sobota, 9 maja 2015

Recenzja - Bohdan Zadura - Proszę nie płakać



   Lubię wiersze, które radzą sobie ze światem. Radzą, a więc nie aprobują go entuzjastycznie i ekstatycznie, a próbują go polubić. Wydaje mi się, że jeśli jednoznacznie – z zamkniętymi oczami - odkrywamy sens w świecie, coś – ktoś. Ktoś - niechybnie pogrywa sobie z nami nieczysto, manipuluje, wykorzystując naszą naiwność, niewinność, a może podstawowe instynkty, stąd zaś krok tylko, by się rozczarować, zmienić front o sto osiemdziesiąt stopni i wylądować na taniej mieliźnie pewności, że życie – bo świat i życie to to samo - nie ma najmniejszego sensu. Wiersze Mirki Szychowiak dogadują się ze światem, a żeby nie brzmiało to tak bezosobowo, Mirka Szychowiak dogaduje się w swoich wierszach ze światem. Ma wobec niego tyle czułości, ile trzeba, by nie popaść w sentymentalizm, tyle dystansu, ile wystarcza, aby okazać mu coś więcej niż wyrozumiałość.
                                                                                                      

  Bohdan Zadura

Recenzja - Łukasz Stadnicki - Człap story






   Debiutancki tomik szeroko znanej, można śmiało powiedzieć - sławnej, w literackiej przestrzeni internetu poetki, której wiersze i opinie można odnaleźć na najważniejszych literackich witrynach. Jej poezja sprawdziła się w ogniu dyskusji i w krytycznym kontakcie z czytelnikiem, jaki fundują internetowe fora. Tak jak w przestrzeni papierowej jest grono kilkudziesięciu wiodących i rozpoznawalnych dość powszechnie poetów tak jest w przestrzeni wirtualnej. Mirosława Szychowiak należy do tego grona wyjątkowych osób, które wyznaczają kierunki, kreują mody, wokół których koncentrują się kulturalne rozmowy o meandrach sztuki, osób które mają umiejętność antagonizowania odbiorców, które posiada zagorzałych zwolenników swojej twórczości i zdeklarowanych wrogów. Mirosława Szychowiak przekraczając swoim papierowym tomikiem granice internetowego oddziaływania pozwala zarazem wkroczyć czytelnikom "papierowym" w świat, który często jawi im się jako odmienny. Tymczasem okazuje się, że dobra poezja to po prostu dobra poezja.
Mirosława Szychowiak posiada niezwykłą umiejętność łączenie spraw uniwersalnych ze sprawami zupełnie prywatnymi. Niemal każdym z wierszy, które pozornie wydają się bardzo osobiste i tylko osobiste, czytelnik ma szansę odnaleźć uniwersalne przesłanie, oryginalną i zaskakującą refleksję, często dotyczy ona jakiegoś małego szczegółu, wycinka rzeczywistości, który na co dzień zdawać się może nieistotny, ale autorka pozwala odkryć go na nowo, sprawić że w niezwykłej konfiguracji zdarzeń, słów i emocji lirycznego bohatera to w nich skupia się na moment cały świat. Mirosława Szychowiak pisze w taki sposób, że jej wiersze łatwo rozpoznać, stworzyła własny styl, a może raczej własnego i niepowtarzalnego bohatera, który przetwarza literacko siebie i otaczający świat w bardzo charakterystyczny sposób. Ten bohater łączy w sobie zaskakujący dystans, który mieści się pomiędzy rejestrami lekkiej ironii a szyderstwa, a jednocześnie mimo tego dystansu całym sobą wchodzi w to od czego stara się dystansować.Te dwie linie się przecinają, na ich przecięciu rodzi się niezwykła umiejętność zaskakiwania, bohater ma dzięki temu ludzki wymiar, równie skłonny jest do lekkiej egzaltacji, do smutku jak i do radości i tak jak żywy człowiek sam siebie powściąga, kiedy jego emocje przekraczają przyjęte granice. Nigdy też nie ucieka od wyrazistego ja, nie boi się oceniać i wydawać sądów o świecie, nie pretenduje do ich słuszności, nie stara się budować spójnej filozoficznej wizji. Wyrywkowy charakter i wielokierunkowość refleksji pogłębiają wrażenie obcowania z żywym człowiekiem, wrażenie przekroczenia bariery intymności, oglądania go i dotykania z bardzo bliska. Poezja "mirki" to także bogactwo szczegółów, życie bohaterów jej wierszy funduje się na wyraźnych obrazach, często bardzo licznych, ale zawsze malowanych oszczędną kreską, konturem charakterystycznym dla szkicu i karykatury. Jest to wreszcie także poezja dialogu z czytelnikiem. Rozrzucane lekko sądy proszą się o jego reakcję. Wewnętrzny dynamiczny dialog, w którym autorka rysuje swoje liryczne "fabuły" także zaprasza do dyskursu. Czytelnik jest stawiany w sytuacji niezgody z sądem lirycznego bohatera, tymczasem kilka wersów dalej jego własne argumenty odnajdują się w słowach bohatera. Tworzą się niespotykane momenty zgody czytelnika i autora-bohatera, można mieć wrażenie uczestnictwa w procesie przeżywania świata. To "przeżywania świata" jest bardzo bogate, ciekawe, nastawione na poszukiwanie, nie na decydowanie, definiowanie. Autorka nie zabiera czytelnikowi pola do samodzielnego intelektualnego działania.



