niedziela, 8 lutego 2015

Gustaw znikąd


OKOLICZNOŚCI

 

Światło razi Gustawa, spowiada się do lampy,
szczerze na siebie donosi. Przyszedł ostatni, 
a poszedł na pierwszy ogień. Powiedz nam
o swoich grzechach, Gustawie
– niewidzialne
ciągnie za język, grozi palcem. 
 

Która ze świętych kobiet jest opiekunką naiwnych?
Wymódlcie je dla niego, niech zlecą się wszystkie.
Gustaw nie jest przygotowany na żadną okoliczność,
ssie palec jak dziecko i ma dużo dobrej woli.

 Chciał inaczej, a wyszło źle. Grzebał w ziemi tyle lat,
żeby rozplątać wszystkie nerwy, pilnować korzeni.
Stróż podziemnego ogrodu, wielki, siwy kret.
Teraz jest głównym podejrzanym, jedynym dowodem.
Wylicza się z każdego dnia, ale nie wie przed kim

 i nie wie, o co chodzi.

 

Z DROGI
 


Gustaw urósł o siedem dni, ma zarost
i śniła mu się kobieta. Jest dobrej myśli.
Ciekawi go własna twarz – robi miny
do lustra, porównuje. Coś już wie. 


Nie chciałam cię spłoszyć Gustawie,
dopiero układam się  w całość, szykuj
dla mnie miejsce, ale nie wycinaj drzew.


Gustaw ma większe szczęście do miejsc
niż do ludzi, ale dzisiaj nie chce uciekać.
Na drzewie wiesza pustą ramę, zagląda do
środka. Coś tam drży i drzewo się otwiera,

woła.


POD GŁOS


Patrzcie, jak Gustaw się spieszy,
ale go wzięło! Nic mu nie podpowiem,
pozacierał za sobą wszystkie ślady. 

Może to mnie wypchnęło na zewnątrz?

Oparty o drzewo układa dla niej pieśń,
ale nie umie śpiewać. Gdzie ci do ptaków
Gustawie, gdzie ci do niej, ty niedźwiedziu!

Czuje się nieswojo z tą miłością. Peszy go.

Grubym kijem tasuje liście, stawia 
sobie kabałę. Przeczucia go niepokoją,
ale z lasem ułożył się już dawno i ufa.
O, z liści wyłania się pierwsza dama.

Ciekawe czy mnie widzi?


 zastanawia się Gustaw.


SZA

 


Ostatnio Gustaw lubi być nierozsądny:
nie dosypia, zrzucił trzy z pięciu
warstw ubrań, wczoraj nad ranem 
pływał w lodowatym strumieniu
i teraz kicha. Oj, Gustawie, Gustawie.

Podobają mu się dreszcze i gorączka,
nigdy nie chorował, jeszcze nie wie, co
mu jest. Skulony w zapomnianej norze,
zlizuje z palców miód i wzdycha. Od kilku
dni zwierzęta podglądają Gustawa zdziwione, 

ale na razie nikt  o nic nie pyta.

 

OSAWIANIE

Noc przyniosła ze sobą chłód i szelest
śpiących liści. A Gustaw jeszcze
na chodzie, lubi poziewać porządnie,
czeka, aż spanie zaatakuje go znienacka. 

Kto ci złamał skrzydło bura sowo?
Szukaj, szukaj. Niedaleko jest Gustaw.


Zraniła go w rękę, aż pisnął z bólu.
Broni się czy grozi, że nawet ranna
– nie podda się? Gustaw tamuje
krew kępką mchu i obmyśla sposób.

O, już wie! – rzuca kapotę i przyciska 
ptaka do siebie: Nie drap, dopierom się
wylizał z jednego, starczy żeś ty ranna.

Gustaw kołysze chore zawiniątko, a jutro

poszuka czegoś, żeby nie bolało.


W PEŁNI

Sowa już nie walczy, ale wciąż nieufna.
Gustaw pokazuje skaleczoną rękę,
żartobliwie grozi palcem. Jest w dobrym
humorze – skrzydło zaczyna się zrastać.
Trzeba komuś za to podziękować.

Jestem taka pusta Gustawie, kiedyś
mieszkały we mnie ptaki, ale odleciały
.

