwdole-Katalog Press, Ligota Mała-Dùn Èideann 2021

Sylwia Kanicka

środa, 20 marca 2024

Kinga Młynarska - "Jakie to życie jest krępujące'

 „Jakie to życie jest krępujące” to pierwszy tom serii „obecni” wydawnictwa Fundacja Duży Format.

Co krępuje kobietę z tomu Mirki Szychowiak? Być może rozmaite oczekiwania, np. społeczne, własne pragnienia, ambicje i niemożność spełnienia (się).

Trzy elementy wiodą prym w stylu tego zbioru – obrazowość, precyzja języka i niejednoznaczność. Szychowiak buduje metafory na obrazie właśnie – pokazuje nam z pozoru dziwaczne scenki, jak np. wgniatanie palcami tęsknot w wilgotną ziemię. Obok takiego chwytu pojawia się słowo. I to słowo nie byle jakie, a bardzo skrupulatnie wybrane, niosące sobą o wiele więcej treści niż samo znaczy. I jeszcze trzeba dodać, że autorka konsekwentnie trzyma się pewnego obszaru wyrazowego w przestrzeni jednego utworu. Każda zwrotka każdego wiersza zbudowana jest według pewnego konceptu, jak choćby w otwierającym liryku – „W jasno”:



Wybrzmiewają tu co najmniej dwa głosy. Pierwszy należy do mężczyzny, ale on rzadko się odzywa i raczej relacjonuje co widzi, jest obserwatorem bohaterki wierszy. Drugi należy do żeńskiego podmiotu oprowadzającego nas po świecie poetyckim (bardzo osobistej przestrzeni). Kobieta wyznaje, że czuje się jak jałowe pole, z którego nie umie się wykruszyć kamień. Porównuje się też do szklanej ryby – można wlać do środka wodę, wsypać piasek, ale to będzie oszustwo. Wyrazów tego cierpienia jest więcej. Dojmujące uczucie pustki, niezaspokojenia i bezsilności. Jednak nie mówi wprost o tym, co jej doskwiera, ubiera to w wieloznaczne metafory, ukrywa się za symbolami. Na co dzień jednak, jak to w życiu już bywa – uprawia teatr kukiełkowy i zbiera oklaski.  

Podmiot Szychowiak prowadzi nieustanne batalie ze swoim ciałem. Ból nie jest już moim obowiązkiem – brzmi to jednak jak pobożne życzenie lub zaklęcie. Bo cóż można ciału nakazać? Więc kobieta czuwa, żyje w ciągłym napięciu i strachu. Ciało się nawet siebie nie domyśla – czyż może być bardziej bolesna diagnoza?

Ciało i język współgrają tu ze sobą. Na jedno nie mamy dużego wpływu, drugie powinno być pod naszą kontrolą. I w zasadzie nie wiadomo co przynosi więcej cierpienia, bo jak czytamy: złamać kark czy złamać słowo, to i tak (…) jakiś grób, ten sam ból. A więc podmiot jest w podwójnej pułapce – to, co rodzi jej koszmar przychodzi od zewnątrz i od środka.

Chwilowe ukojenie znajduje w bliskości, w fizyczności – przydusić, zlepić się, zawstydzić pięknie, przywieramy do siebie gładko. Bo czasem sobie trzeba coś udowodnić, wyjść do ludzi i poprzeglądać się w kilku dodatkowych lustrach. Być może to też sposób na walkę z tym nieczułym ciałem własnym.

Podmiot zasłania się różnymi porównaniami. Raz odczytujemy jej skargi jako lament nieurodzajnej ziemi, co zwraca naszą uwagę nie tylko na tę warstwę pod metaforą ale i to, co właśnie w odczytaniu podstawowym – na naturę, na przyrodę, na zjawiska, na jakie zupełnie nie mamy wpływu i te, w które możemy ingerować. Gdzie indziej kobieta mówi o domu (jestem opuszczonym domem), gdzie różni ludzie – przechodząc – nanieśli błota. I tu podobnie – też rozpatrujemy najpierw to co mamy podane na pierwszy rzut oka, a dopiero potem – znając uniki podmiotu – odnosimy to do niej. Innym razem zaś podmiot utożsamia się z książką czy zeszytem – jest otwierana, ktoś notuje na jej wąskich marginesach itp. 