Łukasz Stadnicki

Recenzja - Kazimierz Nowosielski - „JESTEM SWOJA WŁASNA”







                            


   „Jestem swoja własna” – tak kończy się jeden z wierszy zamieszczonych w tomie Proszę nie płakać Mirki Szychowiak – poetki z Księżyców pod Wrocławiem. Wielce charakterystyczne to wyznanie, a wieńczy je jeszcze jedno, nie bez znaczenia wszak dla ogólnej tonacji i treści zawartych w utworze, słówko „zrozumiało?”. Co ono tu znaczy? Czyżby o dziecko chodziło? Chyba nie… Ku komu więc zostało skierowane? Używamy go zazwyczaj, choć w nieco bardziej bezosobowej formie „zrozumiano?!”, aby uwydatnić naszą niechęć, czasami irytację i niecierpliwość z przedmiotem wypowiedzi związaną; wszak wreszcie ów ktoś powinien coś pojąć, wziąć się w garść, zdyscyplinować... W wierszu Mirki  Szychowiak zdaje się ono nade wszystko podkreślać swoiście „bezpłciową” osobowość adresata końcowej konstatacji, jego charakterologiczną nijakość. Chodzi, jak się można domyśleć, o – pożal się Boże – domorosłego moralistę, o kogoś szwendającego się po świecie mówiącego podmiotu; to ktoś-nikt, z kim w końcu nie wiadomo, co począć, jak mu wymówić w naszym życiu obecność, jak się go pozbyć. ”Chodziło – powiada Szychowiak –  jak pies przy nodze, uważaj kobieto, znowu / zabłądzisz. Warczało, zachodziło drogę, stawiało szlabany” – i tyle.
    Przy uważnej lekturze wiersza daje się jednak zauważyć, że ów „nikt” występuje tu jakby w podwójnej roli: jako ktoś (mężczyzna?) – namolny, „nałaźliwy”, jak to powiedział jeden z naszych parlamentarzystów, beztreściowa figura, pantoflarz z aspiracjami do bycia kimś ważnym, ale może to być także … stale narażone na wyjałowienie wnętrze kobiety, która musi się bronić przed kompletnym zawłaszczeniem, zdominowaniem przez owe ni to ni sio – w portki ubrane, udające ważniaka. „Jestem swoja własna” – powiada w finale podmiot utworu; odczep się więc, odejdź, nikt tu mną nie będzie rządził! To niezwykle radykalne w swej tonacji oznajmienie jawi się także jako jedna z najważniejszych egzystencjalnych i aksjologicznych dyrektyw w poetyckim świecie Mirki Szychowiak; żadnych tu gierek ze mną – raz po raz stwierdza bohaterka nie tylko tego zbiorku – żadnego udawania, że ci na mnie zależy; lepiej byłoby, gdybyś zniknął mi z oczu, dajmy sobie spokój…
    W ukazywanym przez pisarkę życiu ludzie stale rozmijają się z sobą, a nade wszystko – rozmija się kobieta z mężczyzną, kochanka z kochankiem. Niezrozumienie, nieporozumienie, konflikt zdają się permanentnym stanem ich egzystowania. On i ona nieustannie ranią się wzajemnie, dokuczają; jedno drugiemu nie przepuści, odgryzie się, dopiecze, boleśnie odburknie. Językowa innowacyjność kobiet w tym zakresie – pokazuje poetka z Księżyców – zdaje się niewyczerpalna, na swój sposób bogata, swoiście kreatywna i wielofunkcyjna. Napędza ją zwada, starcie osobowości, dążenie jednej i drugiej strony konfliktu do tego, by nie przepuścić, by postawić na swoim. Ludzie cierpią tu głównie z powodu niedostatku miłości w ich wzajemnych relacjach. Przede wszystkim nie potrafią doświadczyć jej jako bezinteresownego daru – z siebie samych najpierw, ze swych egoizmów; nie rozpoznają jej jako czegoś, co bezgranicznie ubogaca i umacnia w trudach istnienia, przez wierność – hartuje w znoszeniu ciężarów wolności, nasyca łaską zdumiewania się światem, życiem, cudem pomnażania... W poetyckim świecie Mirki Szychowiak międzyludzkie relacje jawią się zazwyczaj jako naskórkowe: seks odsłania się jako namiastka prawdziwego oddania; bywa jednochwilową zmysłową ekscytacją, spotkanie zaś jego i jej – przemyślną grą w rzeczywiste oraz urojone przewagi: czyje dziś bardziej na wierzchu, kto wyżej, kto przeciw komu... Słowem, nieznana jest im miłość jako  prawdziwa, głęboka i niewyczerpalna wzajemność serca. Bohaterowie jej poetyckich minimonologów –  z mniej lub bardziej czytelnym adresatem (!) – częstokroć tyle mają dla siebie – ile się poranią; wiadomo, gdy boli – żyje się! Jak w wierszu Postrzał:

                              Zostaliśmy sami. Wymawiam ci kuchnię,
                              wszystkie korytarze i kąty. Dzwoń do biura
                              numerów, poproś o namiary jakiegoś pola
                              bitwy. Pojedź, przetrwaj, potem się zobaczy.
                                                                        
     Szychowiak zdaje się należeć do kolejnej, po Wojaczku (na zamieszczonym w książce Proszę nie płakać zdjęciu poetka chyba nieprzypadkowo prezentuje się na tle jego portretu), Ratoniu, czy Babińskim fali ciemnoźródlanego egzystencjalizmu. Jej egzystencjalizm jednakże wydaje się nieco inny niźli wymienionych pisarzy; jest jednocześnie na serio i jakby nieco z przymrużeniem oka; gorzki, lecz i częstokroć z odrobiną humoru, autoironiczny, zdolny poddać w wątpliwość także powagę samego siebie. Bywa niezwykle bolesny, ale i świadomy swojej konwencjonalności; wszystko wszak – zdaje się mówić autorka „Jeszcze się tu pokręcę” – prędzej czy później i tak zamienia się w banał, w sztampę, w swoje własne przeciwieństwo; prędzej czy później – i tak… nicość. Jednakże, póki co – dodaje – walczyć trzeba: „Mów, / mów (czytaj: truj) – czytamy we wspomnianym na początku wierszu – Twoje czarne – moje białe. Twoje / stój, znaczy idź. Jestem swoja własna, zrozumiało?”. (A tak na marginesie: czyż owo „zrozumiało” w swej znaczeniowej intencji nie przypomina choć trochę Heideggerowskiego „się”?: „się mówi’, „się kocha” itp.).
     Tu już nie dusza jako założycielskie tchnienie Boskości w nas samych, ale ciało i jego zmysłowe aspekty, których niezwykłe bogactwo ukazuje poezja Szychowiak, stają się terenem ostrej walki o podmiotową suwerenność człowieka. W istocie beznadziejna to walka, bo pozbawiona metafizycznego odniesienia, skazana na przegraną. Tak czy inaczej to właśnie do śmierci – pod koniec tomu Jeszcze się tu pokręcę ze szczególną mocą podkreśla pisarka –  należy ostatnie słowo. Ona rozstrzyga o wszystkim. „Coś tu umiera, – pisze w wierszu Ponaddźwięk – choć wciąż jestem ciepła, / Krew trudno zmyć; krwią, jeśli się uda, / na skórze napiszę, że tu kiedyś życie było”. Bóg w zasadzie został wyłączony z proponowanej w tej poezji antropologicznej perspektywy, co wcale nie znaczy, że nie kryje się w niej jakaś tęsknota za czymś, co naszą ziemską doraźność przekracza: za wartościami, które ludzkie istnienie czynią choćby trochę bardziej sensownym, wartym trudu, a koroną ich wszystkich: miłość. Jeśli tej ostatniej nie ma – życie jawi się jako beznadziejna szarpanina, a poezja – głównie jako gwałtowna i cięta riposta skierowana w stronę kogoś, kto uzurpuje sobie prawo do dysponowania moją (naszą) mniej lub bardziej ułudną wolnością. Prędzej czy później zatriumfuje wydrążająca wszystko pustka. Jej erodująca siła już teraz daje znać o sobie:

