poniedziałek, 19 września 2016

Apetyt

Żyję ze strachem w wolnym związku,
żadnych zobowiązań - poza wiernością.

A ty gnojku, zapalasz wszystkie światła,
żeby nie widzieć, jaka jestem dzielna
po ciemku . Nie mam nawet klucza do
domu. Żadnego klucza na własność.
Trochę krzesła, trochę łóżka. Trochę.

Już nie pamiętam, kiedy przestałam
zwracać się do siebie, jak do siostry.
Bez nazwy własnej, bez pamięci
- zaczynam coś od nowa.

Cokolwiek, gdzie bądź.

środa, 14 września 2016

Po kim, po czym

Wciąż żywi ludzie i zwierzęta w ruchu,
zapach pochodzi głównie z rzeczy
martwych; głosy na nikim nie robią
wrażenia – słyszą je wyłącznie ci
co są daleko.

Mało tu żywego, stąd wokół ten bezruch
- wzrok wbity w ziemię i oszczędne gesty.
Można by to nazwać dostojnym skupieniem
które się pojawia za bramą cmentarza.

Coś tu nie żyje, ktoś jeszcze oddycha.
Sprawa jest dziwna, sprawa dziwnie
śmierdzi. Ci, co zostali, nie są jeszcze
 pewni, po kim mają płakać: po tych
których nie ma czy raczej po sobie.

środa, 7 września 2016

Nini



– Lolka? Tu ciocia Wanda! Co robisz w piątek? Zresztą nieważne, jeśli masz jakieś plany, to je zmień. Musisz do mnie przyjechać, to  pilne. Czekamy wszyscy o siódmej, tylko się nie spóźnij.
  Kurwa mać, ledwo zdążyłam wyjść z wanny. Ręcznik, którym byłam owinięta, zsunął się na podłogę i stałam goła ze słuchawką przy uchu. Kot ocierał się o moją mokrą łydkę, a woda z niewytartych włosów zalewała twarz.

– Ciociu, na litość boską! Wyskoczyłam z wanny, jestem mokra, daj mi chwilkę, zadzwonię za kilka minut.
– Nie musisz – wydawało mi się, że warknęła – Co miałam powiedzieć, powiedziałam. Piątek, dziewiętnasta.
    Ponad rok temu podjęłam decyzję, by zniknąć mojej rodzinie z oczu na jakiś czas. Rodzinie wścibskiej,  wrednej i usiłującej po swojemu urządzić mi życie. Mój okraszony skandalem rozwód z Edwardem zmobilizował ciotki do intryg. Zosia, najstarsza siostra mamy, zwoływała co jakiś czas rodzinne narady, na które zwabiano mnie podstępem. Wanda, nie uznawała sprzeciwu – jeśli było trzeba, przyjeżdżała po mnie, wyzywając od podstarzałych kretynek i sierot życiowych. Marzył mi się Kraków. Oddalony od Bydgoszczy kilkaset kilometrów, był idealnym miejscem na kryjówkę. Sprawa wydawała się prosta, załatwiłam zastępstwo w domu opieki w Krakowie, w pracy dostałam zgodę na  półroczny urlop bezpłatny. Nic, tylko zapakować walizki i zniknąć. I wtedy zdarzyło się nieszczęście z babcią Anielką. Nie pamiętam, żeby chorowała kiedykolwiek. Mimo dziewięćdziesięciu lat była w świetnej formie, choć pojawiły się pewne problemy z pamięcią.  Szczupła, niewysoka, przeżyła większość swoich koleżanek, pochowała dwie córki – moją mamę i ciocię Dziunię.  Nic nie wskazywało, by wybierała się do nieba. Tymczasem kiedyś  w środku nocy obudził mnie dzwonek do drzwi. Wyjrzałam przez judasza i zobaczyłam opuchniętą, zapłakaną twarz ciotki Wandy. Pomyślałam, że na pewno ktoś umarł – obstawiałam raczej dziadka Olka; miał dziewięćdziesiąt pięć lat, jedną nerkę i dwa zawały na koncie. Otworzyłam drzwi. Wanda odsunęła mnie na bok i pobiegła do kuchni, wróciła za moment ze szklanką wody. Upiła łyk i powiedziała:
- Wczoraj ojciec chciał zabić mamę. Przyjechała policja, przesłuchiwali go. Ubieraj się, jedziemy tam.
- Na litość boską, dlaczego nikt nie zadzwonił ?! Co z babcią?
-Nie dzwoniłam, bo mama przeżyła. Przyjechała karetka, założyli jej opatrunek na głowę i odjechali. Dzisiaj byliśmy na prześwietleniu, na szczęście wszystko w porządku. Dobrze, że Rolska mieszka obok. Usłyszała wrzaski i wezwała policję, bo myślała, że ktoś się włamał i morduje staruszków. Ubieraj się, taksówka czeka.
  W czasie jazdy nie rozmawiałyśmy. Myślałam o tym, co zrobił dziadek. Wiem, że bywał porywczy, ale babcia też miewała czasem ataki furii. Na szczęście szybko się godzili. Byłam u nich przed tygodniem – zagraliśmy w oczko, po raz nie wiem który obejrzeliśmy kilka albumów ze zdjęciami, a dziadek przed wyjściem wsunął mi za dekolt zwinięte w rulon banknoty, mówiąc, że mam się za to „rozerwać”. Babcia też mi dała pieniądze, kiedy robiłam w kuchni herbatę. Oczywiście w tajemnicy przed dziadkiem. Gdy spotykałam się tylko z nimi i nie oblegały nas ciotki, zawsze było sympatycznie.  Dziadek Olek nie ukrywał, że ze wszystkich dzieci najmocniej kochał moją mamę. Bardzo przeżył jej nagłą śmierć dziesięć lat temu. Przez kilka miesięcy codziennie jeździł na cmentarz, a po powrocie brał z półki albumy ze zdjęciami i zamykał się na kilka godzin w swoim gabinecie.

 – Wysiadamy – Wanda szturchnęła mnie w ramię.
Dom dziadków był oświetlony. Nie wiedziałam, co tam zastanę. Miałam nadzieję, że ciotka podrasowała ten incydent i sytuacja nie jest aż tak poważna. W domu panował gwar – na korytarz wybiegła ciotka Zosia, na nasz widok złapała się za głowę i uciekła do pokoju. Poszłyśmy za nią. Ciotka siedziała już przy babci i trzymała ją za rękę. Babcia była wyraźnie niezadowolona i burczała pod nosem. Nie sprawiała wrażenia ofiary napaści, mimo, że czoło zakrywał gruby opatrunek. W fotelu, przed telewizorem, w kraciastym szlafroku siedział dziadek Olek. Kiedy mnie zobaczył, uderzył pięścią w stół:

– I ciebie też wezwały!?  Musiałyście Lolę denerwować, głupie krowy? No panie, z byle gówna larum robić? Że też Bóg mnie pokarał takimi córkami! Najlepsze dzieci poszły do piachu, a ja muszę użerać się z kretynkami.
– Mówiłam im, żeby Lolki nie wołać! – pisnęła babcia – My z dziadkiem już się ułożyliśmy i nie chcemy więcej rozmawiać o tym, co się stało.
– Ale my chcemy! – Wanda podniosła głos – Dobrze, że sąsiadka usłyszała wrzaski, bo inaczej byśmy dzisiaj telegramy na pogrzeb wysyłali. Ciebie trzeba do psychiatry zaprowadzić, tato! Sześćdziesiąt siedem lat po ślubie i pod koniec życia własną żonę chciałeś zabić? 
– Najlepiej oddać ojca do zakładu zamkniętego – westchnęła ciotka Zosia – Co prawda będziemy mieli mamę na głowie, bo sama sobie nie da rady. No, ale można ustalić dyżury, żeby codziennie ktoś tu był. Nie ma innego wyjścia – spojrzała na mnie – Lolka jest samotna, może wpadać częściej.
– Po moim trupie! – dziadek podniósł się z fotela – Przestańcie się rządzić i złazić do mnie bez pozwolenia. To mój dom i nigdzie się  nie wybieram. 
– Jeszcze zobaczymy! – wujek Adam stanął przed dziadkiem – Ojciec jest niebezpieczny dla otoczenia, podnosi rękę na bezbronną starą kobietę, już dawno trzeba było pomyśleć o domu starców, chałupę sprzedać, póki jeszcze w dobrym stanie. Ile lat już o tym bębnię? A wy gęby na kłódkę! No i mamy teraz problem, bo oni sami nie mogą mieszkać, a wszystkie opiekunki ojciec pogonił!
   Adam był jedynym synem dziadków, najstarszym z rodzeństwa. Wieczny kapitan z niespełnionymi ambicjami, uprzykrzał wszystkim życie wojskowymi dziwactwami i nawykami. Miałam wrażenie, że chce udowodnić wszystkim, że zasłużył na generalski stopień. Ciocia Ela, jego żona, zachowywała się, odkąd pamiętam, jak służąca – zawsze  wystraszona, wypełniała rozkazy Adama, starając się nie popaść w niełaskę.  Ich syn, Jakub, mój rówieśnik, znalazł na ojca sposób – zakrzyczał go któregoś dnia w czasie rodzinnego obiadu i wyprowadził po tygodniu z domu. Zaimponował mi, bo starsze siostry bliźniaczki nigdy nie ośmieliły się podnieść głosu w obecności ojca. A powinny. Obie panny, zgorzkniałe i bezbarwne , w młodości piękne i adorowane, zawdzięczały Adamowi  puste łóżka i serca. W ciągu kilkunastu lat przegonił skutecznie wszystkich kawalerów. Obie były tak bezwolne i ślepo oddane ojcu, że nawet nie próbowały wyprowadzić się z domu. Razem z matką stanowiły trzyosobowy oddział pod dowództwem Adama. Widywaliśmy się rzadko. Ciocia Ela i jej córki, były nudne, zahukane i milczące, Adam nie lubił mnie i nie ukrywał tego. Chciałam zareagować na jego niestosowne słowa o sprzedaży rodzinnego domu, ale dziadek mnie ubiegł:

 - Widzicie gównojada, jak organizuje sobie spadek po rodzicach? – Dziadek zamachnął się na Adama – Mało masz, komuchu zasrany? Partia urządziła cię na całe życie i jeszcze chcesz się na nas wzbogacić? Gówno dostaniesz! Myślisz baranie, że jak ojciec ma dziewięćdziesiąt pięć lat, to powinien się tylko ślinić i srać pod siebie? Wynocha z mojego domu, darmozjady! 
– Nie zostawimy mamy z szaleńcem! – Wanda podeszła do ojca – Ja zostanę z Zosią.
Wszyscy wstali. Dziadek zdjął okulary i spojrzał ponuro na Wandę:

– Wynocha! - wskazał ręką drzwi - To moje ostatnie słowo. Zostanie Lola.
 – Powinno zostać któreś z twoich dzieci! – zagrzmiał Adam – Lolka jest nieodpowiedzialna i ma odchyły, ja bym nie ryzykował.
 – A ja zaryzykuję – dziadek klepnął mnie po plecach – Lola jest córką Krysi, mojej małej, rudej córeczki. 
– Naszej Oluś, naszej – babcia w końcu się uśmiechnęła.
Wujek w końcu dał za wygraną i wkrótce dom opustoszał. wreszcie mogłam się przywitać z babcią  i przytulić do dziadka.

– Dziu, co się tutaj stało? – lubił, gdy tak go nazywałam – Przecież ja kiedyś przez was oszaleję! Albo Nini jeździ rowerem pod prąd i odbieram ją z komisariatu albo ty bawisz się w gangstera. Najwyższy czas, żebyście spoważnieli, do cholery! Wanda mnie wyciąga nad ranem z łóżka i wiezie przez pół miasta jak do pożaru. Proszę mi się natychmiast wytłumaczyć!
– To nie mnie chciał zabić, tylko nasz ślubny portret! – zaszlochała babcia – Rzucił w niego cukiernicą, kiedy akurat wstawałam z fotela, prawda Oluś?
– Nini, ty się lepiej nie odzywaj, bo już dość  mi wczoraj krwi napsułaś! – dziadek pogroził jej pięścią - Cholerna Frau Putzen!
– Nie mów do mnie po niemiecku, ty hitlerowcu! – babcia aż się zatrzęsła – Wiesz, że mam uczulenie na wszystko, co niemieckie!
– Ja ci dam hitlerowca, podła Żydówo! A kto ciebie i twoją rodzinę ukrywał przez całą wojnę w piwnicy? Dziewięć osób grzało sobie dupy, kiedy moi rodzice i bracia ocierali się codziennie o śmierć, bo  jak przyszli Niemcy, to wszyscy donosili na wszystkich ze strachu! Hitlerowiec wam pomagał? Za hitlerowca wyszłaś i masz z nim dzieci?
– Przestań! – babcia zaczęła płakać – Ja tylko chciałam ci pomóc, niewdzięczniku. Lola, uspokój go, bo ja nie wytrzymam dłużej.
– Jak nie przestaniecie się kłócić, zadzwonię po taksówkę i zostawię was samych, możecie się wtedy pozabijać, nic mnie to nie obejdzie.
– Ona  mnie wykończy – jęknął dziadek – we własnym domu nic nie można zostawić na widoku, bo ta cholera zaraz posprząta tak, że niczego nie można znaleźć. 
– Bo masz burdel w swoim gabinecie Oluś – babci łzy obeschły i widać było, że odzyskuje wigor – chciałam ci zrobić niespodziankę. Okien nie otwierasz, śmierdzi jak w chlewie, wszędzie pajęczyny, szuflady zawalone papierzyskami. Ty się tam kiedyś udusisz!
- To jest mój burdel, kobieto! Pilnuj swojego pokoju i tych worów z gałgankami, a nie przeszukuj mi szuflad, bo o nie właśnie idzie! Wyrzuciłaś mi ważny dokument, najważniejszy ze wszystkiego, co jest w tym domu. Miałem cię za to pogłaskać? Tyle lat papierzyska leżały na swoim miejscu, a ty musiałaś wejść i wygrzebać je z szuflady. Żebyś chociaż pamiętała, co z nimi zrobiłaś!

– Niczego nie wyrzucałam,  oprócz starych gazet i rachunków, resztę zapakowałam w koperty. Powiedz mi w końcu, co to za papiery, to może  sobie przypomnę.
– Nini – westchnął dziadek – chodzi o to, że na razie nie mogę ci powiedzieć.
Zrobiło się cicho. Siedziałam na kanapie z podwiniętymi nogami i przysłuchiwałam się rozmowie dziadków, po raz kolejny zdumiona ich żywotnością. Trudno było uwierzyć, patrząc na nich, że mają tyle lat. Siedzieli teraz naprzeciw siebie nastroszeni i bojowi. Babcia wyglądała na przygnębioną:

– Nie możesz mi powiedzieć? Własnej żonie?
– Jeszcze nie, Nini, nie teraz – dziadek złagodniał - Jeszcze musimy poczekać rok z kawałkiem.
– Dobrze Oluś – babcia podeszła do dziadka i pogłaskała po głowie – Lola jutro pomoże ci szukać tych papierów.
Rok z kawałkiem? Dziadek mówił tak pewnym głosem, jakby miał dopiero pięćdziesiąt lat. 

