– Lolka? Tu ciocia Wanda! Co robisz
w piątek? Zresztą nieważne, jeśli masz jakieś plany, to je zmień. Musisz do
mnie przyjechać, to pilne. Czekamy wszyscy o siódmej, tylko się nie
spóźnij.
Kurwa mać, ledwo zdążyłam wyjść z wanny. Ręcznik, którym byłam owinięta,
zsunął się na podłogę i stałam goła ze słuchawką przy uchu. Kot ocierał się o
moją mokrą łydkę, a woda z niewytartych włosów zalewała twarz.
– Ciociu, na litość boską!
Wyskoczyłam z wanny, jestem mokra, daj mi chwilkę, zadzwonię za kilka minut.
– Nie musisz – wydawało mi się, że
warknęła – Co miałam powiedzieć, powiedziałam. Piątek, dziewiętnasta.
Ponad rok temu podjęłam decyzję, by zniknąć mojej rodzinie z
oczu na jakiś czas. Rodzinie wścibskiej, wrednej i usiłującej po swojemu
urządzić mi życie. Mój okraszony skandalem rozwód z Edwardem zmobilizował
ciotki do intryg. Zosia, najstarsza siostra mamy, zwoływała co jakiś czas
rodzinne narady, na które zwabiano mnie podstępem. Wanda, nie uznawała
sprzeciwu – jeśli było trzeba, przyjeżdżała po mnie, wyzywając od podstarzałych
kretynek i sierot życiowych. Marzył mi się Kraków. Oddalony od Bydgoszczy
kilkaset kilometrów, był idealnym miejscem na kryjówkę. Sprawa wydawała się
prosta, załatwiłam zastępstwo w domu opieki w Krakowie, w pracy dostałam zgodę
na półroczny urlop bezpłatny. Nic, tylko zapakować walizki i zniknąć. I
wtedy zdarzyło się nieszczęście z babcią Anielką. Nie pamiętam, żeby chorowała
kiedykolwiek. Mimo dziewięćdziesięciu lat była w świetnej formie, choć pojawiły
się pewne problemy z pamięcią. Szczupła, niewysoka, przeżyła większość
swoich koleżanek, pochowała dwie córki – moją mamę i ciocię Dziunię. Nic
nie wskazywało, by wybierała się do nieba. Tymczasem kiedyś w środku nocy
obudził mnie dzwonek do drzwi. Wyjrzałam przez judasza i zobaczyłam opuchniętą,
zapłakaną twarz ciotki Wandy. Pomyślałam, że na pewno ktoś umarł – obstawiałam
raczej dziadka Olka; miał dziewięćdziesiąt pięć lat, jedną nerkę i dwa zawały
na koncie. Otworzyłam drzwi. Wanda odsunęła mnie na bok i pobiegła do kuchni,
wróciła za moment ze szklanką wody. Upiła łyk i powiedziała:
- Wczoraj ojciec chciał zabić mamę. Przyjechała policja, przesłuchiwali go.
Ubieraj się, jedziemy tam.
- Na litość boską, dlaczego nikt nie zadzwonił ?! Co z babcią?
-Nie dzwoniłam, bo mama przeżyła. Przyjechała karetka, założyli jej opatrunek
na głowę i odjechali. Dzisiaj byliśmy na prześwietleniu, na szczęście wszystko
w porządku. Dobrze, że Rolska mieszka obok. Usłyszała wrzaski i wezwała
policję, bo myślała, że ktoś się włamał i morduje staruszków. Ubieraj się,
taksówka czeka.
W czasie jazdy nie rozmawiałyśmy. Myślałam o tym, co zrobił dziadek.