                               Tylu nas było, najprawdziwszych, gdzie
                               jesteśmy? Nie potrafię sama się bać,
                               a nie wiem, czego się boję. Wojny nie widać,
                               ale czuję ją. Skuliło się we mnie życie
                               i czeka na wsparcie. Kiedyś było obiecująco
                               – dziś dożywocie z hukiem zamyka bramę.

                               Nie ma czego i czym rozpierdolić. No, nie ma.

    Z rozmaitych ostrych ripost oraz dobitnie formułowanych egzystencjalnych konstatacji, często znakomitych w swoim kolokwialnym i artystycznym wyrazie, w znacznym stopniu składa się poetycka wypowiedź Mirki Szychowiak. To one nadają swoistą energię jej utworom, częstokroć wyraziście kształtują ich stylistyczny i emocjonalny profil. Padają w wierszach mocne słowa, krzyżuje się: konwersacyjny idiom i świeża, odkrywcza metafora, mowa zależna i niezależna, ostre porównanie i delikatnej natury poetycki obraz. W tekstach autorki Człap story sprzeczności jakby się dopełniają, tworzą nową, żywą, o niezwykłej estetycznej i znaczeniowej mocy całość. Szychowiak panuje nad ich poetycką organizacją: wiąże je w kunsztowne zwrotki, w wydarzeniowe sekwencje, odważnie i uważnie, za pomocą przerzutni oraz zróżnicowanego kształtu zdań (inwersje, elipsy, zaskakujące wtrącenia…) modeluje ich intonacyjną linię. Pod tym względem przypomina nieco Rafała Wojaczka, który również swoją niezgodę na świat i siebie samego wyrażał w wierszach  nawiązujących do form klasycznych, do konstrukcji bardzo wyrafinowanych tak  pod względem brzmieniowym, jak i semantycznym.
   Nie da się tych bardzo kobiecych w swej istocie utworów w prosty sposób usytuować na przedłużeniu linii Szymborskiej czy Poświatowskiej, ani tym bardziej Pawlikowskiej. Z dwudziestowiecznych poetek chyba najbliższa, głównie ze względu na radykalny bunt przeciw rozmaitym mitologiom męskości, byłaby jej Małgorzata Hillar. Jednak Szychowiak najwyraźniej idzie dalej niźli ta ostatnia; jest bardziej bezpośrednia, ostra,  bezpruderyjna, zadziorna. Inteligentna drapieżność, wymowna ironiczność cechują jej poetycką wypowiedź. Jednak za tą drapieżnością, przynajmniej od czasu do czasu, daje się odkryć osobowość niezwykle delikatnej natury; odsłania się prawda o kimś niezwykle wrażliwym na los drugiego człowieka; daje znać o sobie serce kogoś, kogo łatwo zranić… (Psychologia zna takie sytuacje: agresja jako tarcza dla obolałego wnętrza). W marsowym obliczu pewnej swego, „wyzwolonej kobiety”, niedoszłej Ksantypy (no tak, tylko gdzie ten Sokrates?...) „baby na luzie”, dojrzałej dziewczyny – ciągle pragnącej żyć „na maksa”, czasem mignie twarz dziecka, bezradnej dziewczynki, tęskniącej za czymś czystym, szlachetnym… „Jest jeszcze we mnie miejsce na coś, czego nie / znam, na kogoś obcego, który nas nie zwiąże. / Chcę się znowu dziwić, mieć dobry powód // i parę słów pod ręką”.
     Szychowiak ma dobrze nastawiony słuch na współczesny język wyemancypowanej i emancypującej się kobiecości; szybko wyłapuje i świetnie posługuje się jej stylem, odnawia go w perspektywie własnego doświadczenia, które tu: bardzo wiarygodne, bez wątpienia – szczere, balansujące na granicy autoironii i bezceremonialnie formułowanego wyznania. W istocie jest ono grą w obrębie różnych tonacji mowy; czasami bywa retorycznym chwytem, czasami – świadomym swojej bezradności wołaniem o szczerość w obcowaniu z drugim człowiekiem. Najważniejsze jednak – podkreśla Szychowiak – żeby nie było nudno, byle jak, bezbarwnie. Nie interesuje jej, jak pisze w wierszu „Zamknięte”, „pięciogwiazdkowe / piekło z klimatyzacją”.   I to się autorce „Proszę nie płakać” udaje: jej wiersze ujmują swoją bezpośredniością i poetyckim kunsztem zarazem. Polszczyzna tu żywa, gorąca, język giętki i bardzo współczesny jednocześnie, czerpany z rezerwuaru codzienności i częstokroć „podpiwniczony” dobrą literacką tradycją.
    Praca, jak pisała w swoim debiutanckim tomie, „nad bronią domowego rażenia” owocuje mocną, wyrazistą poezją; taką, której się nie zapomina, bo irytuje, zaskakuje, zdumiewa...  Tak czy inaczej – to nie są poetyckie robótki na drutach.