– Dziu, a mnie nie powiesz?
– Tobie powiem, ale jak znajdziemy ten papier.  Babci nie mogę, bo wygada Wandzie. Ta cholera ma takie sposoby, że już niejedną tajemnicę wyciągnęła z Nini. Oczywiście Zośka i Adam też się o pewnych sprawach dowiedzieli. Dziecko, oni nas nachodzą kilka razy w tygodniu. Niby wpadają przypadkiem, niby z obiadem albo z zakupami, a węszą, wypytują, nawet cały dom pomierzyli ostatnio. Dobrze, że z nas miary do trumny nie wzięli! Lola, musisz się do nas sprowadzić na jakiś czas, bo nie dadzą nam spokoju. Nini coraz częściej zapomina na jakim świecie żyje, chowa swoje rzeczy, potem cały dzień szuka, czasem opowiada o tym samym pół dnia, a teraz przestała nawet gotować, bo wszystko przypala. Tylko przeszłość ma zapisaną w głowie, ze wszystkimi szczegółami i to jest najgorsze, bo w przeszłości zaczyna się nasza tajemnica.  Wanda chciała, żebyśmy przyjęli do opieki jej sąsiadkę, ale obcego tu nie chcę, a zaczynam się bać. Im o tym nie powiem, bo ten komuch raz dwa by załatwił dla nas dom starców.
    Wiedziałam, że muszę się do nich przeprowadzić na miesiąc, może dwa. Codzienne dojazdy nie wchodziły w grę – teraz, kiedy zostałam sama, oni byli dla mnie najważniejsi. Zakochałam się w moich dziadkach od samego początku i zawsze czułam, że byłam dla nich wyjątkowym dzieckiem, jak moja mama.     

    Kiedy przyjechałam po tygodniu, nie wiedziałam, że zostanę tu tak długo. Miesiąc zamienił się w rok. Miałam czasem wychodne na kilka dni, żeby zająć się swoim mieszkaniem, pomieszkać w nim kilka godzin i nacieszyć się. Apartament na Wyżynach, kupiony po rozwodzie, był piękny. Nareszcie  miałam coś swojego. Edward zachował się wspaniale, niemal w całości sfinansował kupno mieszkania, chociaż nie musiał. Niepotrzebnie miał wyrzuty sumienia po naszym rozstaniu. Ze mną nie mógł być szczęśliwy, rozumiałam to i nie miałam do niego pretensji. Wypady na Wyżyny stawały się jednak coraz rzadsze, bo z babcią zaczęły dziać się dziwne rzeczy. Kiedy po kilkumiesięcznych poszukiwaniach nie znaleźliśmy w domu zagubionego dokumentu i dziadek, zrezygnowany i zły – urządzał awantury – babcia oznajmiła, że nie będzie z nim spać w jednym łóżku. Najpierw przeniosła się do salonu na kanapę, a pewnego dnia – na duży, głęboki fotel i odtąd spała na siedząco. Nie mogliśmy jej tego wybić z głowy, zagroziła, że przestanie jeść.
– Zostawcie mnie w spokoju, bo inaczej przestanę robić wszystko.
– Przecież ty nic już nie robisz – zirytował się dziadek – siedzisz w salonie przez cały dzień, kilka razy pójdziesz do łazienki. To cała twoja robota.
– Do łazienki też przestanę chodzić, jestem stara, nic już nie muszę.   
– Oszalała – dziadek popatrzył w moją stronę – Lola, może ty z nią porozmawiaj, ja nie mogę się denerwować.
Próbowałam z babcią rozmawiać, ale szybko zamykała oczy, udając, że śpi. Zaczął się trudny okres, babcia nie rzucała słów na wiatr: najpierw przestała się myć, niedługo potem – nie chodziła do łazienki w ogóle. Wtedy coś się we mnie załamało. Praca, dom dziadków, stary i wymagający ciągłego sprzątania, zakupy, kucharzenie – to wszystko wypełniało mi szczelnie cały dzień. A teraz pampersy, góra prania i nieruchoma jak posąg Nini, przy której trzeba było robić niemal wszystko. Byłam przerażona. Dziadek to widział i czuł, że jest mi bardzo ciężko. 

– Loluś, zwolnij się z pracy, bo nie dajesz rady. O pieniądze nie musisz się martwić, bo twój dziadek jest bogaty. Do grobu nie zabiorę, a ile my jeszcze pożyjemy? W każdej chwili możemy umrzeć.
– Dziu, nie chcę się zwalniać, bo lubię tę pracę. Może u Nini to przejściowe kłopoty, poczekajmy jeszcze trochę. I nie mów o śmierci, bo mnie tylko denerwujesz.
Któregoś dnia zauważyłam, że babcia od rana nie powiedziała ani słowa. Przez następne dni obserwowałam ją. Wciąż milczała.

 – Mówiła coś? – pytałam każdego dnia po powrocie z pracy.
 – Nic – dziadek był coraz bardziej przygnębiony.
Wypatrywał mnie codziennie przez okno. Zawsze towarzyski, rozgadany, pełen humoru – nie mógł się przyzwyczaić do tego, że babcia przestała mówić. Kiedy wracałam z pracy, mógł wreszcie się wygadać. Dreptał za mną po kuchni i streszczał wszystkie seriale, które w ciągu dnia oglądał. Coraz częściej brał lekarstwa i stracił apetyt w przeciwieństwie do babci, która jadła, jak nigdy dotąd. Musiałam wydzielać jej jedzenie, inaczej pochłonęłaby każdą ilość. W jej wieku obżarstwo groziło rozstrojem żołądka. I właśnie któregoś popołudnia, kiedy babcia miała biegunkę i po raz trzeci przebierałam ją, wpadła z wizytą ciotka Wanda z Adamem. Mieszkanie śmierdziało, na podłodze leżały zafajdane ubrania. Dziadek właśnie otwierał okna. Na widok gości rzucił pod nosem brzydkim słowem. Wanda szybko podeszła do okna:

– To takie rzeczy się dzieją z mamą? – w jej oczach zobaczyłam podziw zmieszany ze współczuciem – Dlaczego nie dałaś nam znać? Ktoś przyjechałby, żeby ci pomóc. Jak ty sobie dajesz radę, dziewczyno?
– Jakoś daję. Dziadek bardzo mi pomaga. Mamy nadzieję, że to przejściowe i babci się poprawi.
Nie brzmiało to przekonująco. Adam stanął przy oknie obok ciotki Wandy:

– Zeschłaś na wiór, cienie pod oczami, strach patrzeć. Dom starców – nie ma innego wyjścia. Nawet jak się sprzeciwisz, nie ustąpię. Jesteśmy dziećmi, mamy większe prawo.
Na te słowa dziadek zareagował po swojemu:
– Jeszcze ja mam coś do powiedzenia, partyjniaku zasrany! Chciałbyś się nas pozbyć  i położyć łapę na domu! Póki żyję, to ja będę decydował o sobie!
– I ja!
Myślałam, że się przesłyszałam. Od ponad dwóch miesięcy babcia nie powiedziała ani słowa. Jej stanowczy krzyk najbardziej poruszył dziadka:
– Moja mała Żydóweczka znowu mówi – miał łzy w oczach – Nini, słoneczko, czemu przez tyle czasu nie chciałaś z nami rozmawiać?
– Bo mi się nie chciało.
– Ale teraz to już będzie dobrze?
– Będzie, Oluś. tylko nie krzycz na mnie.
– A zaczniesz znowu chodzić do łazienki?
– Zacznę, Oluś.
– Co tu się do cholery działo? – Wanda aż poczerwieniała.
Chciałam jej opowiedzieć z grubsza, pomijając najbardziej niemiłe rzeczy związane z babcią, ale dziadek mnie uprzedził i opowiedział o trwającej kilka miesięcy przemianie babci, o jej milczeniu, braku apetytu, o nagłym obżarstwie. Nie pominął drażliwej kwestii pampersów. Potem podszedł do mnie, przytulił i powiedział:
– Wiecie, jak kocham Lolę. Chciałbym, żeby została tu jak najdłużej, ale ona musi odpocząć.
 – A co z wami? – Adam w końcu się odezwał – przecież ojciec mówił, że nie chce opiekunki.
– Obcego nie chcę, ale kogoś z rodziny – tak. Na jakiś czas, póki Lola nie odpocznie.
– Ja nie mogę! – pisnęła Wanda -  Zosia jest po operacji, a przecież Adam się tu nie wprowadzi!
– Adaśko nie, ale Ula i Marysia tak – babcia znowu przemówiła – I tak siedzą w domu.
– No nie wiem, nie wiem – burknął Adam – muszę zapytać.
– Ty nie musisz pytać – zaśmiał się dziadek – Ty musisz im wydać rozkaz.
Chyba po raz pierwszy wszyscy mówili jednym głosem. Miałam wrażenie, że i w ciotce Wandzie i w wuju – coś się obudziło, coś dobrego, wyczułam dzisiaj niespotykaną dotąd troskę o rodziców.
   Po tygodniu bliźniaczki zjechały z dużą walizką, a ja mogłam pojechać do siebie. Przez pierwszy tydzień nie robiłam nic – po powrocie z pracy spałam kilka godzin i poza przygotowaniem kolacji – nic mnie nie obchodziło. Święta Wielkanocne spędziłam u ciotki Wandy, gdzie zjechała cała rodzina. Babcia rozpłakała się na mój widok i cicho spytała, kiedy wrócę, a dziadek chrząkał wzruszony i wcisnął mi do kieszeni pieniądze. Po raz pierwszy nie było kłótni, złośliwych uwag. Przed wyjazdem umówiliśmy się, że przyjedziemy za miesiąc, pierwszego maja do babci i dziadka na imieniny. Obchodzili je wspólnie, bo imieniny dziadka były dwa dni później, Szczęśliwa wróciłam do domu. Pomyślałam, że za miesiąc zwolnię kuzynki i wrócę z powrotem. I znowu coś poszło nie tak. Zaledwie dwa tygodnie po Wielkanocy zadzwoniła ciotka Wanda  i kategorycznym głosem wezwała mnie do siebie. W piątek o dziewiętnastej. Nie interesowało ją czy jestem zajęta czy mam jakieś plany. Znowu była taka jak zawsze, apodyktyczna i szorstka.
  Stałam w korku zła, że nie dowiedziałam się od ciotki, w jakim celu mnie wzywa. Jedno było pewne – chodziło o dziadków.
Drzwi otworzył mi wujek Adam. Był w złym nastroju, nawet nie odpowiedział na moje przywitanie. W dużym pokoju, na szerokiej kanapie siedziały obie ciotki – Wanda i Zosia, ciotka Ela z bliźniaczkami stały przy kominku. Wanda podniosła się z kanapy i podeszła do mnie.
– Dlaczego nam nie powiedziałaś, że mama jest aż tak złośliwa i ma głęboką demencję. Dziewczęta nabawiły się nerwicy!
– Matka znowu zaczęła srać pod siebie! – Adam splunął z obrzydzeniem na podłogę – wypluwa jedzenie i bije moje córki po twarzy. Śpi w dzień, a w nocy wariuje, krzyczy, buszuje w lodówce, potem obsrywa się po uszy! Do Wielkanocy było jako tako, ale kiedy  zobaczyli ciebie u Wandy, wszystko się popsuło. Ojcu też zaczęło odbijać – cały dniami tylko o seksie rozprawia, dziewczęta są u kresu wytrzymałości. Dlatego stawiamy sprawę jasno – albo wracasz albo dziadki idą do domu starców. Dowiadywałem się, jest szansa – w „Promieniu Życia” na Łomżyńskiej za miesiąc będzie gotowy dwuosobowy pokój.
– Nigdy na to nie pozwolę! – łzy ściekały mi po twarzy – Jutro wracam do dziadków. Do widzenia.
Płakałam całą drogę, ale kiedy przyjechałam do domu, poczułam ulgę i zaczęłam cieszyć się jak dziecko, że jutro ich zobaczę.
Zajechałam o dziesiątej, po drodze zrobiłam porządne zakupy i obładowana torbami, łokciem otworzyłam furtkę. W oknie zobaczyłam babcię i dziadka. Czekali na mnie.
- Lolunia, dobrze, że jesteś – babcia była szczęśliwa – dobrze, że te dwie sowy już sobie poszły.
- Krowięta, a nie sowy – dziadek się skrzywił – dwie mumie bez żadnego talentu. Ani pożartować ani ugotować. Lola, witaj w domu księżniczko.
- Nini – pogroziłam babci palcem – podobno znowu zaczęłaś być niegrzeczna.
- Oluś mnie namówił, żebym się zrobiła taka obrzydliwa, jak kiedyś.
- To był dobry pomysł – dziadek z duma wypiął pierś.
- Lolunia – babcia uniosła dwa palce do góry, jak uczennica – ty się nie martw, dziecko. Ja tylko udawałam. Teraz będzie jak trzeba, tylko nie uciekaj nam.
 