Wiem, że bywał porywczy, ale babcia też miewała czasem ataki furii. Na
szczęście szybko się godzili. Byłam u nich przed tygodniem – zagraliśmy w
oczko, po raz nie wiem który obejrzeliśmy kilka albumów ze zdjęciami, a dziadek
przed wyjściem wsunął mi za dekolt zwinięte w rulon banknoty, mówiąc, że mam
się za to „rozerwać”. Babcia też mi dała pieniądze, kiedy robiłam w kuchni
herbatę. Oczywiście w tajemnicy przed dziadkiem. Gdy spotykałam się tylko z
nimi i nie oblegały nas ciotki, zawsze było sympatycznie. Dziadek Olek
nie ukrywał, że ze wszystkich dzieci najmocniej kochał moją mamę. Bardzo
przeżył jej nagłą śmierć dziesięć lat temu. Przez kilka miesięcy codziennie
jeździł na cmentarz, a po powrocie brał z półki albumy ze zdjęciami i zamykał
się na kilka godzin w swoim gabinecie.
– Wysiadamy – Wanda
szturchnęła mnie w ramię.
Dom dziadków był oświetlony. Nie wiedziałam, co tam zastanę. Miałam nadzieję,
że ciotka podrasowała ten incydent i sytuacja nie jest aż tak poważna. W domu
panował gwar – na korytarz wybiegła ciotka Zosia, na nasz widok złapała się za
głowę i uciekła do pokoju. Poszłyśmy za nią. Ciotka siedziała już przy babci i
trzymała ją za rękę. Babcia była wyraźnie niezadowolona i burczała pod nosem.
Nie sprawiała wrażenia ofiary napaści, mimo, że czoło zakrywał gruby opatrunek.
W fotelu, przed telewizorem, w kraciastym szlafroku siedział dziadek Olek.
Kiedy mnie zobaczył, uderzył pięścią w stół:
– I ciebie też wezwały!?
Musiałyście Lolę denerwować, głupie krowy? No panie, z byle gówna larum robić?
Że też Bóg mnie pokarał takimi córkami! Najlepsze dzieci poszły do piachu, a ja
muszę użerać się z kretynkami.
– Mówiłam im, żeby Lolki nie wołać!
– pisnęła babcia – My z dziadkiem już się ułożyliśmy i nie chcemy więcej
rozmawiać o tym, co się stało.
– Ale my chcemy! – Wanda podniosła
głos – Dobrze, że sąsiadka usłyszała wrzaski, bo inaczej byśmy dzisiaj
telegramy na pogrzeb wysyłali. Ciebie trzeba do psychiatry zaprowadzić, tato!
Sześćdziesiąt siedem lat po ślubie i pod koniec życia własną żonę chciałeś
zabić?
– Najlepiej oddać ojca do zakładu
zamkniętego – westchnęła ciotka Zosia – Co prawda będziemy mieli mamę na
głowie, bo sama sobie nie da rady. No, ale można ustalić dyżury, żeby
codziennie ktoś tu był. Nie ma innego wyjścia – spojrzała na mnie – Lolka jest
samotna, może wpadać częściej.
– Po moim trupie! – dziadek podniósł
się z fotela – Przestańcie się rządzić i złazić do mnie bez pozwolenia. To mój
dom i nigdzie się nie wybieram.
– Jeszcze zobaczymy! – wujek Adam
stanął przed dziadkiem – Ojciec jest niebezpieczny dla otoczenia, podnosi rękę
na bezbronną starą kobietę, już dawno trzeba było pomyśleć o domu starców,
chałupę sprzedać, póki jeszcze w dobrym stanie. Ile lat już o tym bębnię? A wy
gęby na kłódkę! No i mamy teraz problem, bo oni sami nie mogą mieszkać, a
wszystkie opiekunki ojciec pogonił!
Adam był jedynym synem dziadków, najstarszym z rodzeństwa. Wieczny
kapitan z niespełnionymi ambicjami, uprzykrzał wszystkim życie wojskowymi
dziwactwami i nawykami. Miałam wrażenie, że chce udowodnić wszystkim, że
zasłużył na generalski stopień. Ciocia Ela, jego żona, zachowywała się, odkąd
pamiętam, jak służąca – zawsze wystraszona, wypełniała rozkazy Adama,
starając się nie popaść w niełaskę. Ich syn, Jakub, mój rówieśnik,
znalazł na ojca sposób – zakrzyczał go któregoś dnia w czasie rodzinnego obiadu
i wyprowadził po tygodniu z domu. Zaimponował mi, bo starsze siostry
bliźniaczki nigdy nie ośmieliły się podnieść głosu w obecności ojca. A powinny.