Kazimierz Nowosielski

Mirka Szychowiak: Proszę nie płakać, SAPiK. Samorządowa Agencja Promocji Kultury, Szczecinek 2010, s. 62.
Mirka Szychowiak: Jeszcze się tu pokręcę, Instytut Mikołowski, Mikołów 2010, s. 56.

Recenzja: Dorota Ryst - Proszę nie płakać – żadnych łez czystych, rzęsistych...





Cóż za przekorny tytuł... Bo przecież podmiot liryczny wielu z tych wierszy płacze, ale nie tym płaczem romantycznym, mickiewiczowskim
Polały się łzy me czyste, rzęsiste
Na me dzieciństwo sielskie, anielskie

W tych wierszach Czystość uległa przedawnieniu (Przebarwienia) i Ledwo oko zaczyna łykać światło,/a już myślę – o czym tu dzisiaj popłakać?/I wszystko będzie się tak smarkać /do wieczora.(Dzień spuchlaka).
Może zresztą kobieta, która mieszka w tych utworach tak by chciała – nie płakać, niczego nie zmieniać. Ale to, przynajmniej dla mnie, zbiór liryków o dojrzewaniu.
Pojęcie to kojarzymy dość jednoznacznie z wiekiem nastoletnim, a przecież w życiu dojrzewamy wiele razy. Tu mamy dorastanie kobiety do bycia sobą, do odrzucenia etykietek „matki”, „żony”, „kochanki” do bycia tylko, a może aż, kobietą i człowiekiem. Nie jest łatwo – bohaterka liryczna tych wierszy powoli uczy się tego, co powinno być oczywiste, a dzięki kulturze, religii, wychowaniu, wcale takie oczywiste nie jest. Zwłaszcza, że dojrzewanie nie jest z wyboru: Stłukło się wszystko, co miało być niezbite (Pusto). Przefujarzyłeś mnie lekką ręką (Nici). No i zbiegła lawina, zgarnęła wszystko, co było/ na drodze, tylko on podniósł się, otrzepał/ i nawet się nie zachwiał, jebaniutki (Nici). Wiersze rozliczeniowe? Być może tak, ale nie tracące dystansu i uniwersalizujące indywidualne przeżycie.
Gdy się dotknęło piekła i trochę nieba
albo odwrotnie – pora na cięcie. Wynajmę
ślepą ulicę, na końcu ściana i podkop
- będzie cicho jak w wieży. I przestrzeń.