  Nastały ciepłe dni, zaczęliśmy wychodzić na ogród i cieszyć się sobą. W sadzie rozkwitały drzewa, było zielono i pięknie. Pod koniec kwietnia zadzwoniła Wanda, że przyjadą we wtorek po południu na imieniny dziadków. Obiecała upiec jabłecznik i ciasto z makiem. Postanowiłam w tym roku urządzić piękne przyjęcie, Były dwa powody: nigdy nie przygotowywałam dziadkom imienin, zawsze przyjeżdżałam na gotowe. Drugi powód był też ważny – skończyłam w tym roku pięćdziesiąt lat. Urodzona w sześćdziesiątym ósmym, w roku nasilonej nagonki na Żydów, przy każdych urodzinach – byłam uświadamiana przez dziadka Olka, że nie mam się wstydzić swojej żydowskiej krwi.
- Jesteś Lolu Żydówką w połowie, po mojej Nini. Ja ci tego dziecko zazdroszczę.
Poniedziałek pachniał sałatkami i mięsem, dziadek ustawiał na stole nalewki, Nini przecierała talerze. Rozsunęliśmy w salonie wielki, dębowy stół. O osiemnastej wszystko było gotowe. Goście zjechali się przed siódmą. Stawili się wszyscy w komplecie. Naburmuszone bliźniaczki wybąkały życzenia, babcia pokazała im język, ale do żadnych incydentów nie doszło. Dziadkowie obejrzeli prezenty, w większości bardzo pożyteczne i nijakie i w końcu wszyscy zasiedli do stołu. Nalewka znikała w dużym tempie, Adam, jak zwykle upił się pierwszy. O północy większość gości była na rauszu, łącznie z Nini, która upijała się zwykle dwoma kieliszkami wódki. Nikt nie musiał być tej nocy trzeźwy – wszyscy zostawali na noc u dziadków. Około drugiej, po finałowym walcu, odtańczonym przez dziadków – zarządziłam spanie. Ciotka Ela z bliźniaczkami zaciągnęły Adama do gościnnego pokoju, a ja pościeliłam na dole łóżka  - sobie,  Nini i dziadkowi. Przed snem musiałam jeszcze pomóc Nini, było jej niedobrze i zaczęła zwracać. Położyliśmy się dopiero przed trzecią.
Wydawało mi się, że dopiero zasnęłam, kiedy poczułam, że ktoś szarpie mnie gwałtowni za ramię. Zapaliłam lampkę, spojrzałam na zegarek – była za dziesięć czwarta:
- Dziu! Dopiero się położyłam, co ty wyprawiasz?
- Nini! Nini! - dziadek był przerażony.
Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do sypialni. Babcia klęczała przed regałem z książkami i trzymała w ręce książeczkę do nabożeństwa. Była przeraźliwie blada.
- Nini! Co się stało? Słabo ci?
Na mój widok osunęła się na dywan i przycisnęła książeczkę do piersi. Uklęknęłam przy niej, odgarnęłam włosy z rozpalonego i mokrego czoła:
-Powiedz, co się dzieje, przynieść ci wody?
Pokazała ręką, że mam się zbliżyć, że chce mi coś powiedzieć. Kiedy się nachyliłam, wyszeptała:
- Powiedz Olusiowi, że sobie przypomniałam.
- O czym, Nini?
- O tym zgubionym papierze.
- Znalazłaś go?
-Tak,  wczoraj, w tej książeczce.
- To dobrze skarbie, dziadek się ucieszy.
- Ale już go nie ma.
- A gdzie jest?
- Zapomniałam, musiałam go przełożyć, Oluś znowu będzie krzyczał.
- Nini, ptaszku, już mi niepotrzebny ten zasrany papier -  dziadek wystraszony uklęknął przy babci – ty mi jesteś potrzebna, moja mała Żydóweczko.
- Ja już się nikomu nie przydam – ledwo słyszałam głos babci – nic już nie jestem warta i nic mi się nie chce. Idę sobie.
Była czwarta, kiedy Nini przestała oddychać.  Dziadek nie płakał, trzymał głowę babci na swoich kolanach i coś do niej mówił. Ja siedziałam przy regale, trzymając w ręce złożoną pożółkłą kartkę. Musiała wypaść babci z tej książeczki.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Poprawki

Powoli zaczynam się układać. Kolejna próba łączenia
w całość tych wszystkich początków i przypalonych
końcówek. Nawet nie wiem co z tego wyjdzie. Może
ja, może znowu katastrofa budowlana i się zawalę.
W środku będę niedokładna, z prześwitem w sercu
i tylko oczom ujdzie na sucho ten wstrząs. To mnie
wypchnie na powierzchnię, pozwoli ocenić skalę
zniszczenia.Potem się odwrócę i znowu doczołgam
do świata, bez względu na to czy jestem na liście