Obie panny, zgorzkniałe i bezbarwne , w młodości piękne i adorowane,
zawdzięczały Adamowi puste łóżka i serca. W ciągu kilkunastu lat
przegonił skutecznie wszystkich kawalerów. Obie były tak bezwolne i ślepo
oddane ojcu, że nawet nie próbowały wyprowadzić się z domu. Razem z matką
stanowiły trzyosobowy oddział pod dowództwem Adama. Widywaliśmy się rzadko.
Ciocia Ela i jej córki, były nudne, zahukane i milczące, Adam nie lubił mnie i
nie ukrywał tego. Chciałam zareagować na jego niestosowne słowa o sprzedaży
rodzinnego domu, ale dziadek mnie ubiegł:
- Widzicie gównojada, jak
organizuje sobie spadek po rodzicach? – Dziadek zamachnął się na Adama – Mało
masz, komuchu zasrany? Partia urządziła cię na całe życie i jeszcze chcesz się
na nas wzbogacić? Gówno dostaniesz! Myślisz baranie, że jak ojciec ma
dziewięćdziesiąt pięć lat, to powinien się tylko ślinić i srać pod siebie? Wynocha
z mojego domu, darmozjady!
– Nie zostawimy mamy z szaleńcem! –
Wanda podeszła do ojca – Ja zostanę z Zosią.
Wszyscy wstali. Dziadek zdjął okulary i spojrzał ponuro na Wandę:
– Wynocha! - wskazał ręką drzwi - To
moje ostatnie słowo. Zostanie Lola.
– Powinno zostać któreś z
twoich dzieci! – zagrzmiał Adam – Lolka jest nieodpowiedzialna i ma odchyły, ja
bym nie ryzykował.
– A ja zaryzykuję – dziadek
klepnął mnie po plecach – Lola jest córką Krysi, mojej małej, rudej
córeczki.
– Naszej Oluś, naszej – babcia w
końcu się uśmiechnęła.
Wujek w końcu dał za wygraną i wkrótce dom opustoszał. wreszcie mogłam się
przywitać z babcią i przytulić do dziadka.
– Dziu, co się tutaj stało? – lubił,
gdy tak go nazywałam – Przecież ja kiedyś przez was oszaleję! Albo Nini jeździ
rowerem pod prąd i odbieram ją z komisariatu albo ty bawisz się w gangstera.
Najwyższy czas, żebyście spoważnieli, do cholery! Wanda mnie wyciąga nad ranem
z łóżka i wiezie przez pół miasta jak do pożaru. Proszę mi się natychmiast
wytłumaczyć!
– To nie mnie chciał zabić, tylko
nasz ślubny portret! – zaszlochała babcia – Rzucił w niego cukiernicą, kiedy
akurat wstawałam z fotela, prawda Oluś?
– Nini, ty się lepiej nie odzywaj,
bo już dość mi wczoraj krwi napsułaś! – dziadek pogroził jej pięścią -
Cholerna Frau Putzen!
– Nie mów do mnie po niemiecku, ty
hitlerowcu! – babcia aż się zatrzęsła – Wiesz, że mam uczulenie na wszystko, co
niemieckie!
– Ja ci dam hitlerowca, podła
Żydówo! A kto ciebie i twoją rodzinę ukrywał przez całą wojnę w piwnicy?
Dziewięć osób grzało sobie dupy, kiedy moi rodzice i bracia ocierali się
codziennie o śmierć, bo jak przyszli Niemcy, to wszyscy donosili na
wszystkich ze strachu! Hitlerowiec wam pomagał? Za hitlerowca wyszłaś i masz z
nim dzieci?
– Przestań! – babcia zaczęła płakać
– Ja tylko chciałam ci pomóc, niewdzięczniku. Lola, uspokój go, bo ja nie
wytrzymam dłużej.