(Wygwizd)
Dużo tu wierszy o smakowaniu tego, co wydawało się bez smaku, lub czego smak zdołało się zapomnieć
I kiedy wreszcie leżę
ubrudzona ziemią, wraca dawny rytm,
tylko to się teraz liczy.
(...)
Układam się z ziemią, może mniej zaboli.

(Wylew)
Posłuszna swemu ciału, rozpoznaję stan
krytyczny i układam się w ciemno.

(Różnica temperatur)
Wiersze w tym tomiku są proste, klarowne, bez stylistycznych fajerwerków, ale i nie bez zabawy słowem, czasem – zwłaszcza w tych tekstach, w których ja liryczne chowa się głębiej (jak „Concerto d’hiver” czy „Ujście”) – subtelnych asocjacji brzmieniowych. Ale nadrzędna jest językowa czystość, podkreślająca dodatkowo dość wątpliwą urodę opisywanego świata. Świata pchlich targów, brudnych ulic, prowincjonalnych Don Juanów, domów, w których po ludziach zostały niepotrzebne rzeczy. Ale tak naprawdę ten świat nie jest do końca rozpoznany. Bohaterka liryczna uczy się go, tak jak siebie, na nowo
Nie ma nieba na ziemi, może jest pod spodem
i dlatego krążę.
(...)
Zaczynam dotykać – głowa i ramiona, potem
Brzuch, wreszcie stopy. I żadnych skojarzeń.
Nie wiem, do czego się odnieść, z czym porównać.
Kim jest ta biało – biała plama, kiedy się zaczęła?

Czy ja się dotąd tylko sobie śniłam?

(Przejście)
Ale przecież  Droga do gdzieś/ nie wymaga skupienia. Można śmiało błądzić.(Podcięcie).
Było o dramacie zawalenia się czegoś, brzydocie świata – a przecież te wiersze zabrzmiały dla mnie optymistycznie. Nie tym tanim, cukierkowym optymizmem jakiego pełno w reklamach, ale wiarą, że można z tego, co trudne ulepić coś nowego, dobrego
Ostry nieżyt dróg życiowych
nie doczekał się rozpoznania.
Ale dałaś radę – z tego, co drążyło
tunel w głowie, zrobiłaś odtrutkę.

(To wystarczy)
Jeszcze bałagan, jeszcze nie poznaję wszystkich części, ale
jak się rozłożyłam, to i złożę. Może w końcu coś ruszy.

(Składak)
Jest jeszcze we mnie miejsce na coś, czego nie
znam, na kogoś obcego, który nas nie zwiąże.
Chcę się znowu dziwić, mieć dobry powód

i parę słów pod ręką.

(Tyle)

Dużo cytatów... Nie mogłam się oprzeć, bo we mnie te wersy zostaną na długo. Ale nie jest przypadkiem, że książka ilustrowana jest zdjęciami drzwi. Pewnie można użyć do nich różnych kluczy, nie tylko tego, którym ja otwierałam tomik „Proszę nie płakać”, i w tym też tkwi jego siła.

Dorota Ryst


Książka wydana przez SAPiK, Szczecinek w 2010 r (jako nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „Malowanie słowem”)

piątek, 8 maja 2015

Recenzja - Aldona Borowicz „Jeszcze się tu pokręcę”