Podoba mi się ta poetyka obrazu. Szychowiak pisze o bliskich nam sprawach. Każdy może je odczytać poprzez filtr własnych (intymnych przecież) doświadczeń, a i tak będziemy odczuwać pewną więź z podmiotem, z innymi. Pojawiające się opisy, choćby widok siebie w pękniętym na pół lustrze, są niezwykle symboliczne.

„Jakie to życie krępujące” to w zasadzie rozmowa podmiotu z samą sobą. Kobieta porządkuje swoje doświadczenia, wzloty (rzadziej) i upadki (częściej) niczym w lirycznym pamiętniku. Toczy przewlekły bój o odrobinę radości, o coś, co wypełni ją w środku, rozpali wewnętrzny ogień i albo ogrzeje ten wyziębiony dom, albo doszczętnie go spali.

wtorek, 2 stycznia 2024

Wizyta domowa. „Trzeci migdał” Mirki Szychowiak Bartosz Suwiński

 Gdyby próbować opisywać poezję kolorami, nowe wiersze Mirki Szychowiak[1], byłyby szare. Do bólu zwyczajne, zwyczajnie bolesne, pod kurzem rozdrapujące rany. Są zapisem życiowych klęsk i porażek, uświadamiają nam, że to właśnie sprawy przegrane doświadczają bardziej, są dużej z nami. Chodzą nam po głowie, bywa, że za cenę wewnętrznej stabilizacji, za cenę dobrego nastroju. Płaci się za nie rozstrojeniami, mniej i bardziej jawnymi zwątpieniami, w końcu depresją. Spadkiem formy, chęci do życia, ogólnym marazmem, z którego trudno cokolwiek wygrzebać. Są jak kompost – ten jeden raz uciekając się do poetyckiej frazy – z którego trudno wygrzebać coś niepoddanego jeszcze rozkładowi. Poetka mówi jakby przez ściśnięte usta, a uwolniony w ten sposób oddech, zaświadcza o pozostawaniu wciąż przy życiu. Nominalnie szarym, pozbawionym chwil uroczystych, upływającym na znoju i problemach. Odkłamującym pełne nadziei sny na lepsze jutro, bo jakie to dzisiejsze jest, każdy widzi. To również wiersze o straconych szansach, o niepowodzeniach, o życiowych fiaskach, rodzących dziś melancholijne przygnębienie. Szychowiak, patrząc w przeszłość, dokonuje czegoś na kształt gorzkiego bilansu, z którego jasno wynika, że widoki raczej na przyszłość ciemne, a radości tyle, co kot napłakał. Nie maskuje się tu trudów, jakie przynoszą ze sobą kolejne dni. Nie ma się tu do nikogo pretensji, nikogo się nie obwinia o taki sobie stan rzeczy. Nikogo się nie oskarża. Człowiek się urodził, więc pcha swój majdan do przodu, czasami stara się bardziej, czasami mniej, by jakoś to w końcu było. W wierszu Może, czytamy:

Każdemu może przydarzyć się wszystko.
(…)

Nie ma najlepszych miejsc, jedynych wyjść,
najpiękniejszych kobiet. To te nieszkodliwe
kłamstwa, które lubimy, takie świecidełka.