poległych.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Układ



– Jeszcze raz ją uderzysz, skurwysynu, to przypomnę sobie o wszystkich łajzach w mieście i dostaniesz taki łomot, że żaden lekarz cię nie poskłada.
  Stał przede mną na chwiejących się nogach, zarośnięty i śmierdzący. Wyraźnie zaskoczony, nie rozumiał, o czym do niego mówię. Nieduży, krępy, z przyklejoną, odkąd pamiętam – miną cwaniaczka – sterczał na chodniku i się dziwił:
– Czego drzesz mordę, kobieto?! – brzmiało groźnie – Czy ja kogoś kurwa, pobiłem? Mnie tu wszyscy znają na dzielnicy, a ty taką siarę odstawiasz?! Odejdź, nic do ciebie nie mam, ale jak się będziesz czepiać, to mogę mieć!
Przypomniała mi się Cecylka z zakrwawionym, złamanym nosem, wielkim siniakiem pod okiem i pękniętą wargą. O, ty bydlaku!
– Nikogo nie pobiłeś? A Cecylka?
– Jaka znowu Cecylka? Nie znam żadnej Cecylki, odpierdol się, bo na policję zgłoszę! 
– Nie znasz żadnej Cecylki??? – tak wrzeszczałam, że kilka osób zatrzymało się na ulicy – A jak ma na imię twoja matka, ty wredny chuju?
Zatkało go, wyjął z kieszeni papierosa i zapalił. Popatrzył na stojących niedaleko ludzi, postukał się w czoło:
– Ludzie, to jakaś nienormalna baba! Przyczepiła się do niewinnego człowieka i opinię psuje. Za świadków was wezmę, sprawę ci ździro założę.
Ludzie odchodzili w pośpiechu, zostały tylko dwie starsze kobiety, musiały go znać, bo patrzyły z wyraźną niechęcią i coś do siebie szeptały.
– To jak, gnojku, twojej matce na imię? – wycedziłam przez zęby – Ty jesteś Heniek. A ona?
– Wróblewska!! – wrzasnął – Zadowolona? I spieprzaj, bo jak mnie wkurwisz, to ci przyłożę.
– Wróblewska? Ty też jesteś Wróblewski, ale w komplecie z Heńkiem! Każdy Wróblewski w tym kraju ma jakieś imię. I każda Wróblewska. A twoja matka głąbie, ma na imię Cecylia!
– Jak? – zarechotał, ale dość mizernie – Cecylia? No, nie pierdol,  że moja stara ma takie imię! Przecież bym wiedział.
– Nie Cecylia? No, to jakie??
– Jakie, jakie! – był zły – Inne, normalne. Chyba Hela albo coś koło tego. Daj mi wreszcie spokój, bo z nerwów wytrzeźwiałem i muszę   zatankować, a jestem goły.
 – Słuchaj no, ty Heniu Wróblewski – kiedy jeszcze żył twój ojciec, to przecież jakoś matkę nazywał, prawda? No, nie ma siły.
– Stara albo matka.
– A ty – jak do niej mówisz?
– Tak samo, no co?
– Gówno, szmaciarzu.
  Odwróciłam się i poszłam przed siebie odprowadzana bełkotliwym śmiechem. Zapaliłam po drodze papierosa, ale zakrztusiłam się, bo z nerwów przypaliłam od strony filtra. Właściwie czemu się wtrącam w czyjeś sprawy, nikt mnie nie prosił o pomoc, nie skarżył się. Wiedziałam, że jak Cecylka się dowie, będzie awantura, bo się wystraszy i pogniewa na mnie. Muszę iść na działki – posiniaczona i podrapana, na pewno ukryła się przed ludźmi w swojej altance.
   Trzy dni wcześniej, z samego rana przyszła do redakcji. Do tej pory słyszę swój krzyk, kiedy stanęła w drzwiach. W cienkim, poplamionym płaszczu, roztrzęsiona, porozbijana, z zakrwawioną chustką przyciśniętą do nosa.
- Matko święta, Cecylka, co się stało!?
Usiadła w fotelu. Drobna i mała, wyglądała jak zabiedzone dziecko. Nie płakała, tylko patrzyła na mnie. Żadnych chochlików w oczach, iskierek i tego błysku, który tak lubię.
– Powiesz wreszcie, co się stało? Ktoś cię napadł?
– Heniu mnie nabił – mówiła niewyraźnie, bo miała spuchnięte wargi – Nie dałam mu na papierosy i mnie nabił.
– Twój Heniu?
– No, a czyj? Przyszedł niedopity i chciał pieniędzy. Zwymyślałam go i zobacz, co się narobiło.
– Pierwszy raz cię pobił?
Nie odpowiedziała, spuściła głowę i zaczęła się kiwać w fotelu.
– Bił cię już wcześniej?
– Żeby to raz, ale do tej pory najwyżej mnie popchnął albo szturchnął, a tak mocno jak wczoraj – jeszcze nigdy. Może to jakaś choroba?
– Naprawdę oszalałaś! Zamykam budę i idziemy do lekarza, niech ci zrobią obdukcję, a potem prosto na policję.
- Nigdzie nie pójdę, nie będę donosić na własne dziecko! – wstała i podeszła do drzwi – To jest mój syn i  bym miała grzech, jak by poszedł siedzieć.
– Przecież on cię kiedyś zabije!
– Jak pójdzie do więzienia, to i tak w końcu wyjdzie i wróci do domu. I co, pogłaska mnie za to po głowie? Jaka ty jesteś głupia! Nie bój się, człowieka nie tak łatwo zabić. Na drugi raz dam mu na te papierosy i będzie spokój. Mogłam wczoraj nie pyszczyć, to bym nie oberwała.
Stała przy tych drzwiach, już trochę spokojniejsza, a ja siedziałam przy biurku zła i całkiem bezradna.
– Przychodzisz do mnie pobita, sponiewierana, ze złamanym nosem i mówisz, że syn cię pobił. Powiedz mi, bo się pogubiłam – właściwie po co przyszłaś? Ty się nawet nie żalisz, nie chcesz pomocy i okazuje się, że to była twoja wina, bo nie dałaś gnojowi pieniędzy. On ma prawie czterdzieści lat! Pracował kiedyś dłużej niż tydzień, dał ci chociaż raz pieniądze na życie? Utrzymujesz tego nieroba tyle lat i pozwalasz się bić?
– Nic nie wiesz – usiadła z powrotem w fotelu – To było dobre dziecko, szczere i spokojne; od małego ciągle mi chorował  i bałam się, że umrze. Chodziłam na różne roboty, żeby mu niczego nie brakło, a potem jak wyzdrowiał i poszedł do szkoły, to się zaczęło źle dziać, bo nie chciał się uczyć. Szkoły nie skończył, a takiemu porządnej roboty nikt nie da. Mój chłop zabierał go czasem na fuchy, ale wtedy zaczęli pić razem i tak mi się Heniu zaczął staczać. Co ja mogłam, jak ojciec go bronił i nie dał złego słowa powiedzieć? Myślisz, że się nie stawiałam? Wykrzykiwałam im to pijaństwo nie raz, ale jak oberwałam, wiedziałam, że nie warto z nimi zadzierać. Taki już mój los.
– Cecylka, nie mów mi, że tak już musi być, bo nie mogę słuchać. Jak cię będzie bił, to się w końcu kiedyś nie podniesiesz. Twój synuś to pijaczyna, co ma dwie lewe ręce i tak mu wygodnie, bo wie, że matka jest obok i zawsze coś da – dobrowolnie albo wtedy, kiedy jej wleje. Podoba ci się takie życie? Jeśli tak, zabieraj się stąd i nie zawracaj mi głowy.
Nie odpowiedziała. Wstała, a kiedy już zamykała drzwi, odwróciła się na moment:
– Gówno wiesz o życiu.
  Nie chciałam, żeby tak wyszło; Cecylka, chociaż obca, była mi bliska. Znałyśmy się z widzenia, ale była to znajomość intensywna i serdeczna. Pierwszy raz spotkałam ją w parku, kiedy rozpaczała nad swoim pokaleczonym rudym kundelkiem. Pogryziony przez innego psa, skamlał żałośnie, a ona bezradnie rozglądała się, szukając pomocy. Poszłyśmy wtedy obie do weterynarza; owinięty moją dżinsową kurtką Misiek popiskiwał cicho, a Cecylka mu wtórowała. Tak się poznałyśmy. Mimo różnicy wieku, przylgnęłyśmy do siebie i spotykałyśmy często, chociaż zwykle przypadkiem. Trudno w małym miasteczku nie natknąć się na siebie przynajmniej raz w tygodniu. Mieszkała z synem na obrzeżach miasta, w bloku, w niedużym mieszkaniu. Widywałam ich czasem z daleka. Zawsze szła z tyłu, kilka kroków za nim. Nigdy do niej nie podeszłam, kiedy byli razem; nie podobał mi się ten krępus maszerujący jak przodownik stada. Wiedziałam o nim tyle, ile chciała mi powiedzieć: jedynak, bez pracy i zasiłku, utrzymywany przez nią, amator piwa i darmowych popijaw. Według Cecylki, jej syn miał wiele zalet i talentów, tylko jakoś ten wredny świat nie chciał się na nim poznać. Po prostu pech.