Po pięciu latach od debiutu poetyckiego  Człap story Mirka Szychowiak  w 2010 r. zaskakuje czytelników wydaniem dwóch książek poetyckich: Jeszcze się tu pokręcę[1], wydana przez Instytut Mikołowski oraz Proszę nie płakać (Samorządowa Agencja Promocji i Kultury w Szczecinku).
Jak sama poetka stwierdza w rozmowie z Jackiem Bierutem: „(…) Pierwsza z tych książek była zaplanowana, mówię o książce Jeszcze się tu pokręcę, wydanej w Instytucie Mikołowskim. „Pisała się” tyle, ile musiała; ciągle coś było nie tak, wciąż byłam zła na tę książkę, że się nie chce zamknąć. Nie chciałam popełnić błędu „nie pierwszej młodości” – mam na myśli debiutancki tomik Człap story, którego nie jestem fanką niemal od narodzin, czyli wyjścia z drukarni. Wystarczy powiedzieć, że trzymając jeszcze ciepłą książkę, wypłakiwałam się w ogrodzie w krzakach, bo już mi się nie podobała”[2].
Trudno nie wierzyć autorce Jeszcze się tu pokręcę. Bo rzeczywiście wiersze z drugiej książki są inne niż te z tomiku Człap story.  Różni ją przede wszystkim język poetycki oraz przestrzeń penetracji tematycznej. Już tytuł książki zawiera w sobie ładunek emocjonalno-ironiczny: Jeszcze się tu pokręcę. Jednak kieruje on nas w stronę kondycji egzystencjalno-biologicznej podmiotu lirycznego. Bohaterki liryczne mają świadomość własnej starości czy ułomności fizycznej, której nie akceptują: „Jak mogłaś  się tak głupio zestarzeć, Klaro”.
A przecież proces przemijania i starzenia się to nic innego, jak niekwestionowalny upływ czasu, który towarzyszy całej Naturze od zarania, nie tylko człowiekowi. Autorka umiejętnie podpatruje niczym ukryta kamera życie swoich bohaterów: mężczyzn, kobiet i dzieci. Snuje opowieść o sprawach pospolitych, ale jakże ważnych w małomiasteczkowych rewirach.  Pisze o tym, co dotyka każdego człowieka; tu i teraz.  
W poezji Mirki Szychowiak nie znajdziemy blichtru życia lub jego upiększania, ona mówi wprost w znakomitym wierszu Meta: „Znowu żulia zbiera na kolejne wino; szarpią za rękaw i to już nie jest prośba (…)” – (s. 32). W tym tekście wyczuwa się klimat małomiasteczkowy, ironia, czasem autoironia oraz tworzenie neologizmów rodem z Ryszarda Bruno-Milczewskiego. Jednak to co dzieli  Mirkę Szychowiak z Milczewskim to przede wszystkim język poetycki, zapis graficzny wierszy, bo poetka, być może nieświadomie,  kontynuuje tzw. szkołę Krystyny Miłobędzkiej. Niezwykła precyzja słowa i potoczystość, do których podchodzi z ogromnym namaszczeniem – to zalety tej poezji.
I tu daje się zauważać dojrzałość świadomości poetyckiej Szychowiak. Poetka wie, w jaki sposób chce prowadzić swój dialog z czytelnikiem, by nawiązać z nim nić porozumienia. Nie udziwnia, nie sili się na pompatyczne metafory, bo małomiasteczkowe czy wiejskie życie nie potrzebuje wzniosłości ani też patosu. Toteż ten potoczny, prosty język, okraszony czasem wulgaryzmami nie drażni, ale wzmacnia dosadność przekazu, widoczną chociażby w wierszu Remis, w którym bohaterka liryczna mówi:
Tylu nas było, najprawdziwszych, gdzie
jesteśmy? Nie potrafię sama się bać,
a nie wiem, czego się boję. Wojny nie widać,
ale czuję ją. Skuliło się we mnie życie
i czeka na wsparcie. Kiedyś było obiecująco
- dziś dożywocie z hukiem zamyka tamę.
Nie ma czego i czym rozpierdolić. No, nie ma.
(s. 22)
  W wierszu refleksja odnośnie przemijania podszyta jest buntem, ba, wściekłością. „Tylu nas było najprawdziwszych”, czy przegraliśmy? Nie, bo ilość sukcesów jest równa ilości porażek. W sumie wychodzi remis, ale człowiek zawsze chciałby zmienić wynik na swoją korzyść. Jednak wobec „remisu” ( w podtekście lęków)  jest bezsilny. Tak jak w innym wierszu Dokop (s. 23) podmiot literacki pyta: „ile jeszcze miejsc na nas czeka? Kurczy się/ wyobraźnia, zegar bije, cmentarze raźno wyłażą/ naprzeciw (…)”. Ale bohaterka wyraża niezgodę wobec tego, co czeka nas. A czekają nas tylko niechciane cmentarze, bo przecież jeszcze rozpiera nas życie: „(…) Pobujaj się ze mną,/ niech coś wreszcie tobą zakręci, zezowata kukło (…)”.  Wiersze Mirki Szychowiak są na wskroś przejmujące, ale poetka, jakby na przekór samej sobie, chce mówić o nieuchronności końca. O marności życia. O intymnych relacjach między kobietą a mężczyzną. Toteż w wierszach jest wiele takich stwierdzeń, jak: „ściany zaczynają pękać” – s. 44, „dom robił się bardziej żałobny” – 34, „dom też zaczyna zamarzać” – s. 7, „Żyje się tym ciałem razem i osobno, pod jednym nazwiskiem, przeważnie milcząc(…)” – s. 15, „wojna hormonów” – s. 25 itd. Wymieńmy charakterystyczne topoje tych wierszy: skórę, krew, ciało, ręce, nogi, włosy, oczy. Cóż one znaczą? Autorka, przywołując je próbuje stworzyć jakby odpowiednik języka ciała, dzięki któremu  chce wyrazić stany ducha.  Wypada zaznaczyć, że metafora nie jest jedynym środkiem stychotwórczym. Porównanie, analogia, anafora i rytm może również dobrze kształtować współczesną poezję.  Ta naturalna  emocjonalność pomaga w pokonaniu lęku zakorzenionego w podświadomości.  Również wyraża samotność jednostki ludzkiej w obliczu procesów biologicznych: starzenia się, cierpienia, umierania, śmierci. Ale należy zadać sobie pytanie po lekturze wierszy, czy bohater liryczny wpada w panikę? Odpowiedź  znajdziemy w tytule, na przekór wszystkiemu „jeszcze się tu pokręcę”, jeszcze pożyję całą gębą.
Zbiór Jeszcze tu się pokręcę  otwiera wiersz Okoliczności, zamykają teksty Zanim i Nic mnie tu nie trzyma. Zanim jest to rodzajem  testamentu, który odczytujemy jako niespełnienie siebie samej. To, co zostanie, niech zadomowi się w następnym pokoleniu jako talizman chroniący przed wszelkimi lękami, frustracjami, obawami. Poetka rozprawia się z niemocą bohaterki, z własną fizycznością.
Tak naprawdę trudno powiedzieć, czy człowiek na co dzień myśli wyłącznie o swojej fizyczności. Jednak wpleciony w krajobraz małomiasteczkowy, czasem i wielkomiejski zaczyna mieć wątpliwości odnośnie swojej kondycji psychiczno-biologicznej:
Moje niezdążenia – Krym, Syberię,
Seczuan i Gobi – oddaję żyjącym
w ciągłym ruchu; i może ktoś zechce
za mnie popłynąć nad Jordan.
I ten fragment wiersza jest ważny, bowiem tu zawierają się wszelkie niespełnienia. A Jordan jako rzeka biblijna, rzeka Ziemi Obiecanej, do której bohaterka nie zdąży dotrzeć, chociażby w celu uzdrowienia duszy i pozbycia się wszystkich lęków.
Poezja Mirki Szychowiak świadczy o wielkiej wrażliwości poetki na cierpienie drugiego człowieka. Jej narracja liryczna to opowieść w odcinkach,  traktująca o społeczności, w której żyje, gdzie najczęściej ważne  są więzi sąsiedzkie. Człowiek więc nie jest  tu anonimowy. Żyje własnymi i grupowym  problemami, innym rytmem biologicznym. Poetka ma wielkie pole do popisu, może bowiem obserwować i  rejestrować. A co najważniejsze;  potrafi pokazać swój kunszt artystyczny.  
Od debiutu Mirki Szychowiak minęło pięć lat. Dziś trudno mówić o rozwoju twórczym poetki, bowiem do tej pory zaprezentowała dwie odrębne książki. Warto podkreślić, że warsztat poetycki w drugiej książce jest bardzo profesjonalny.  Jednak brakuje mi w poezji Mirki Szychowiak wierszy młodzieńczych,  pisanych pewną namiętnością, pozbawionych zbyt wielu doświadczeń życiowych. Myślę, że byłaby to znakomita skala porównawcza. Ale mamy to, co mamy,  tzw. poezję antyewolucyjną.  Przypuszczam, że trzecia książka Mirki Szychowiak, poetki uznanej w Internecie, będzie książką najważniejszą, bo być może połączy doświadczenia z dwóch obecnych publikacji.  
Aldona Borowicz


"Jeszcze się tu pokręcę" - Instytut Mikołowski, Mikołów, 2010