Być może życie jest ciągłym łudzeniem się, że będzie lepiej? Stale podtrzymywaną fikcją, w myśl której w końcu przecież sprawy wezmą dobry obrót? To wersy o tym, że tak naprawdę nic się nam od życia nie należy, gdyż różnie los się wobec nas układa, a nasze pretensje i żale, zazwyczaj niesprawiedliwe i wobec możliwości rozmaitych potencji bezpodstawne, wynikają z pychy i przekonania o własnej wyjątkowości. Poetka nie szuka spokoju u ludzi, wytchnienie kojarzy się jej z leśnym jarem, z możliwością bycia z sobą sam na sam, w asyście przyrody, nie niepokojonej niczym i skupionej na własnym trwaniu. Szychowiak w swoim nowym tomie prowadzi wierszowany dialog, mówi do pozbawionego jakichś indywidualnych cech doktora, dzieli się z nim niepokojem i niepewnością. Jest on adresatem wielu wierszy. Tak jakby sama obecność medyka pozwalała czynić własne niedomogi znośniejszymi. Jakby wiersze skierowane do jakiegoś adresata, przynosiły w zamian rodzaj komitywy, chwilę akceptacji, przystania na taki, a nie inny, stan rzeczy. I niezmiennie pozostajemy z pytaniem, czy wszystkim aby (a może oby!) nie rządzą przypadki? Co jest w życiu konkretne i namacalne, a co stanowi abstrakcyjny miraż?  Gdzie te wszystkie wielkie słowa, do obecności których nas przyzwyczajono? A tu katastrofy bez świadków, domowe dramaty, brak sił na przeciwności, stygnący upór, że wciąż warto sztubacko im się sprzeciwiać. Piekło zwyczajności, piekło życia, którego marzenia okazały się metaforami – zrobione z papieru, od byle iskry sczezłe na popiół. W wierszu Krucha, znajdujemy wersy:

Teraz, kiedy jest prawie po wszystkim,
trudno znaleźć jakąś intymność, spokojne
miejsce, żeby pomyśleć, co poszło nie tak.

Czyściec zdaniem Szychowiak, miejsce pośrednie, jest „republiką dla normalnych ludzi”. Można to rozumieć, że spora doza umęczenia jest stanem konstans dla człowieka. A przynajmniej tak widzi to autorka Proszę nie płakać. Czy uczenie się życia to wchodzenie w gęstniejący bardziej mrok? Czy jeżeli myśli osiągną kolor smoły, to wtedy jakoś przynoszą nam ukojenie? Lektura wierszy Mirki Szychowiak rodzi dużo pytań, odpowiedzi to sprawa prywatna, nie do rozwlekania publicznie, na oczach czytelników. W tym sensie, przy całej swojej niepoprawności i wywrotowości, Szychowiak jest poetką powściągliwą, dla której bunt przeciwko biedzie (również wewnętrznej) nie jest sztuczną pozą, a egzystencjalną koniecznością. Te wiersze są zapisem życiowej drogi, pełnej wybojów, nieoczekiwanych zwrotów akcji, zdarzeń mało krzepiących, a jednak gdzieś w wersach cały czas drzemie jakaś życiodajna energia, rodzaj szaleństwa, pozwalającego paradoksalnie trzymać świat w ryzach. Stabilizować jego upadek. Na dobrą sprawę Szychowiak opowiada chorobę bycia człowiekiem – bezkompromisowo. Stan czekania, zamiast zawieszenia. Zamiast orderów – blizny. Zamiast mojego miasta, inne miasto. Bryndza zamiast beznadziei. Zawsze coś zamiast czegoś, pod zastaw albo na raty. W wierszu Słowa, ostatnia strofa: „każda cisza jest lepsza od wrzasku/ i lepiej coś stracić, niż stracić wszystko”. Nawet słowa są niedbałe, zaraz niebyłe, spóźnione i świadczą już – by powiedzieć tytułem tomu Krystyny Miłobędzkiej – po krzyku. Obcy dla samych siebie, obcy dla innych. Wydani swoim chorobom, zdani na pomieszane głosy, zmyślone postacie. Podtrzymujący się o poręcze, które nie prowadzą na żadne piętra. I jeszcze tytuł: Trzeci migdał. Niepotrzebny, prowadzący do dużych infekcji; anomalia. Jeżeli to metafora w świetle, a raczej mroku, w których poetka widzi egzystencję, to raczej nie powinno być nam do śmiechu. Jak tu żyć dalej, a nie zaczynać wciąż od nowa? Wokół opuszczone domy, puste ławki. Na początku jest śmiesznie, potem mniej. Później wcale. Nic więcej:

Poezja nie ma dla mnie czasu. Bierze jakieś
fuchy, łapie zlecenia jak leci, nie odpowiada
na moje listy. Listy są rzeczowe, wcale nie
w histerycznym tonie – przecież ja niczego
nie chcę od wierszy. Może tylko spotkać się
na chwilę, pogadać. Żadna terapia czy koło
ratunkowe. Spotkanie robocze. I tyle.