– Jak nie przestaniecie się kłócić,
zadzwonię po taksówkę i zostawię was samych, możecie się wtedy pozabijać, nic
mnie to nie obejdzie.
– Ona mnie wykończy – jęknął
dziadek – we własnym domu nic nie można zostawić na widoku, bo ta cholera zaraz
posprząta tak, że niczego nie można znaleźć.
– Bo masz burdel w swoim gabinecie
Oluś – babci łzy obeschły i widać było, że odzyskuje wigor – chciałam ci zrobić
niespodziankę. Okien nie otwierasz, śmierdzi jak w chlewie, wszędzie pajęczyny,
szuflady zawalone papierzyskami. Ty się tam kiedyś udusisz!
- To jest mój burdel, kobieto! Pilnuj swojego pokoju i tych worów z gałgankami,
a nie przeszukuj mi szuflad, bo o nie właśnie idzie! Wyrzuciłaś mi ważny
dokument, najważniejszy ze wszystkiego, co jest w tym domu. Miałem cię za to
pogłaskać? Tyle lat papierzyska leżały na swoim miejscu, a ty musiałaś wejść i
wygrzebać je z szuflady. Żebyś chociaż pamiętała, co z nimi zrobiłaś!
– Niczego nie wyrzucałam,
oprócz starych gazet i rachunków, resztę zapakowałam w koperty. Powiedz mi w
końcu, co to za papiery, to może sobie przypomnę.
– Nini – westchnął dziadek – chodzi
o to, że na razie nie mogę ci powiedzieć.
Zrobiło się cicho. Siedziałam na kanapie z podwiniętymi nogami i
przysłuchiwałam się rozmowie dziadków, po raz kolejny zdumiona ich żywotnością.
Trudno było uwierzyć, patrząc na nich, że mają tyle lat. Siedzieli teraz
naprzeciw siebie nastroszeni i bojowi. Babcia wyglądała na przygnębioną:
– Nie możesz mi powiedzieć? Własnej
żonie?
– Jeszcze nie, Nini, nie teraz –
dziadek złagodniał - Jeszcze musimy poczekać rok z kawałkiem.
– Dobrze Oluś – babcia podeszła do
dziadka i pogłaskała po głowie – Lola jutro pomoże ci szukać tych papierów.
Rok z kawałkiem? Dziadek mówił tak pewnym głosem, jakby miał dopiero
pięćdziesiąt lat.
– Dziu, a mnie nie powiesz?
– Tobie powiem, ale jak znajdziemy
ten papier. Babci nie mogę, bo wygada Wandzie. Ta cholera ma takie
sposoby, że już niejedną tajemnicę wyciągnęła z Nini. Oczywiście Zośka i Adam
też się o pewnych sprawach dowiedzieli. Dziecko, oni nas nachodzą kilka razy w
tygodniu. Niby wpadają przypadkiem, niby z obiadem albo z zakupami, a węszą,
wypytują, nawet cały dom pomierzyli ostatnio. Dobrze, że z nas miary do trumny
nie wzięli! Lola, musisz się do nas sprowadzić na jakiś czas, bo nie dadzą nam
spokoju. Nini coraz częściej zapomina na jakim świecie żyje, chowa swoje
rzeczy, potem cały dzień szuka, czasem opowiada o tym samym pół dnia, a teraz
przestała nawet gotować, bo wszystko przypala. Tylko przeszłość ma zapisaną w
głowie, ze wszystkimi szczegółami i to jest najgorsze, bo w przeszłości zaczyna
się nasza tajemnica. Wanda chciała, żebyśmy przyjęli do opieki jej
sąsiadkę, ale obcego tu nie chcę, a zaczynam się bać. Im o tym nie powiem, bo
ten komuch raz dwa by załatwił dla nas dom starców.
Wiedziałam, że muszę się do nich przeprowadzić na miesiąc,
może dwa. Codzienne dojazdy nie wchodziły w grę – teraz, kiedy zostałam sama,
oni byli dla mnie najważniejsi. Zakochałam się w moich dziadkach od samego
początku i zawsze czułam, że byłam dla nich wyjątkowym dzieckiem, jak moja
mama.