   Znaczącym i jedynym osiągnięciem Henia – było dwoje nieślubnych dzieci. Radość Cecylki była ogromna, ale jej syn dziećmi nie interesował się wcale. Cecylka od czasu do czasu robiła im prezenty, które przekazywała przez znajomych. Heniek nigdy nie nosił paczek szykowanych przez matkę. Kiedyś, bardzo rozżalona powiedziała mi, dlaczego: przed Bożym Narodzeniem kupiła dziewczynkom piękne zimowe kurtki i kolorowe plecaki. Dała Heniowi pieniądze na bilet i gwiazdkowe paczki, które nigdy do dzieci nie dotarły. Przehandlował je gdzieś po drodze, a sam przepadł na kilka dni. W domu zjawił się dopiero po świętach; Cecylce naopowiadał o Wigilii spędzonej z córkami. Wszystko się wydało, kiedy sąsiad zawiózł ją do wnuczek po Nowym Roku. Idąc na działki, usiłowałam sobie przypomnieć, czy Cecylka zrobiła wtedy Heniowi awanturę, ale teraz, kiedy okazało się, że ją bije, byłam pewna, że zabrakło jej odwagi.  Do spotkania z Heniem chyba się nie przyznam, chociaż i tak się w końcu dowie. Zanim zobaczyłam Cecylkę stojącą przed altanką, dotarło do mnie nagle, że być może czeka ją przeze mnie następne manto. Zrobiło mi się zimno.
– Znalazłaś mnie? – patrzyła zdziwiona – Skąd wiedziałaś, że tu będę?
– Nie wiedziałam, przyszłam w ciemno i trafiłam. Zrobisz kawki?
Cecylka miała w swojej altance prąd i czasem umawiałyśmy się na działkową kawę, a kiedy było ciepło i na grządkach pojawiły się warzywa, a na drzewach dojrzały owoce, przychodziłam  z nią na godzinkę, żeby zajadać „prosto z krzaka”.
– Pewnie, że zrobię, sama nie lubię pić, zawsze zostawiam większe pół kubka. Nastawię wodę, a ty wyjmij z torby parę drożdżówek i daj na talerz.
Rozczuliła mnie tym „większym pół”. U niej połówki czegokolwiek nigdy nie były równe. Ucieszyłam się, bo dzisiaj nie wyglądała już tak przerażająco, jak trzy dni temu. Nos miała, co prawda spuchnięty, ale siniaki zbladły i warga zaczynała się goić.
W ceratowej torbie znalazłam kilkanaście drożdżówek z makiem i serem.
– Ktoś tu dzisiaj przyjdzie? Bułek naniosłaś, jak dla stada gości?
– A kto by tu miał przyjść?  – uśmiechnęła się – Ja się z nikim nie zadaję. Kupiłam więcej, bo Heniu rano na ryby chce jechać, a na głodno przecież go nie puszczę. Kazał słodkich bułek naszykować, to kupiłam. Potem przyszłam na działkę, bo zarosła, ledwo pietruszkę znalazłam, tyle chwastów.
– Henia byś wzięła do roboty, ma wolny czas, mógłby ci pomóc.
- On się nie nadaje, bardzo niecierpliwy – raz przyszedł, to mi kwiaty razem z chwastami powyrywał. Lepiej niech na ryby jeździ.
– A przyniósł ci kiedyś jakąś do domu?
– Na święta dwa karpie złowił, nie musiałam kupować. Sama widzisz, że czasem mam z niego pociechę.
– Żeby tylko cię nie bił i robotę znalazł, to byś miała spokój. Do pracy niech idzie, bo z twojej emerytury ciężko we dwoje przeżyć.
  Siorbałyśmy gorącą kawę i zajadałyśmy drożdżówki, prowadząc bezpieczną rozmowę, ale wiedziałam, że myśli Cecylki krążą gdzieś daleko. Znowu sobie przypomniałam o dzisiejszym spotkaniu z Heniem. Ciekawe czy  jej o tym wspomni? Jeśli to przed nią ukryję, już nigdy mi nie zaufa.
– Cecylka, spotkałam dzisiaj na mieście twojego Henia.
Zakrztusiła się drożdżówką, musiałam ją klepnąć po plecach. Spojrzała na mnie załzawionym wzrokiem, złapała się za głowę:
– Nagadałaś mu! No to pięknie! Nie mam po co do domu wracać, bo oberwę. Musiałaś się wyrwać, prawda?
– Nie musiałam, ale chciałam. Nic się nie martw, już cię nie uderzy. On nawet nie wiedział, jak masz na imię, wyobrażasz sobie?
– Wielkie coś, ludzie mają gorsze grzechy. Nie wiedział, bo takie głupie imię mi matka dała, że trudno zapamiętać. Mówisz, że mnie  nie nabije? Nie bądź śmieszna, przecież jak wrócę do domu, to od razu w progu dostanę. A już tak dobrze było przez te kilka dni, nawet mi węgla naniósł z komórki. Musiałaś wszystko zepsuć?
– Nic się nie stało, powiedziałam mu tylko, że bandziorów na niego napuszczę, jak jeszcze raz cię dotknie. Znam tu wszystkich zbójów, Heniu też ich zna, ale z widzenia, bo kiedy pojawiają się na ulicy, ucieka na drugą stronę.
– Mój Heniu nikogo się nie boi, jest silny i nie da sobie nakopać do dupy. Tylko kłopotu mi  narobiłaś. Muszę iść do domu, wszystko mu wytłumaczę, dam na piwo, spróbuję go jakoś udobruchać. A ty się ode mnie odczep i przestań nachodzić.
– Bronisz takiego łajdaka? Popatrz na siebie, jeszcze ci się nos nie wygoił, a ty już lecisz, żeby go przepraszać?
– To jest mój syn. Tylko jego mam, nic więcej. Wynocha! – krzyknęła pokazując mi furtkę – Nie pokazuj mi się na oczy.
   Wyszłam, a właściwie wybiegłam, żeby nie widziała, że płaczę. Wróciłam do redakcji, przekręciłam zamek i siedziałam kilka godzin otępiała. Jak można żyć w takim upodleniu i ciągłym strachu? Biedna ta Cecylka. Biedna, zahukana i głupia. Nie miałam nic do roboty w jej życiu. Nie chciała mnie w nim.
Kolejny miesiąc był miesiącem bez Cecylki. Musiała zmienić trasę swoich spacerów po mieście, bo nie spotkałam jej ani razu. Czasem zachodziłam do parku – miałam nadzieję, że przyprowadzi swojego Miśka, żeby się wybiegał, ale zniknęła bez śladu, za to któregoś dnia natknęłam się na Henia wychodzącego ze sklepu. W jednej ręce siatka pełna butelek piwa, w drugiej bochenek chleba. Bezwiednie przytrzymałam drzwi, żeby wyszedł, a on puścił do mnie oko. Jasna cholera! Stałam jak słup, zastanawiając się, o co mu chodziło. I poczułam, że tęsknię za Cecylką, za jej „większym pół” i dyżurnym „no co tam?”, którym zawsze mnie witała. Nie mogłam jednak pójść do niej tak po prostu, bo wyprosiła mnie ze swojego życia. Muszę się do tej tęsknoty przyzwyczaić, nie ma innego wyjścia. 
   Mimo braku kontaktu z Cecylką, któregoś dnia dowiedziałam się od jej sąsiadki, co się u niej dzieje. Koralewska, kobieta gadatliwa i wylewna, przyszła do redakcji dać ogłoszenie. Znałyśmy się z widzenia, mieszkała w tym samym bloku, co Cecylka i czasem przychodziły obie ze swoimi psami do parku.
– A pani kochana to już się z naszą Celą nie obchodzi? Coś was długo razem nie widziałam. A Cela słaba ostatnio, po lekarzach łazi, nawet jej działkę byłam obrobić, bo nie ma siły. Jeść nie może, w głowie jej się zawraca. Przyszłaby pani kiedy do niej, posiedziała.
– Trochę się pogniewałyśmy, pani Koralewska. Niech mi pani powie, co jej jest?
– Tyle wiem, co mi powiedziała – słaba i nie je. Schudła, jakaś blada się zrobiła i bez życia. Czasem do sklepiku zejdzie, bo ta pijana menda musi przecież dobrze zjeść. Pani kochana, ja bym temu padalcowi klamoty wystawiła za drzwi, zamki zmieniła!
– Heniek dalej pije?
– Chleje, nie pije! Ona mu ostatni grosz odda, taka durna. Mnie się wydaje, że sama nie je, żeby mu bęben napchać. I z tego taka słaba.
– A on jej czasem nie bije? Podobno kiedyś się zdarzało.
– Oj, pani kochana, jak on ją kiedyś lał! Nie było dnia bez awantury. Zawsze szło o pieniądze. Raz sąsiad z dołu, urzędnik państwowy, zwrócił  pijusowi uwagę, to mu opony z zemsty poprzecinał. Ja też kiedyś zadzwoniłam na policję, ale Cela powiedziała, że spadła ze schodów, a do mnie to się dobry miesiąc nie odzywała.
– I dalej ją bije?
– No właśnie, że nie, pani kochana. Mieszkam przez ścianę, to bym  słyszała. Pić pije, ale do bicia się już nie bierze. Tyle się jej natłukł, że może w końcu się zmęczył?  Na mój rozum, ona mu daje bez proszenia pieniądze, żeby mieć święty spokój.
– Myśli pani?
– No, a co innego? Taki by się nagle miłosierny zrobił dla matki? Całe życie nie miała u niego poważania i nagle zamienił się w anioła? Cudów nie ma, pani kochana. Cela poszła z nim na układ, głowę za to daję. Nawet jak gnojek coś z domu wynosi i idzie na targ sprzedać, to mu nic nie powie. Zeszłego tygodnia stał na placu z wielką paprotką w doniczce. Na imieniny ją dostała ode mnie. Myślałam, ze tam trupem padnę, ale się bałam zapytać. Tak, pani kochana – Cela dla spokoju się poddała. Ja to i jej żałuję i jestem zła, bo takiego wszarza już dawno bym pogoniła. No, lecę, dzisiaj mam kolejkę u okulisty, jak przegapię, będę miesiąc czekać.
Poszła i zostawiła mnie trochę ucieszoną, ale bardziej wystraszoną. Ulżyło mi, że Heniu nie bije Cecylki, ale zmartwiłam się jej chorobą. Miałam nadzieję, że Koralewska znowu się pojawi w redakcji i powie coś więcej. Wpadła po dwóch tygodniach jak burza:
– Pani kochana, do Celi by pani w końcu poszła, bo w szpitalu jest!
– Co się stało?
– Ano zasłabła na podwórku, nie mogli jej docucić i erką zabrali.
– Dzisiaj?
– Będzie już ponad tydzień.
– Czemu mi pani nie dała wcześniej znać, zaraz bym do niej poszła. W naszym szpitalu leży?
– W naszym, w naszym. Nie przyszłam, bo nogę skręciłam, a telefonu nie znam. Pani kochana, ten francowaty pijus rzeczy z domu wynosi, odkąd ją zabrali. Widzę przez okno, jak z tobołami co rusz wychodzi. Wysprzeda wszystko i Cela do gołego mieszkania wróci. Cholerna łajza kolegów do domu sprowadza i całą noc się żenią ochlapusy. Boże miłosierny, że nie ma na taką swołocz mocnego! No, idę, coś na obiad trzeba kupić. To jak, pójdzie kochana pani do Celi?
– Zaraz pójdę, jakieś owoce po drodze kupię, może sok. Dziękuję, że mi pani powiedziała.
Interna była na pierwszym piętrze, Cecylka leżała w trzyosobowej sali obok dyżurki. Nie poznałam jej. Połowa Cecylki. Przeźroczysta cera, cienie pod oczami. Myślałam, że śpi, ale otworzyła oczy:
– W końcu przyszłaś.
– Nie wiedziałam, że jesteś w szpitalu. Dobrze, że Koralewska do mnie przyszła i dała znać.
– Była u mnie wczoraj, zaraz po obchodzie. Dobra  kobieta, ale gęba jej się nie zamyka, zmęczyła mnie. No, co tam?
– Lepiej powiedz, co u ciebie? Schudłaś, że trudno cię poznać.  Lekarze powiedzieli, co to za choroba?
– Nic nie wiem, badania robią. Może już wiedzą, tylko nie chcą powiedzieć. Ja już z tego szpitala nie wyjdę,
– Wyjdziesz, wyjdziesz, jeszcze się nie raz kawki się napijemy na działce. Masz tu owoce i soki. Potrzeba ci dużo witamin, bo strach na ciebie patrzeć.
Włożyłam torbę do szafki, zadowolona, że nie rozmawiamy o naszych gniewach, że nie ma usprawiedliwiania, przepraszania.
– Wiesz, Heniu od tamtej pory, co go spotkałaś, ani razu mnie nie uderzył. Kiedyś chciał, ale tylko się zamachnął i powiedział, że na pewno polecę do ciebie na skargę, a on nie chce kłopotów. Z tymi zbójami to chyba miałaś dobry pomysł.
– Pewnie, że dobry. Byłam pewna, że już cię nie nabije; żeby tylko jeszcze nie pił.
– Co zrobisz, nałóg to nałóg, ale wiesz, on jakiś staranny o mnie się zrobił, przychodzi codziennie, posiedzi, porozmawia.
Jak na zawołanie, do sali wszedł Heniu. Zauważyłam, że pacjentka leżąca pod oknem spojrzała na niego z niechęcią. Nie chciałam przeszkadzać, uściskałam Cecylkę i wyszłam z sali. Kiedy mijałam dyżurkę, zaczepiła mnie pielęgniarka:
– Chciałam zapytać, pani to jakaś rodzina do Wróblewskiej?
– Nie, a co się stało?
Pociągnęła mnie za rękaw w głąb korytarza:
– Ten facet, co teraz wszedł, to jej krewny?
–  Syn, czemu pani pyta?
–  Co za bydlak! – była wzburzona – On codziennie przychodzi dokładnie o tej samej godzinie.
–  No i co?
–  Co? Jest zawsze o pierwszej, kiedy wydają obiad. Przecież ona, nie wiem czy chociaż czterdzieści kilko waży! A ten skurwysyn wyżera jej wszystko. Wczoraj mówię do niej, że ma sama zjadać obiady, a ona na to, że nie jest głodna. Nawet śniadania do szafki chowa i potem mu oddaje. Pacjentka co leży obok, mi powiedziała.
–  Zgłaszała pani lekarzowi?
–  Dzisiaj po obchodzie. Powiedział, że jak pacjentka nie chce jeść, będzie karmiona dożylnie. Świat się do góry dupą przewraca. Wyjadać chorej matce obiady! Dzisiaj pójdę na salę, przypilnuję, a jak zobaczę, że ona oddaje mu jedzenie, pogonię gnoja.
Wyszłam ze szpitala rozbita i wściekła. Miałam nadzieję, że pielęgniarka dopilnuje dzisiaj, żeby Cecylka zjadła cały obiad. Jutro ugotuję jej rosół i zaniosę z samego rana. Będzie musiała zjeść przy mnie wszystko. Jutro i pojutrze. Jak długo będzie w szpitalu.
Następnego dnia, już o dziewiątej byłam na miejscu, z termosem rosołu. Pielęgniarka właśnie wychodziła z sali, gdzie leżała Cecylka. Trzymała w ręce zwiniętą pościel.
–  Umarła – powiedziała krótko – o siódmej rano. We śnie. Jak nosiłam termometry o szóstej, była przytomna, chciała pić. Nie wyglądała na umierającą. Wie pani, ona dopiero po śmierci uśmiechnęła się, chce pani zobaczyć?
Pokręciłam głową, że nie chcę. Była Cecylka, nie ma Cecylki. Nie wiadomo czy płakać czy się cieszyć, że skończył się ten koszmar, że ona już się nie męczy. Wracałam do domu z lekkim sercem, trochę zła na siebie, że nie jest mi tak smutno, jak powinno być po śmierci kogoś, kogo się znało i lubiło.
   Nie spodziewałam się tylu ludzi na cmentarzu. Cecylka miała niewielu znajomych, a i rodzina była nieliczna. Może nie wszystko o niej wiedziałam. Ksiądz nad grobem mówił ciepło o zmarłej, Koralewska stojąca obok, wycierała chusteczką oczy i szeptała "święta prawda". Było cicho i uroczyście. Jedynie dramatyczny szloch Henia zakłócał ten pogrzebowy spokój. Stał w pogniecionej kurtce nad trumną i rozpaczał. Miałam wrażenie, że coś łyknął przed pogrzebem. Ludzie spoglądali na niego zdziwieni tym wybuchem żalu. W pewnym momencie wydawało mi się, że chce skoczyć za matką do grobu, ale tylko się zachwiał. Ksiądz go przytrzymał, a Koralewska wzięła pod rękę. Przytrzymywany przez księdza z jednej strony i przez Koralewską z drugiej, wyglądał tak komicznie, że najpierw zaczęłam chichotać dyskretnie i końcu parsknęłam śmiechem, którego nie mogłam powstrzymać. Wszyscy jak na komendę odwrócili się w moją stronę, Heniu zaczął jeszcze głośniej płakać, a właściwie wyć. Mój coraz głośniejszy śmiech mieszał się z tą nieoczekiwaną rozpaczą i komentarzami żałobników. Nagle Heniu wyrwał się księdzu, zrobił kilka niepewnych kroków w moją stronę:
–  Czemu się śmiejesz, wredna suko!? Żadnego szacunku dla nieboszczki! To była moja matka! Umarła i zostawiła mnie samego. To takie śmieszne?
–  Dobrze ci tak, gnoju.
Oddałam stojącej obok kobiecie owinięte w celofan ulubione kremowe róże Cecylki i wyszłam z cmentarza. Radosna, spokojna.