 

[1] M. Szychowiak, Trzeci migdał, Wrocław 2018. Wydawnictwo j. Wszystkie cytaty wg tego wydania.

 

Recenzja pierwotnie ukazała się w Odrze.

sobota, 28 października 2023

Wiem

 


Wiem coraz mniej.

 

Może  tak ma być , może ulatnia się

wszystko, co mnie zżera i psuje krew?

 

Dzikie wysypisko budowane przez lata

samo zaczęło robić ze sobą porządek.

Czegoś już nie kocham, nie wyznaję,

przestałam nad kimś płakać, po co mi

cudze emocje? Starzeję się dobrowolnie

i już nie muszę niczego odczarowywać.

 

Pamięć absolutna nie jest cacy, już nie.

 

Wiem coraz mniej.

 

Czy się tym martwię? Jeszcze nie mam

pojęcia o czym nie chciałabym zapomnieć

albo już zapomniałam. Na razie jestem ze sobą

na obserwacji, założyłam kartę pamięci

i czekam. Przybywa notatek, które może

coś rozwiążą, ale się nie spinam. Po cholerę.

 

Swoje i tak wiem.

 

 

 

 

 

 

 

sobota, 14 października 2023

Coś na już

 

 

Jakie życie jest piękne, patrz

 

I dlatego koniecznie chcesz się zabić?

 

Co za dziwna rozmowa, próbuję się połapać i wyczuć

czy chcesz mnie wkurwić czy nastraszyć. Za daleko

jestem, nie sprawdzę. Telefon zacina, docierają do mnie

niewyraźne strzępki i zaczyna się robić niebezpiecznie.

 

Żyletką odpada, na widok krwi zemdleję jak zwykle i mogę 

zapomnieć o samobójstwie. Możliwe, że zacznę się drzeć

i ktoś litościwy przyleci, obdzwoni rodzinę; nagada ludziom,

że jestem emocjonalnie nierówna i wyślą mnie gdzieś w pizdu.

 

Trzęsą mi się łapy, nie wiem co mogłabym jej powiedzieć.

Jakoś to będzie czy wszystko będzie dobrze, to wycieruch 

- przecież nie będę kłamać, bo jest za mądra i nie uwierzy.

Niepotrzebne jej takie pocieszanki. Zaczynam  fantazjować.

 

Do torów masz za daleko, zanim dojdziesz, to się zmachasz.

Pociąg nie będzie czekał, żeby cię przejechać. Odpuść sobie

kolejową śmierć, nie żal ci maszynisty? Będzie miał przez

ciebie przesrane, może już nigdy nie wsiądzie do pociągu.

 

Mogę się nażreć tabletek, takich na sen i na serce. Jak zasnę,

to nie poczuję, że się zaczyna odlot z planety ziemia. Będzie

bezboleśnie, kobieco i estetycznie. Dzisiaj tego nie zrobię,

w domu nie mam ani jednej tabletki, apteka już zamknięta.

 

Wymyśl mi coś na już.

 

Z wieszaniem będzie kłopot. Masz w domu coś solidnego,

bo niby na czym chcesz wisieć? Na klamce nie dasz rady,

wywaliłaś wszystkie krawaty i paski, zostaje żyrandol,

ale masz rozpieprzony błędnik, zanim wleziesz na krzesło

ze dwa razy spadniesz i połamiesz się. Dopiero będzie syf

 

 i zamiast w trumnie, skończysz na wózku.

 

Chcę przez to powiedzieć, że nie jesteś przygotowana

na taki odlot. Pozabijaj się w wierszach, może to jest

pomysł na odżycie. I dzwoń, coś ci jeszcze podrzucę.

To będzie genialna książka. Tylko takie umiesz pisać.