Kiedy przyjechałam po tygodniu, nie wiedziałam, że zostanę tu tak długo.
Miesiąc zamienił się w rok. Miałam czasem wychodne na kilka dni, żeby zająć się
swoim mieszkaniem, pomieszkać w nim kilka godzin i nacieszyć się. Apartament na
Wyżynach, kupiony po rozwodzie, był piękny. Nareszcie miałam coś swojego.
Edward zachował się wspaniale, niemal w całości sfinansował kupno mieszkania,
chociaż nie musiał. Niepotrzebnie miał wyrzuty sumienia po naszym rozstaniu. Ze
mną nie mógł być szczęśliwy, rozumiałam to i nie miałam do niego pretensji.
Wypady na Wyżyny stawały się jednak coraz rzadsze, bo z babcią zaczęły dziać
się dziwne rzeczy. Kiedy po kilkumiesięcznych poszukiwaniach nie znaleźliśmy w
domu zagubionego dokumentu i dziadek, zrezygnowany i zły – urządzał awantury –
babcia oznajmiła, że nie będzie z nim spać w jednym łóżku. Najpierw przeniosła
się do salonu na kanapę, a pewnego dnia – na duży, głęboki fotel i odtąd spała
na siedząco. Nie mogliśmy jej tego wybić z głowy, zagroziła, że przestanie
jeść.
– Zostawcie mnie w spokoju, bo
inaczej przestanę robić wszystko.
– Przecież ty nic już nie robisz –
zirytował się dziadek – siedzisz w salonie przez cały dzień, kilka razy
pójdziesz do łazienki. To cała twoja robota.
– Do łazienki też przestanę chodzić,
jestem stara, nic już nie muszę.
– Oszalała – dziadek popatrzył w
moją stronę – Lola, może ty z nią porozmawiaj, ja nie mogę się denerwować.
Próbowałam z babcią rozmawiać, ale szybko zamykała oczy, udając, że śpi. Zaczął
się trudny okres, babcia nie rzucała słów na wiatr: najpierw przestała się myć,
niedługo potem – nie chodziła do łazienki w ogóle. Wtedy coś się we mnie
załamało. Praca, dom dziadków, stary i wymagający ciągłego sprzątania, zakupy,
kucharzenie – to wszystko wypełniało mi szczelnie cały dzień. A teraz pampersy,
góra prania i nieruchoma jak posąg Nini, przy której trzeba było robić niemal
wszystko. Byłam przerażona. Dziadek to widział i czuł, że jest mi bardzo
ciężko.
– Loluś, zwolnij się z pracy, bo nie
dajesz rady. O pieniądze nie musisz się martwić, bo twój dziadek jest bogaty.
Do grobu nie zabiorę, a ile my jeszcze pożyjemy? W każdej chwili możemy umrzeć.
– Dziu, nie chcę się zwalniać, bo
lubię tę pracę. Może u Nini to przejściowe kłopoty, poczekajmy jeszcze trochę.
I nie mów o śmierci, bo mnie tylko denerwujesz.
Któregoś dnia zauważyłam, że babcia od rana nie powiedziała ani słowa. Przez następne
dni obserwowałam ją. Wciąż milczała.
– Mówiła coś? – pytałam
każdego dnia po powrocie z pracy.
– Nic – dziadek był coraz
bardziej przygnębiony.
Wypatrywał mnie codziennie przez okno. Zawsze towarzyski, rozgadany, pełen
humoru – nie mógł się przyzwyczaić do tego, że babcia przestała mówić. Kiedy
wracałam z pracy, mógł wreszcie się wygadać. Dreptał za mną po kuchni i
streszczał wszystkie seriale, które w ciągu dnia oglądał. Coraz częściej brał
lekarstwa i stracił apetyt w przeciwieństwie do babci, która jadła, jak nigdy
dotąd. Musiałam wydzielać jej jedzenie, inaczej pochłonęłaby każdą ilość. W jej
wieku obżarstwo groziło rozstrojem żołądka. I właśnie któregoś popołudnia,
kiedy babcia miała biegunkę i po raz trzeci przebierałam ją, wpadła z wizytą
ciotka Wanda z Adamem. Mieszkanie śmierdziało, na podłodze leżały zafajdane
ubrania. Dziadek właśnie otwierał okna. Na widok gości rzucił pod nosem
brzydkim słowem. Wanda szybko podeszła do okna:
– To takie rzeczy się dzieją z mamą?