W kawałku kory otworzyły się szeroko
oczy. Gustaw właśnie kończy wycinać
nożem usta. Uśmiechają się do siebie.
Jeszcze tylko fałdy sukni, a potem
uroczysta przeprowadzka do dziupli.

Będzie ci tu wygodnie, Panienko
.
Z sową na ręce klęczy pod drzewem,
patrzy w górę i chce coś powiedzieć,
ale skąd ma wiedzieć, od kogo zacząć:

od matki, ojca czy od siebie?


PRZEŚWITY


Wielkie pęcherze na rękach.
Gustaw ogląda je z dumą, chociaż
trochę cierpi. Hej roboto, roboto,
wcale się ciebie boję!
– pokrzykuje.

Nic się dzisiaj Gustaw nie oszczędzał,
pół dnia usuwał z leśnych duktów
zwalone drzewa, ponaprawiał gniazda,
na ostatek przyciął krzaki i odkrył
do siebie ścieżkę. Właśnie na nią patrzy.

Może ktoś tu w sam raz zabłądzi? – ta
myśl przypadła mu do gustu. Kładzie się
pod drzewem, chce sobie powyobrażać
różne rzeczy. Na leżąco dobrze

mu się śni i myśli.



Z GÓRY



 W obejściu u Gustawa – ruch od rana:
na drzewie zbudował pokład, teraz
wiąże ostatni sznurek przy drabince.
Nareszcie mam drzwi i schody – myśli
To mój prawdziwy adres.

Na górze mało miejsca, kręci mu się
w głowie, a ziemia faluje jak rzeka.
Uparcie ćwiczy odwagę, otwiera oczy
i spogląda w dół. Próbuje nie myśleć
o schodzeniu, ale wie, że musi.

Leży na brzuchu i wydaje mu się, że jest
większy niż na ziemi, że przychodzi jakaś
 siła, całkiem inna, niż ta do dźwigania,
wypełnia go szybko, aż Gustaw krzyczy

i wie, że zaraz trzeba zejść na ziemię
albo sfrunąć, jeśli nie można inaczej.

 

NO, POWOLI


Ile Gustaw ma dzisiaj ważnych spraw!
Postanowił podliczyć swoje złe i dobre
uczynki. Czochra się po głowie
i rozdziela żołędzie na dwie kupki.

Za Przenajświętszą Panienkę z Dziupli
przyznał sobie aż trzy, ale i ta gorsza
kupka rośnie – wczoraj trochę figlował:
ćwiczył rozbieg i zburzył mrowisko.

Gustaw już się domyśla – kiedy coś
przeskrobie, czuje w brzuchu drapanie
i nie może się zmusić do uśmiechu.
Pokutę załatwia, odmawiając sobie ciasta.

No takie to wszystko trudne na jeden raz
– mówi do Panienki zawstydzony, a potem

idzie się gdzieś pomęczyć za karę.

 

Z WODY


Jakie wielkie  i brudne! – Gustaw patrzy
na swoje ręce i szybko odkłada kawał
chleba. Kopał dzisiaj rów ochronny;
zbiera się na deszcz i nie ma co czekać.
Jest brudny i zmęczony, a chleb taki czysty.

Hop, hop, żołądku, musisz zaczekać,
Gustaw urządza kąpiel i wielkie pranie!


Ciało wyszorowane piachem, szorstkie
i czerwone, jeszcze trzeba brodę rozplątać,
włosy palcami rozczesać. Ile to przy jednym
człowieku roboty!
– denerwuje się Gustaw.

Ubranie schnie na gałęziach. Wygodnie ci
z tą nagością, bezwstydo – oj, ale dobrze!

Bieli się na trawie jak chleb i wyciąga po
niego rękę, urywa po kawałku – smakuje mu

ta czystość.

 

NA DOTYK

Gustaw trzyma na kolanach wielki bochen
chleba, dotyka. Wydaje mu się, że to
policzek dziecka, kiedy głaska ciepłą skórę.

Będę cię jadł tak, żeby nie bolało – mruczy
i wdycha zapach. Już się nie boi wypełnionego
raz w tygodniu kosza. Ktoś o nim myśli.

Gdy od wioski słychać dzwony, a na skraju
lasu leży owinięty płótnem drożdżowy placek,
Gustaw czuje, że to nie jest zwyczajny dzień.
W jego życiu pojawiła się prawdziwa niedziela

i robi mu się jakoś słodko i wtedy nic nie robi.

 

SPOD OKA

Ale mała osóbka! – dziwi się Gustaw ukryty

w paprociach. Od rana chodzi za nią
 podglądając, jak odgarnia siwe włosy
 i zbiera kawałki kory. Nie chce spłoszyć.

Nie ukryjesz się chłopcze przede mną,
Janinka ma oczy naokoło głowy, nie bój się.


Mysz i niedźwiedź – siedzą pod drzewem
naprzeciw siebie. Skądżeś się tu wziął
wielkoludzie?
– kładzie na trawie czerwone
jabłko. Gustaw bierze je do ręki, wącha. 
Chce odpowiedzieć, ale nie jest przygotowany.

Ja spod lasu, a ty z lasu synku
– uśmiecha się.
Gustaw notuje ten głos w pamięci – to już drugi,
który zna. Pokażę ci Panienkę z Dziupli, Janinko.

Powoli, nie spuszczając z oczu, do siebie.


SMĘTY


Gustaw od rana myśli o Janince. 

Raz ją tylko widział; teraz patrzy
na ścieżkę i czeka. Nie mówiła,
kiedy wróci
– pociąga nosem.

I za nic nie może się ogrzać.
Zimno od środka i szczypiąco.
Wymyśla pytania, jakie mógłby
zadać. Najlepiej bardzo ważne.
 

Odkąd zaczął z kimś rozmawiać,
nie radzi sobie z samotnością,
czuje się jak porzucone dziecko.
Czy zawsze byłem niczyj?
Zamyka oczy i czeka na obrazy.

Najpierw usłyszał śmiech, dużo
śmiechu, potem zobaczył wielki
kaflowy piec. Czyj to głos?
Gustaw nie pamięta, ale słyszy.
 

Kiedyś musiałem być czyjś!
 – ciepło mu się robi od tej myśli.
Teraz łatwiej będzie mu tęsknić

za tym śmiechem, za głosami,

za Janinką.


Z NOCY NA NOC

Patrz ojciec, znowu nasz Gustaw 
uciekł do lasu – kiedyś nam się zgub
i.

Przyszło wreszcie to zbawienne spanie;
sen porwał Gustawa na tę noc daleko,
niesie zwiniętego jak szczeniaka. Szuka
śladów ostrożnie, żeby go nie zbudzić.

W wielkim łóżku czworo dzieci; pod
kraciastą pierzyną posapują cicho. Tylko
chłopiec z ogoloną głową nie śpi, gładzi
po włosach najmłodszego brata i śpiewa.

Pokażę ci dzisiaj bagna Gustawie - ojciec
prowadzi go na mokradła. Potem tu nie
wracaj, bo przepadniesz. Tu czai się złe.

Mały kiwa głową, ale wie, że wróci.

Obudziły się bagna i kipią; mgły opadają
 tłumiąc krzyk dziecka. Echo nie zdążyło
ponieść tego wołania dalej, zapadli się oboje.

Panienko, podaj mi rękę! – Gustaw
obejmuje  drzewo. I wciąż krzyczy.



NA SKRAJU


Co to się ze mną robi? Gustaw
od paru dni jakiś niemrawy; za co
by się nie wziął, nic się nie udaje.

Mokry i zimny ten czas – chucha w dłonie.
Drzewa straciły liście, Gustaw – animusz.
Hej, ptaki, ptaszki - odezwijcie się do mnie!

Pognał na brzeg lasu – czuje zapach burej
ziemi, uważnie obserwuje posiwiałe niebo.
Nagle jakieś ciepło rozłazi mu się po plecach.

Z sosnowej gałęzi zwisa płócienna torba.
Gustaw zagląda ostrożnie: szalik, zielona
czapka i słoik malin. Wiem, że to dla mnie,
Janinko!
– krzyczy w stronę wioski i siada

na skraju lasu. Poczeka na nią, ile będzie
trzeba, poczęstuje słodkim i opowie

jak ziemia pachnie.