– w jej oczach zobaczyłam podziw zmieszany ze współczuciem – Dlaczego nie dałaś
nam znać? Ktoś przyjechałby, żeby ci pomóc. Jak ty sobie dajesz radę,
dziewczyno?
– Jakoś daję. Dziadek bardzo mi
pomaga. Mamy nadzieję, że to przejściowe i babci się poprawi.
Nie brzmiało to przekonująco. Adam stanął przy oknie obok ciotki Wandy:
– Zeschłaś na wiór, cienie pod
oczami, strach patrzeć. Dom starców – nie ma innego wyjścia. Nawet jak się
sprzeciwisz, nie ustąpię. Jesteśmy dziećmi, mamy większe prawo.
Na te słowa dziadek zareagował po swojemu:
– Jeszcze ja mam coś do powiedzenia,
partyjniaku zasrany! Chciałbyś się nas pozbyć i położyć łapę na domu!
Póki żyję, to ja będę decydował o sobie!
– I ja!
Myślałam, że się przesłyszałam. Od ponad dwóch miesięcy babcia nie powiedziała
ani słowa. Jej stanowczy krzyk najbardziej poruszył dziadka:
– Moja mała Żydóweczka znowu mówi –
miał łzy w oczach – Nini, słoneczko, czemu przez tyle czasu nie chciałaś z nami
rozmawiać?
– Bo mi się nie chciało.
– Ale teraz to już będzie dobrze?
– Będzie, Oluś. tylko nie krzycz na
mnie.
– A zaczniesz znowu chodzić do
łazienki?
– Zacznę, Oluś.
– Co tu się do cholery działo? –
Wanda aż poczerwieniała.
Chciałam jej opowiedzieć z grubsza, pomijając najbardziej niemiłe rzeczy
związane z babcią, ale dziadek mnie uprzedził i opowiedział o trwającej kilka
miesięcy przemianie babci, o jej milczeniu, braku apetytu, o nagłym obżarstwie.
Nie pominął drażliwej kwestii pampersów. Potem podszedł do mnie, przytulił i
powiedział:
– Wiecie, jak kocham Lolę.
Chciałbym, żeby została tu jak najdłużej, ale ona musi odpocząć.
– A co z wami? – Adam w końcu się odezwał –
przecież ojciec mówił, że nie chce opiekunki.
– Obcego nie chcę, ale kogoś z
rodziny – tak. Na jakiś czas, póki Lola nie odpocznie.
– Ja nie mogę! – pisnęła Wanda
- Zosia jest po operacji, a przecież Adam się tu nie wprowadzi!
– Adaśko nie, ale Ula i Marysia tak
– babcia znowu przemówiła – I tak siedzą w domu.
– No nie wiem, nie wiem – burknął
Adam – muszę zapytać.
– Ty nie musisz pytać – zaśmiał się
dziadek – Ty musisz im wydać rozkaz.
Chyba po raz pierwszy wszyscy mówili jednym głosem. Miałam wrażenie, że i w
ciotce Wandzie i w wuju – coś się obudziło, coś dobrego, wyczułam dzisiaj
niespotykaną dotąd troskę o rodziców.
Po tygodniu bliźniaczki zjechały z dużą walizką, a ja mogłam
pojechać do siebie. Przez pierwszy tydzień nie robiłam nic – po powrocie z
pracy spałam kilka godzin i poza przygotowaniem kolacji – nic mnie nie obchodziło.
Święta Wielkanocne spędziłam u ciotki Wandy, gdzie zjechała cała rodzina.
Babcia rozpłakała się na mój widok i cicho spytała, kiedy wrócę, a dziadek
chrząkał wzruszony i wcisnął mi do kieszeni pieniądze. Po raz pierwszy nie było
kłótni, złośliwych uwag. Przed wyjazdem umówiliśmy się, że przyjedziemy za
miesiąc, pierwszego maja do babci i dziadka na imieniny. Obchodzili je
wspólnie, bo imieniny dziadka były dwa dni później, Szczęśliwa wróciłam do
domu. Pomyślałam, że za miesiąc zwolnię kuzynki i wrócę z powrotem. I znowu coś
poszło nie tak. Zaledwie dwa tygodnie po Wielkanocy zadzwoniła ciotka
Wanda i kategorycznym głosem wezwała mnie do siebie. W piątek o
dziewiętnastej. Nie interesowało ją czy jestem zajęta czy mam jakieś plany.
Znowu była taka jak zawsze, apodyktyczna i szorstka.
Stałam w korku zła, że nie dowiedziałam się od ciotki, w jakim celu mnie
wzywa. Jedno było pewne – chodziło o dziadków.
Drzwi otworzył mi wujek Adam. Był w złym nastroju, nawet nie odpowiedział na
moje przywitanie. W dużym pokoju, na szerokiej kanapie siedziały obie ciotki –
Wanda i Zosia, ciotka Ela z bliźniaczkami stały przy kominku. Wanda podniosła
się z kanapy i podeszła do mnie.
– Dlaczego nam nie powiedziałaś, że
mama jest aż tak złośliwa i ma głęboką demencję. Dziewczęta nabawiły się
nerwicy!
– Matka znowu zaczęła srać pod
siebie! – Adam splunął z obrzydzeniem na podłogę – wypluwa jedzenie i bije moje
córki po twarzy. Śpi w dzień, a w nocy wariuje, krzyczy, buszuje w lodówce,
potem obsrywa się po uszy! Do Wielkanocy było jako tako, ale kiedy
zobaczyli ciebie u Wandy, wszystko się popsuło. Ojcu też zaczęło odbijać – cały
dniami tylko o seksie rozprawia, dziewczęta są u kresu wytrzymałości. Dlatego
stawiamy sprawę jasno – albo wracasz albo dziadki idą do domu starców. Dowiadywałem
się, jest szansa – w „Promieniu Życia” na Łomżyńskiej za miesiąc będzie gotowy
dwuosobowy pokój.
– Nigdy na to nie pozwolę! – łzy
ściekały mi po twarzy – Jutro wracam do dziadków. Do widzenia.
Płakałam całą drogę, ale kiedy przyjechałam do domu, poczułam ulgę i zaczęłam
cieszyć się jak dziecko, że jutro ich zobaczę.
Zajechałam o dziesiątej, po drodze zrobiłam porządne zakupy i obładowana
torbami, łokciem otworzyłam furtkę. W oknie zobaczyłam babcię i dziadka.
Czekali na mnie.
- Lolunia, dobrze, że jesteś – babcia była szczęśliwa – dobrze, że te dwie sowy
już sobie poszły.
- Krowięta, a nie sowy – dziadek się skrzywił – dwie mumie bez żadnego talentu.
Ani pożartować ani ugotować. Lola, witaj w domu księżniczko.
- Nini – pogroziłam babci palcem – podobno znowu zaczęłaś być niegrzeczna.
- Oluś mnie namówił, żebym się zrobiła taka obrzydliwa, jak kiedyś.
- To był dobry pomysł – dziadek z duma wypiął pierś.
- Lolunia – babcia uniosła dwa palce do góry, jak uczennica – ty się nie martw,
dziecko. Ja tylko udawałam. Teraz będzie jak trzeba, tylko nie uciekaj nam.
Nastały ciepłe dni, zaczęliśmy wychodzić na ogród i cieszyć się sobą. W
sadzie rozkwitały drzewa, było zielono i pięknie. Pod koniec kwietnia
zadzwoniła Wanda, że przyjadą we wtorek po południu na imieniny dziadków.
Obiecała upiec jabłecznik i ciasto z makiem. Postanowiłam w tym roku urządzić
piękne przyjęcie, Były dwa powody: nigdy nie przygotowywałam dziadkom imienin,
zawsze przyjeżdżałam na gotowe. Drugi powód był też ważny – skończyłam w tym roku
pięćdziesiąt lat. Urodzona w sześćdziesiątym ósmym, w roku nasilonej nagonki na
Żydów, przy każdych urodzinach – byłam uświadamiana przez dziadka Olka, że nie
mam się wstydzić swojej żydowskiej krwi.
- Jesteś Lolu Żydówką w połowie, po mojej Nini. Ja ci tego dziecko zazdroszczę.
Poniedziałek pachniał sałatkami i mięsem, dziadek ustawiał na stole nalewki,
Nini przecierała talerze. Rozsunęliśmy w salonie wielki, dębowy stół. O
osiemnastej wszystko było gotowe. Goście zjechali się przed siódmą. Stawili się
wszyscy w komplecie. Naburmuszone bliźniaczki wybąkały życzenia, babcia
pokazała im język, ale do żadnych incydentów nie doszło. Dziadkowie obejrzeli
prezenty, w większości bardzo pożyteczne i nijakie i w końcu wszyscy zasiedli
do stołu. Nalewka znikała w dużym tempie, Adam, jak zwykle upił się pierwszy. O
północy większość gości była na rauszu, łącznie z Nini, która upijała się
zwykle dwoma kieliszkami wódki. Nikt nie musiał być tej nocy trzeźwy – wszyscy
zostawali na noc u dziadków. Około drugiej, po finałowym walcu, odtańczonym
przez dziadków – zarządziłam spanie. Ciotka Ela z bliźniaczkami zaciągnęły
Adama do gościnnego pokoju, a ja pościeliłam na dole łóżka - sobie,
Nini i dziadkowi. Przed snem musiałam jeszcze pomóc Nini, było jej niedobrze i
zaczęła zwracać. Położyliśmy się dopiero przed trzecią.
Wydawało mi się, że dopiero zasnęłam, kiedy poczułam, że ktoś szarpie mnie
gwałtowni za ramię. Zapaliłam lampkę, spojrzałam na zegarek – była za dziesięć
czwarta:
- Dziu! Dopiero się położyłam, co ty wyprawiasz?
- Nini! Nini! - dziadek był przerażony.
Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do sypialni. Babcia klęczała przed regałem z
książkami i trzymała w ręce książeczkę do nabożeństwa. Była przeraźliwie blada.
- Nini! Co się stało? Słabo ci?
Na mój widok osunęła się na dywan i przycisnęła książeczkę do piersi.
Uklęknęłam przy niej, odgarnęłam włosy z rozpalonego i mokrego czoła:
-Powiedz, co się dzieje, przynieść ci wody?
Pokazała ręką, że mam się zbliżyć, że chce mi coś powiedzieć. Kiedy się
nachyliłam, wyszeptała:
- Powiedz Olusiowi, że sobie przypomniałam.
- O czym, Nini?
- O tym zgubionym papierze.
- Znalazłaś go?
-Tak, wczoraj, w tej książeczce.
- To dobrze skarbie, dziadek się ucieszy.
- Ale już go nie ma.
- A gdzie jest?
- Zapomniałam, musiałam go przełożyć, Oluś znowu będzie krzyczał.
- Nini, ptaszku, już mi niepotrzebny ten zasrany papier - dziadek
wystraszony uklęknął przy babci – ty mi jesteś potrzebna, moja mała Żydóweczko.
- Ja już się nikomu nie przydam – ledwo słyszałam głos babci – nic już nie jestem
warta i nic mi się nie chce. Idę sobie.
Była czwarta, kiedy Nini przestała oddychać. Dziadek nie płakał, trzymał
głowę babci na swoich kolanach i coś do niej mówił. Ja siedziałam przy regale,
trzymając w ręce złożoną pożółkłą kartkę. Musiała wypaść babci z tej
książeczki.