ZNAKI

 

Janinka uśmiecha się z czułością, patrząc
jak Gustaw zanurza lodowe sople w dzbanku
z malinowym sokiem i oblizuje łakomie.
Tak się upaćkać! – prycha. Policzki czerwone
od mrozu, ale co tam – dzisiaj wymyślił
deser i od rana sprawdza, czy mu się udał.

Świat jest taki smaczny, Janinko
– Gustaw przysuwa się bliżej i obejmuje ją
ramieniem. Pierwszy raz się tulą, ale nagle
przypomniał sobie inne ramiona i siebie,
gnającego do innego ciepła. Kudłata głowa
zaczęła mu ciążyć i poczuł silny ból.

Pójdziesz na zimę do mojej chaty? - Janinka
szturcha go, ale wie, że Gustaw zostanie w lesie,
tylko na razie nie umie odmówić. Milczą
okryci grubym kocem, trochę bezradni

ze sobą.


Z BÓLU

 

Janinka przedziera się przez dzikie maliny;
chociaż kolce drapią skórę, na nic nie zważa.
Krzyk Gustawa słychać już na skraju lasu.
Kto skrzywdził mojego chłopca, niech zawczasu
żałuje!
- grozi pięścią niewidocznemu wrogowi,
podnosi z ziemi kij, gotowa do walki.

To ząb mądrości, niedźwiedziu - zagląda
w otwarte usta i gładzi spuchnięty policzek.
Gustaw rozpalony, z głową na jej kolanach,
skarży się głośno: jak mądrość ma tak boleć,
niech idzie precz. Chcę mieć dawny rozum
i święty spokój.
Janinka śmieje się i pociesza.

Zimna woda ze strumienia przyniosła ulgę
 – Gustawowi wracają kolory, głód daje
o sobie znać głośnym burczeniem. Janinka
udaje, że nie widzi, jak popełnia ulubiony
grzech i wylizuje z miski resztki marmolady.

Woli teraz pójść do dziupli, poprosić
Najświętszą Panienkę o coś na ząb

dla Gustawa

 

W KAMIENIU

 

Gdzieżeś miał oczy, ty ślepoto?!
Gustaw pociera stłuczone kolano.

Nie widział dotąd wystającego z ziemi krzyża.
Zezłoszczony mocno, siedzi przed kamiennym
grobem z kawałkiem piaskowca w ręce.

Podobny, ale nie ten
- Gustaw zamyka oczy.
Może mi się coś otworzy w głowie?
Czeka nieruchomo, ale wie, że prawda
wreszcie musi do niego przyjść;  jest tak
pewny, że aż go z tego ciarki oblazły.

Groby, kopczyki, koślawe krzyże, dziecięce
palce oblepione woskiem.  Dziadku! – krzyczy;
zdaje mu się, że z kamienia patrzą na niego
siwiutkie oczy i słyszy dziecięcy płacz.

Ale tutaj tylko las i kamień bez imienia. 

Jakiś żal go ściska, szuka na popękanej płycie
znaków, co się odezwą, ale tam nic nie ma.

Podnosi się zmartwiony – wraca do lasu.
Może kiedyś się odezwiesz – mówi do krzyża

pokażesz drogę.


NA ZIEMI


Znowu przyszła po kryjomu, do zarośniętego
wrzosem kopczyka. Zleciały się za nią
ptaki, przycupnęły. Słuchają, jak święta
Mario, łaskiś pełna – płynie z jej z ust.

Krzyża nie ma i nie będzie! – ile to lat uparcie
powtarza. Z posklejanej fotografii śmieje się
do niej szczerbaty chłopczyk w lnianej koszuli.
Tutaj mam cię żywego, synku.

W ziemi pogrzebała znaleziony na bagnach
trzewik, drewnianego konika, koszulkę
od chrztu i obrazek z Bozią, bo to teraz święte
miejsce. Odtąd zachodzi tu co dnia i czeka.
Wczoraj znowu przyśnili  się jej synowie.

Wszyscy.



 

NA GŁOWIE

 

Na ławie, przy paśniku, kartki zapisane koślawymi
literami. Gustaw wciąż się złości;  odkąd Janinka
postanowiła go uczyć, chodzi rozdrażniony.
W dodatku nie odrobił trzech rzędów litery ef.

Janinko
, ręce mam wielkie, ale rozum mały
– wzdycha ciężko. Ma dwa dni na wzmocnienie
charakteru; nie chce zmartwić swojej przyjaciółki
– posapując, pisze kopiowym ołówkiem swoje
 imię; potem patrzy, ale nic mu to nie mówi.

Jestem inny, niż na tej kartce! – złości się,
chociaż wie, że musi poznać litery, bo trzeba
odpisać na list, który znalazł w dziupli

i dowiedzieć się, od kogo.


DZIWNE SPRAWY

Dzisiaj wielkie golenie i strzyżenie!
 Janinka odwija białą ściereczkę,
wyjmuje lśniącą brzytwę i kawałek
 mydła – takiś zarośnięty, że wcale
cię  nie widać. Dziadzisko i tyle.


Już jej się nie podobam
– Gustaw
jest zmartwiony, ale postanawia
zgodzić się, bo Janinka ucieszona
jak dziecko. Robi to tylko dla niej.

Włosy spadają na trawę. - Ile tego
miałem na głowie!
– Gustaw jest
zdziwiony – jaka ona teraz lekka.

Był zarośnięty, stary dziad, a teraz
 jest młody chłopak
, Janinka patrzy
 z dumą na Gustawa. Już nikogo 

nie wystraszysz niedźwiedziu
 A niby kogo, Janinko, no kogo?

Kogoś
– mówi Janinka i szybko
zmienia temat – przynieś chrustu,
będziemy palić te  twoje włosiska.




Z DALEKA


 

Wóz w dwa konie, a na nim Janinka 
i kobieta owinięta kraciastą chustą.
Przed nimi las ciemny, jeszcze śpiący.

Kobieta składa ręce jak do modlitwy
i mówi do siebie cicho, rozglądając się
dookoła. Niech to będzie on, Janinko,
mój mały chłopiec z bagien, moje słońce.


Janinka milczy. Wiezie kobietę z daleka,
ale nie wie, do czyjego chłopca dotrą
niedługo. Dzisiaj już nie jest pewna, że
wiezie Gustawowi matkę. Co powiedzieć

temu wielkiemu dziecku, którego pamięć
utonęła na mokradłach, zostawiając tylko
 kilka niewyraźnych śladów,

jak mu to powiedzieć?

 

NA ROZDROŻU
 

Gustaw leży z głową na kolanach
 kobiety, której jeszcze nie poznaje.
Znajomy jest tylko zapach i głos;

słyszał go już we śnie i zapamiętał.
 

Musisz być mój, choć taki niepodobny
do tamtego chłopca z jasnymi włosami.

 

Janinka spogląda na nich zza drzewa
i płacze. Boi się, że Gustaw odejdzie.
Jestem twój – po wygolonych
policzkach Gustawa płyną łzy – twój
i Janinki. Nie mogę jej zostawić samej.


Wieczorem siedzą przy ognisku.
Radzą i radzą. Sama zostałam synku,
ojciec umarł, bracia gdzieś w świecie.
Bagna mi cię oddały, Bóg mnie zesłał
do tego lasu, do Janinki, do domu.


Gustaw od rana biega po lesie,
zbiera borówki  i wyśpiewuje
różne piosenki. Jest sam, ale się
nie martwi – wie, że matki pojechały
o świcie na targ, po drugą pierzynę.



WYNURZANIE

Popatrz, to mój las i moja Panienka
Najświętsza
– Gustaw po gospodarsku
 traktuje spacer z kobietą, o której chce
myśleć, jak o najprawdziwszej matce.

Nie wolno jej spłoszyć ani urazić, 

bo jeszcze zagubiona i wciąż niepewna.
Las mi pomoże – Gustaw jest dobrej
myśli – wróci pamięć i ja wrócę
z tej ciemności do światła, do siebie.


Popatrz synku – kobieta wyciąga
z kieszeni drewnianego konika
- twój ojciec wystrugał go dla ciebie.
Zabawka znika w rękach Gustawa
i nagle zaczyna parzyć, jak wyjęta
z ognia. Gustaw krzyczy z bólu,
zamyka oczy i widzi dwie silne
dłonie trzymające lipowy pieniek.

Jak on miał na imię, mamo?
 

Nie spiesz się, to przyjdzie, powoli.
Kiedyś sam mi o nim opowiesz.









 
















1 komentarz: